/NDIGDRUK006454_0001_1129159.djvu

			I 
l: J. 


!lb. . '/'I . """_'__ .
 ' . . 
tWrf (A.. ".......... 
. ... 
:
..f. 
. t) '" u -) '
" 
. . 
. -
_. 
. - 
_..
 
...-...................-." J . .'oo ""... . -... 
 J{" II 
- , './.1 ,,.;I'; ,: .4 
. . . tr,. ""
		

/NDIGDRUK006454_0002_1129160.djvu

			. 
, 


fI! 


.,. 


. 


s 


.. 


.
		

/NDIGDRUK006454_0003_1129160.djvu

			,. 


. 


".
		

/NDIGDRUK006454_0004_1129161.djvu

			... 


,,/1 


J'
		

/NDIGDRUK006454_0005_1129161.djvu

			... 
 . 
"
. 
: I 
"
j';'oo ":
 "..
 



oo tt'ltJ 
 /J. r 
 
, ; ' ;l;
4 1 fs-;
 11 
iii' j 
 l
 , \
\)
N . N A;
 il 
r-

 ' ..'J. 
 I 
 
I," 
oo,: 
.

oo
'1i):J
' :: '{ 
· ;- POEMAT,;A.:r LEo POWS'fANIA Z )863 R.
 i: 
:.". "4: I 
,.'
. 
'F 


1 


,{ 


NAPISAL 


! 
or ,.J 
1 
t 


ooo 
j. 
:)1 
, 
",' 
'" 


t 


L 


'1'1: 0'- 
, KRAKClV'{ 


1 DRUK WI.. T.. ANcmCA I SPOLKI, 


.-. - 



,' 

".....i....
' 



 


"ad ",,,'z,!dem JaJla Gadow.klt'go. 


IP90.. 


.
,..-
		

/NDIGDRUK006454_0006_1129162.djvu

			;
' 



 
'!Io; 
. t', 

l


 

.
,

 - , 
.
'..' 



.
 


"1 


.' 


i > . 
., 
 oo..., 11'<', ':' 
' " 
':i.oo 
 
I "\

'" " 
-1' t " " , :cY , ' ' 
". 
 ..,. 
- 
'.' ,. 
.I"t

oo .
		

/NDIGDRUK006454_0007_1129162.djvu

			4 


HANNA. 


ß\.,n
 
Ii, 
.' 

f 
J ct::9 ...
 
<4tò 
 " v.,,\\o
		

/NDIGDRUK006454_0008_1129163.djvu

			001s 

21& 


"
,i 

. 
.. 
. ..
		

/NDIGDRUK006454_0009_1129163.djvu

			1 ' 
'
 , 
r" r: 

 

 · PO
MAT 

. 


. 
H;
NNA 


NA TLE POWSTANIA z 1863 R. 


NAPISAL' 


GULDENSTERN. 


.' 


.. 



 


r, ?
r' 
1.../ .,.,....1.t""" -' 


KRAKÓW 
NAKL
 I DRUK WI.. L. ANCZYCA I SPÓLKI, 
pod zarz'!dem J ana Gadow8kiego. 


1890.
		

/NDIGDRUK006454_0010_1129164.djvu

			, 


.J. 
i' 


:\
\..\OTt"1.t. . 
. <2 L
 
':IV .
 'A6EW.. 
eRAOOVIEMS'S. 



I., 


It 


, 
,I t. 
, 


oo'.
 


"
		

/NDIGDRUK006454_0011_1129164.djvu

			PIESN I. 


Okrezne. - Dwór w Zazewie. 


. 
, 



 


<<:IDlugo, dlugo godnego przedmiotu szukalem, 

 Jako dar potomnosci - przekazaé go chcialem; 
Zasi
gaj
c pami
ci
 zyciorysów ludzi, 
Których zacny charakter zaj
cie obudzi. 
Wreszcie stan
l mi w mysli obraz swiezy, nowy, 
Który chcialbym przedstawiénajprostszemi slowy. 


Jako glówne siedlisko minionych wydarzeIÍ, . 
Jako glówne siedlisko mych mysli, mych marze1Í, 
Obrølem miejsce ciche i peine uroku, 
Nie ludz
ce kunsztnemi swiecidlami wzroku, 
Miejsce ciche i skromne; gdzie przyroda cale 
Rozpostarla widoki, pi
kne, okazale; 
Gdzie istnieje dnch czasu, nie napi
ty mod
, 
Gdzie piers ludzka oddycha milosci
, swobod
, 
Gdzie w spadku odebrano pr6cz ojców spuscizny, 
Milosé Boga, bliiniego i matki Ojczyzny. 


Maly dworek, podparty od zajazdu strony 
Filarami, lipami wkolo otoczony, 
W ogrodzie z dw6ch st,ron g
ste cillgn
 si
 szpalery, 
W niebo wznosz
 wierzcholki swe topole cztery; 
Ostatnia sucha prawie, a na onej wierzchu 
Bociany sciel
 gniazdo; teraz juZ 0 zmierzchu 
Powrócily, dla piskLj,t niosllC hojne dary. 
W powietrzu brzE1cz
 glosno chrab!l8zcze, komary, 
Hanna. 


1
		

/NDIGDRUK006454_0012_1129165.djvu

			- 2 - 


Pierwsze drzew si
 czepiajllC, obaczywszy konie, 
Wracajqce na nocleg, lec!!, ku ich stronie, 
Op
dzajq si
 batem, jadl1cy zniwiarze, 
:Niejedeu za natr
ctwo smierciq ich ukarze. - 
Drugie wzbite w gromad
, skoro ujrzq dzieci, 
Kij, lub kamien rzucony, postrach' w nich roznieci. 
Po wsi halas grzechotki jednostajny, glosi 
o sprz
tach ukonczonych. - W kolE', kolo osi 
Umieszczona, pospiesznym ruchem siE: obraca, 
KlekoCl\c jako bocian, gdy do gniazda wraca. 
Wesolo ryczy bydlo, pE:dzone do wody, 
Po skwarze calodziennyru doznajl!c ochlody; 
Jako wladca haremu, powazny, na przodzie 
Kroczy stadnik powoli, zanurza si
 w wodzie, 
Zagrzmi kiedyniekiedy jak dzwon groinym basem. 
W dali owce gromadl! zdl1zaj!jc pod lasem, 
Jedne polem, a drugie przez trakt wysadzany, 
Beczq, wznosZl\c za sob!!, kurzawy tumany. 
N a plocie zasiadajl! perliczki, indy ki , 
Zegnajl1c zach6d slonca wrzaskliwemi krzyki. 
Nietoperz pruje skrzydlem powietrzne sklepienie; 
Wrony wsr6d drzew galE:zi znalazlszy schronienie. 
Przeskakujq, krakajllC, 0 miejsca pewniejsze 
Ubiegajqc si
 wzajem, do snu dogodniejsze. 
Puhacz wraz zatrzepoce szaremi skrzydlami, 
PomiE:dzy spr6chnialemi skryty konarami. 


-,' 


Juz cisza - gwar ustaje, zuraw opuszczony, 
Wyda odglos skrzypliwy, budzl1c ze anu wtony; 
N a trawnikach wieczorne zapadajl! rosy i 
Gdy ch6rem na dziedzincu ozwaly si
 glosy, 
Polqczone z kapeli wesolemi wt6ry, 
Skrzypc6w, Hetu, basetli, dochodz!!, pod mury 
Dworu wioski Zazewo, w kt6rej mieszka stary 
Pan prezes. Do rl!k jep;o skladajq, otiary 
Przodownice zniwiarek, bukiety i wianki 
Dwite z klos6w zboza, ruty, macierzanki. 


Pan prezes na urzE:dzie spE:dziwszy wiek mlody -
		

/NDIGDRUK006454_0013_1129165.djvu

			- 3 


Zat
skniwszy <10 ojc6w prastarej zagrody, 
Dobrowolnie zaszczytne zdawszy dostoje/ístwo, 
Wr6cil, phjknl! sl!siadk
 pojl!wszy w malzeIÍstwo. 
Nie cieszyl si
 z nil! dlugo szcz
sliwem poiyciem, 
Bo z c6rki jedynaczki Haniusi powiciem, . 
Rozdzieli/a smieré matk
 z dziechjciem na wieki. 
Oplakawszy tEj stratEj, pan prezes opieki 
IJodjql siEj nad maleIÍklh nieletnil! sierotlj; 
Odtljd byla mu w iyciu os!odl!, pieszczotl!; 
Czuwal nad nil! od dziecka i nieraz ze lzami 
RozmySlal nad sierotki przyszlemi losami: 
Dzis panienka doros!a i piEjkna urodlj, 
Witala siEj z wiesniak6w ochoczl! zagrodl!; 
Z kolei przyciskajljc do lona iniwiarki, 
Skladajljc przodownicom w nagrodEj podarki. 
Gdy szczEjsliwe, wracajl! do tanecznic grona, 
Mlodziez za filarami z dw6ch stron zaczajona, 
Jednoczesnie wylewa dwie wody konewki; 
Krzyczl! niespodziewanie napadniEjte dziewki, 
Otrzljsnl!wszy BiEj z wody, nie trac
 humoru, 
Ale siEj przylljczywszy do spiewaczek choru, 
Nuclj piei!ni 0 pannie, 0 dziedzicu swoim, 
o starym ekonomie, zowil!C go opojem; 
o skljpej gospodyni, zbyt srogim wlodarzu, 
o zbytnil! gorliwoscill przejEjtym pisarzu; 
Por6wnywujljc wlasne i innych dostatki. 
Nakoniec uchyliwszy parobczak rogatki, 
Wystllpil z grona mEjzczyzn, VannEj prosi w tany; 
Kolujl! przez dziedziniec, zwirem usypany, 
Obertasa muzyka raino graé poczyna, 
Zach
cona przykladem panienki, druzyna 
Uwija siEj, by dobiedz w taIÍcu pierwszej pary, 
Kt6ra jui przed dworcowe zawraca filary. 
Parobczak zaloiywszy pol
 od kapoty, 
Przykl
kuje, zwinnemi mijajl!c obroty, 
(Wraz z HannI!, kt6ra zda siEj nie dotyka ziemi), 
Post
pnjljcych w taIÍcu z tylu i za niemi 
I skrzesiwszy holubca, klania siEj panience, 
N a zakollczenie taIÍca calujllc jll w r
ce. 


1*
		

/NDIGDRUK006454_0014_1129166.djvu

			- 4 - 


Wesoly to dzielÍ bardzo dla wiejskiej mlodzieiy 
Tymczasem stary dziedzic do piwnicy biezy, 
By daé sluibie wytoczyé beczki wódki, piwa, 
Starszych i ml6di cz
stuje; o\\'oce, mi
siwa 
Oczekuj4 na stolach; r;>;lìdem rozstawione, 
R6wniei bo.lki i chleby na dzis upieczone, 
Raino bawi4 siEj ludzie. Dla uprzyjemnienia, 
A moie w CZlìsci i dla urozmaicenia, 
Pan prezes wszystkicl;t z sob4 do ogrodu prosi, 
KEjdy sluiba napoje, pokarmy przenosi. 


W gaju miejsce silì milìdzy drzewy znajdowalo, 
Posr6d kt6rego chwasty i zielsko wzrastalo, 
To miejsce dzisiaj suche i wygracowane, 
Swieiym iwirem dokola r6wno usypane, 
Na kt6rym nie zbywalo, albowiem w bliskosci 
Plynlì1y dwa jeziora milowej dlugosci, 
Po nadbrzeinych mieliznach wszlìdy go spotkales 
I ubyé siEj nie zdalo. mimo ie ubrales. 
R6inoksztaltne na drzewach lampy wisZ4 wkolo, 
Swiecllc jakoby gwiazdki na niebie wesolo, 
Od nich blask zapoiycza tanecznik6w grono, 
Dla kapeli osobne miejsce przeznaczono, 
Bylo to wywyiszenie z desek zbitych spolem, 
Plac caly otaczaj4 dlugie lawki kolem, 
N a kt6rych starsi wiekiem miejsca swe zajlìli, 
PatrZllc jako ml6di w tancu raino siEj weseli. 
Wiele cud6w zawieral 6w obraz, uroku, 
KsiEjiyc blady wyzieral z pomilìdzy obloku, 
Odbijaj:j,c siEJ w wodzie; polysk6w srebrzystych 
Udzielajllc drzew szczytom, a z pod rozloiystych 
Wewnlltrz dolnych konar6w, latarnie czerwonym 
Odblaskiem przyswiecaly drzewom zaplonionym, 
Bez przerwy brzmi4 rozglosnie melodye muzyki, 
Wsr6d kt6rych wesolosci wznosz4 siEJ okrzyki, 
Uwijaj4 siEj pary, przy swietle latarek, 
Ochoczych parobczak6w i rainych iniwiarek. 
Puszczyki wystraszone, uciekly w gl4b gaju, 
Niezbyt rade z iniwiarzy polskich obyczaju;
		

/NDIGDRUK006454_0015_1129166.djvu

			5 - 


Nietoperze pomil)dzy zarosla sil) chronill, 
Tylko mn6stwo m
zyc nocnych ponad latarniami 
Uwija sil), trzepoC!!c zlekka 
krzydelkami. 


Tak minl)la noc caIn. Juz slonce nad rnnkiem 
Roztoczylo swe blaski promienistym wiankiem; 
CZI;1sé zniwiarzy zastawszy zasnil)tyob. pod lawl\, 
Muzyka coraz ciszej gra, coraz mniej zwawo; , 
Radaby juz wypoczllé i z taktem sil) mija, 
A mlodziez bez przestanku na lewo wywija. 
Ósma byla godzina, gdy syty zabawy, 
Szedl kaidy ku domowi. Niekt6rych zpou lawy 
Wyciqgano przemocll, tak snili wygodnie. 
W poludnie do k08ciola idllCY przechodnie, 
li:ieraz z posr6d zaroSli slyszeli westchnienie, 
Przerywajllce gluche natury milczenie, 
Byl to bowiem swillteczny dzien, wolny od trudu, 
Solennie obchodzony od polskiego ludu. 


Po poludniu w goscinl) do dworu przybyli 
Dwaj siostrzency prezesa; za nimi po chwili 
Zjawil sil) i ksil\dz proboszcz, przyjaciel domowy 
I spowiednik nieboszczki pani prezesowej, 
CZl)sto z paIÍstwem wieczory dlugie przesiadywal, 
Z prezesem w maryasza, albo w wista grywal, 
HannI) znal nicmowll)ciem; gdy lat dziesil)é miala, 
Jemu sil) poraz pierwszy z grzech6w spowiadala. 
Siostrzency owi, bracia rodzeni; starözemu 
By!o Zdzislaw na imi
, Floryan mlodszemu; 
Od Zazewa nie
pelna mieszkajllc 0 mill), 
U wuja przep
dzali wolne zycia chwile; 
Zasil)gaj/lC rad w wielu razach, doswiadczenia, 
Gdyz to cz!owiek, co jasnym sposobem myslenia 
Przewyzsza! wszystkich innych, w prawosci celowal, 

ie dziw, ze go czy krewny, czy obcy szanowal, 
Ze kaZdy ze sl\siad6w w dostatku, czy biedzie. 
Pewien by!, ze sil) na nim nig(ly nie zawiedzie. 
Pr6cz. tyc
 prezes mial jeszcze jcdnego siostrzeñca, 
Ale Sll) DIe doczeka!, by wyrosl w mlodzienca;
		

/NDIGDRUK006454_0016_1129167.djvu

			- 6 - 


Po utracie rodziców sam zostal na áwiecie, 
Prezes go wycbowywal, jako wlasne dzieci
; 
Cblopiec zdolny, poj
tny, pr
dko si
 rozwinllÌ, 
Nagle gdzies niewiadomo - bez wiesci z
gin,!!. 
Gdy na nic nie przydaly si
 poszukiwania, 
Doszedl wreszcie do tego z czasem przekonania, 
Ze umar!. Plakal po nim i Hanna po bracie 
Nie mogls si
 pocieszyé i daé wiary stracie. 


Po powitaniu goscie gdy zasiedli w sali, 
Rozlozone na stole, dzienniki zastali; 
Prezes w nicb przeczytawszy z Francyi wiadomosci, 
W te slows do zebranycb odzywa sj
 gosci: 
.Srodze mnie zagraniczne gniewajlj gazety, 
Niegodziwie nas ludzlj, nie szcz
dzilc podniety, 
Aby znów kraj nam6wié na nowe powstanie, 
Niecna ta ich obluda i wyzyskiwaniej 
Gdy Francyi potrzeba zajljé panstwa Wscbodu, 
Do naszego przysyla odezwy narodu; 
Obiecujilc swI\, pomoc, bylesmy powstali, 
Niepomna, ze nam zemst
 zgotuje Moskali. 
Gdy si
 przywabié damy slowom Napoleona, 
A bezbronnycb i slabycb wróg znowu pokona, 
Wypr,! si
 nas jak Judasz smial si
 wyprzeé Cbrysta; 
Boé to rzecz jasna calkiem, pewna, oczywista, 
Ze powstanie nie moze udaé si
 bez broni, 
A Iud p6jdzie za nami - n
echaj Bóg nas cbronil 
Wam mlodym marzyé Jacno, ale ja, co pomn
, 
Jakie w roku trzydziestym mielismy ogromue 
Wojsko, bron, amunicy,!, a jacy' wodzowiel 
Jednakowoz - zwyciE1stwo odniesli wrogowie, 
Któz umie broniil robie? jeszcze wy, wiesniacy, 
PrE1dzej zdaé siE1 mozecie do takowej pracy; 
Ale z miasta mlodziki, chowani w pokoju, 
W salonacb, czyz nawyknlj do trudów i znoju? 
Czyz im to diwigaéoo kos
, lub por,! zimow,!, 
W lesie spocz,!é pod burk'!, z wspart'! 0 pien glowlj? 
W kazdym razie gdy przyjdzie szczE1scia popróbowaé, 
8,!dz
, ie nie b
dziecie IV tej sprawie folgowaé".
		

/NDIGDRUK006454_0017_1129167.djvu

			- 7 - 


Tak mówil preze8, jako W8ZYSCy prawie 8tarzy; 
Ale mlodziez gor
t8za, co rzeczy mniej waiy, 
Jnne mysli taila - aby zrzucié carów, 
WYPl)dzié z810wianszczonych z ojczyzny Tatarów; . 
Bez wzgll)du jakie 8kutki ztl!d wyplynl!é mog!!; 
Jak moze zbytni pospiech kraj przyplacié drogo, 
Nie czekajl!c 8posobnej do dzialania chwili. 
Tej mysli i 8i08trzency preze80wscy bylij 
Starszy pil)sci zaci8nl!l, wzrok mu ogniem pIon ie, 
Mlodszemn zdalo Bi
 tchu nie dostaje w loniej 
Snaé go niecierpliwila preze80w8ka mowa, 
Bo gdy zamilkl, przY8zedl8zy nareszcie do 810wa, 
Zawola w ullie8ieniu: 
. Wuju, czyz byé moze, 
Czyi to prawda? pow8tanie niedlugo. 'oo ach, Boie! 
Co za 8zczl)scie nam doiyé tak rad08Ilej chwilil 
Wil)c Zdzi8lawku, przec.,mcie cZl)stokroé nie myli, 
W8zakiesmy nieraz 8polem w 8amotnem dumaniu, 
Rozmyslali, i snili 0 przyszlem powstanin!
 
.Prawda,
 odrzecze ZdziBlaw: 


. 


.marzylismy wiele, 
Pomnl) nieraz: ie 8taniem na rodaków czele, 
Ze na wrogów uderzym i w proch ich rozbijem, 
Otóz Bóg da, tej chwili rad08nej dozyjeml 
J chociaz nie na czele, jako szeregowi, 
Potrafim 8il) przY81uzyé nieprzyjacielowi 
I bl)dziem tluc, zabijaé, druzgotaé w perzynl) I 
Bóg zaplaé wujaszkowi, za tak
 nowinl)l" 


To rzekl8zy, uscisnl)li obaj wnja dlonie, 
On wzamian pocalunek zloiyl na ich 8kronie, 
8zepcl!c cicho: 
.8za, chlopcy, tylko cierpliwosci I 
Gdyby nie 8iwe Wto8Y i schorza!e kosci 
I jabym z wami rn8zyl, nie pora potemu; 
Dokonaw8zy niemalo, cza8 8poczl!é 8taremu; 
Na was kolej, jezeli llie dopniecie celn, 
To dzieci wa8ze, wnuki - choé po latach wielu; 
Lepiej jednak gdy rzeczy mniej 8i
 lekcewazy 
I czeka, aZ 8i
 pora pomyslna nadarzy".
		

/NDIGDRUK006454_0018_1129168.djvu

			- 8 - 


Patrzllc na zapal ojca, Hanna na uboczu 
Otarla lzy, co wcisly si
 gwaltem do oczu; 
Owe lzy tak urocze, niewiastom wlasciwe, 
Których sere a 8il wi
cej od m
zkich wrailiwe, 
Którym trudno zataié, co je wewnl!,trz boli, 
Zwlaszcza pi
kne - gdy nie Sl!, sztnczne; mimowoli 
Gdy prosto z serca plyn!l, jako krople rosy; 
Takie lezki to modly, plynl!,ce w niebiosy. 
Takim lezkom Bóg chyba odmówié nie zdola, 
Na szali waz-I!, tyle, co modly aniola. 
Lzy H.ani do ostatnich policzyé mozemy; 
Obj!lwszy szyj
 ojca, rl!,czkami drobnemi, 
Nasl;E)pnie odwróciwszy si
 do obu braci, 
Po kolei ich zapal pocalunkiem placi. 
Niezwykle nniesienie wzrok jej opromienia, 
Gotowosci do ofiar, czynów - po8wi
cenia. 


.OJ, mlodziei! lJo wszystkiego pochopna i skora I 
Szkoda, panie prezesie, ie nRm jni nie poral" 
Rzecze proboszcz, zazywszy spory niuch tabaki; 
nOi chCIJ: jui biedz, ta placze, dobry zapal taki, 
Prosié tylko, aby Bóg dodal nRm wytrwania, 
Ja bo przyznam si
, jestem tego przekonania, 
Ze w jakiejkolwiek sprawie pragniem powodzenia, 
Tl'za najpierwej boskiego zawezwaé imienia, 
Wtedy tylko cos sprawim, gdy b
dziem mieé wiar
, 
Ze nienadarmo z siebie czynimy ofiar
; 
Ze nil!, okupim szcz
scie dzieci naszych, braci, 
Ze .za nas Bóg sowicie potomstwu odplaci. 
BoÓ i IÍwi
ci, jeáliby ufnoSci nie mieli, 
Ze ich wiar
 w tysil!,ce Bóg innych dusz wcieli, 
A ztIJ:d si
 rozwielmoini w chwale Kosciól bozy, 
Pewnieby do poswi
ceIÍ nie byli tak skorzy". 


Tymczasem stól nakryty zostal do wieczerzy, 
Hania starszym nalewa herbal;E), mlodzieiy; 
Kiedy prezes z proboszczem siedli do maryasza 
Rzecze Zdzislaw: 


nJedna rzecz tylko mnie zastrasza:
		

/NDIGDRUK006454_0019_1129168.djvu

			9 - 


Czy Iud poszedlby z nami, bo w nim glóWDa sila, 
SzJachta go bez litosci nieraz ciemi
zyla.. 


. Tam gdzie go ciemi
zyla, to nadziei nie ma, 
Aleé nie wszystka szlachta te miala systema, 
Wiçc Bogu zaufajmy". PreZE's mu odpowie. 
"Ale dajmy na teraz pokój tej rozmowie, 
Moze DaB kto podsluchaé. Asl damal dwie szóstki! 
CÓZ tam u dobrodzieja 1" 


,Dwójka, czwórka - pustkil
 


,To ile". 


,Ha i cóz pGczl!é, mój prezesie, na to 1" 
Rzecze ksil!dz, popijajl!c brak, szczçscia herbatl\. 


,Hanno
, pyta FJoryan: .cózes od tej pory 
Kiedym was Die odwiedzil, a to jui czas spory, 
Robila, zabiegala 1 opowiedz, kochana". 


,Nic nowego" - odrzecze zwolna zapytana; 
.Pil1kna byla pogoda, wi
c cale dnie boze 
Sp
dzalismy z ojczulkiem, zaj
ci na dworze; 
On swojl! gospodark
 dogll\dal, ja swojl\. 
Takie dnie Sl\ najmilsze; jak pszczólki si
 rojl\ 
W okolo ula, wszyscy kolo swojej pracy, 
A jak to mówil\: . bez niej Die b
dzie kolaczy". 
Owe rozpogodnione niebieskie oblicze. 
Odsuwa od DaB mary, cz
stokroé zwodnicze. 
Ws
puje w DaB otucha i nadziei sila; 
Lecz 0 czemze nadmienié jam ci zamierzyla? 
Odwiedzit DaB przez ten czas gosé nielada jaki. , ." 


Tu przerwali jej bracia, pytaj
: .kto taki 1
 


,Pan Alfons kilka razy byl u DaB w gosclu
, 
Gorl\CO polecony przez ciotk
 hrabin

. 
Zdzislaw skrzywil si
 nieco, zerknl\wszy na brata, 
Ten zauwazyl, ze zbyt gorl\ca herbata j
		

/NDIGDRUK006454_0020_1129169.djvu

			- 10 - 


Hanna nic nie zwazajl\C, tak cillgn
a dalej: 
"Bywalo, gdysmy chwil
 sam na sam zostali, 
Tak dziwny spostrzegatam wyraz w jego wzroku, 
Gdy przysuwal si
 do mnie, jak przeszlego roku, 
Nim jeszcze owI\ podr6z odbyl zagrani
; 
Jak gdyby chcial wyjawié jaklls tajemnic
, 
Ale ja od rob6tki nie spuszczalam oczu; 
Raz m6wil mi, ze chcialby czytaé w ich przezroczu, 
Co si
 we wn
trzu serca mojego dziaé moze; 
Ja wstawszy zagadn
lam: tak pi
knie na dworze, 
Przeprsszam, ie wyjsé musz
, ogrodnik mnie czeka". 
.Czego pani przedemnl\ tak zawsze ucieka? 
Zapytal, gdym jui byla prawie u drzwi progu; 
Udalam, ze nie slysz
 i dzi
kujl\c Bogu, 
Zem si
 go raz pozbyla, siadam kolo domu, 
Wtem slysz
, ktos si
 za mn
 skrada pokryjomu..." 


.Aj, panie dobrodzieju, a to si
 nie godzi I 
To pods
p, to osznstwo, wierzaj pan dobrodziej I" 
N araz Z8wola proboszcz: 
.Ale gdziez, brpú Boze, 
Kazdy mnsi si
 bronié; to nic nie pomoze!" 
Odrzekl prezes: 
.Kto widzial?" Znown ksil\dz nastaje: 
"Czemn pan w karty patrzy kiedy je rozdaje? 
Niech pan rozda uczciwie, to nikt nie przygani; 
Rady sobie nie mog
 daé juz z ojcem panil" 
Zagadnlll nagle Hani
, przerwawszy jej mow
; 
.Ja juz nie wiem co czynié z panem, trac
 glow
l" 


Wtedy Hania, przerwawszy tok opowiadania, 
Ku rodzicowi z tkliwll czuloscil\ si
 sklania 
I rzecze: "Czy to prawda, ze si
 sluga Bozy 
Tak bardzo na ojcznlka kochanego srozy?" 


"OJ, kuglarz plln dobrodzieW Zn6w ksilldz: "ani slowa! 
.Epstein niech si
 zawstydzi; Bosko niech si
 schowa!
		

/NDIGDRUK006454_0021_1129169.djvu

			- 11 - 


Ja pana dobrodzi
ja i przy c6rce zlapE) I 
Nie tak latwo wziq,sé ksi
dza starego na lapE)!<< 


Tedy prezes, puszczajl!c kl
by dymu z fajki: 
"Bajki m6j dobrodzieju! bajki, bajki, bajki!" 


I dalej grajq, znowu. 


.Daé panom po drugiej?" 
Pyta Rania; ksiq,dz na to: 
"Na pani u
lugi" 
I podawszy jej szklankE), zaZywa tabaki. 


"Zlapalam na uczynku! To dobrodziej taki? 
A to zkq,d si
 ta sz6stka u niego znalazIa?" 


"Alez Boze uchowaj, chyba cudem wlazla, 
Pewnie jq, pan do brodziej znienacka podsunq,l". 


"P6, ksiE)ze<< - rzecze prezes - "p6<< - dodal i splunq,l; 
"Niewinnych tak oskariaé, a sam to inaczej?" 


"Niech siE) prezes przekona i karty obaczy". 


"Zgoda m6j dobrodzieju; dajie nam tabaki; 
A wy takze zazyjcie wraz z nami, chlopaki<<. 
Zwr6cÏl mow
 do mlodych. Kazdy szczypt
 chwyta, 
On konczy: 
"Dobrodzieju, teraz z nami kwital 
Tylko moja c6runia gwarzq,c z tymi chwaty, 
Staremu drugiej szklauki nie dala herbaty. 


"Ojczulku, czyz byé moie?" - zawolala Ranna. 


.Tak raka spiekla, jakby w kljpieli Zuzanna<<, 
Zrobil ksiq,dz por6wnanie. 
Ona szklank
 stawia 
Ojcu, w SkrOll go calnjq,c, z wstydem siE) wymawia; 
Gdy na miejsce wr6cila, mlodzi nalegali:
		

/NDIGDRUK006454_0022_1129170.djvu

			- 12 - 


>>Opowiedzooie nam reszt
; dokolÍcz-ie: co dalej?" 
Zatem ona: 
>>Zkl!d zaczl!é? A! siedzllc przy domu, 
Slysz
, ktos si
 zakrada ku mnie pokryjomu..." 


>>Pan dobrodziej zn6w mami". 


>>
o, prosz
 mi dowiesé I" 


Rozlegl si
 zn6w swar graez6w. Hanna pragnie powiei!é 
Mimo to cillgnllé dalejj gdy ze wsnech stron razem 
Wszysey kichn
H, jakby za jednym rozkazem 
I nastal smieeh, po kt6rym ucierane nosy, 
P1IlCZ!} si
 w r6ine brzmienia, w przer6ine odglosy; 
Do tego - przy1llczylo si
 ps6w ujadanie, 
Kt6re w obiad, kolaey!}, czy tei na sniadanie, 
Zawsze zmyslem trafily z dworu do pokoi, 
Czujlj,C, ie im ze stolu cos si
 tez okroi. 
I dzis przyszly, posluszne zwyczajowi swemu; 
Kot myslal, ie szezekanie ps6w przeciwko niemu, 
Siedzllc za pieeem, poeznie plué, mial1czyé i sapaé; 
Kanarek przestraszony, ilt go kot chee zlapaé, 
Przebudziwszy si
 ze snu, po daremnej trwodze 
Spiewa, wrzeszczy piskliwie, dmllc w gardziolko srodze, 
Ze ai szyby pocz
ly brz
czeé w calym dworze. 


>>Na rany Chrystal" - krzyczy ksilldz -- >>skaranie Boier 
Oszaleé tu w tym zgielku! 


,Hal hat hat hi! hi! hi!" 
Smiejqc si
 odrzekl prezes. >>Ów halas i smiechy 
Powstaly dobrodzieju skutkiem twej tabaki, 
Chociaz dales nam tylko szczypcik ladajaki; 
Ale spr6buJ daé wi
cej'. 


nO! wiem, ksilldz odrzecze, 
To wtedy dyabel chyba z posr6d was uciecze, 
P6jdziesz! p6jdziesz przekl
te!" 
Roztwarlszy drzwi z dworu, 
Powyp
dzal celniejszych przewodnik6w ch6ru.
		

/NDIGDRUK006454_0023_1129170.djvu

			- 13 - 


Juz potrosze stopniowo wrzawa coraz cicbnie, 
Czasem kiedy niekiedy ktos z przytomnych kicbnie, 
Ksil\dz juz si
 udobrucbat, bo wniesiono raki, 
Kt6re on bardzo lubH. 


.Ksi
zulku, tabaki!" 
Zawotano raz jeszcze, on przeczlJ:co kiwaj 
Kazdy przeto milczl\cy, dar bozy spozywa. 
U Hanny ksi:tdz byt w wielkicb laskacb i faworze, 
Wi
c mn rada przystuzyé, dogodzié w czem mozej 
WiedzlJ:c 0 tem, przybierat zwykle po dwa razy. 
Po rakacb przyniesiono z kasza, bite zrazy, 
Hanna, aby pocieszyé nieszcz
sliwll psiarni
, 
Co moze, to ze stolu z resztek dla nich zgarnie. 
Gdy si
 goscÍe do syta kolacYIl najedli, 
Prezes z ksi
dzem na nowo przy kartacb zasiedli; 
Hanna zas mtodym dalej tak rzecz opowiada: 


. Wi
c m6witam, ktos ku mnie zcicba si
 zakrada, 
Ugll\gam si
: pan Alfonsj popatrzyl przez cbwil
, 
I rzekt: . Wszak, panno Hanno, jesli si
 nie myl
, 
Mialas pani mieé pilnll spraw
 z ogrodnikiem?" 
C6i bylo pocz:té tedy z natr
tnym mlodzikiem? 
Scbwytana na uczynkn i przel
kla srodze, 
Ogll\dam si
 zn6wj juz go wi
cej nie znacbodz
 
A juzem si
 co tylko tl6maczyé mu miala, 
Ze ogrodnik nie nadszedl i zem nan czekala, 
P6iniej to uczynilam, by go nie obrazié..." 


. Dobrodzieju ! cbcesz widz
, mnie dzis do gry zrazié". 
Slycbaé zn6w gtos prezesa: .a to karta sluzyl 
Mi<<;dzy nami racbunek jaki?" 


.Ecb, nieduzy! 
No, wygralem od pana zloty, czy p6ltora". 


. Wielki mi owoc pracy calego wieczora!" 
M6wi prezes, smiejllC si
: 


.Lecz uciecby wiele".
		

/NDIGDRUK006454_0024_1129171.djvu

			- 14 - 


Dodal proboszcz: .J uiro si
 obaczym w kosciele, 
Niedziela, a tymczasem dobrej nocy zycz
". 
.Niech dobrodziej poczeka, to Bi
 z nim rozlicz
". 


.Jutro mi pan dlug zwr6ci, z pieni
zmi to zdradnie, 
A nuz mnie jakie licho po drodze okradnie?" 
Odrzecze ksilj,dz: .dobranoc!" i do dom odchodzi; 
Po nim chclj, jechaé mimo ciemnej nocy mlodzi, 
Ale ich zatrzymano. 
Nie pomn/lc niedzieli, 
Do dziesilj,tej nazajutrz snem blogim zasn
li, 
Obudwom jednakowe snuly si
 widzenia, 
Alfons gdy z Hanilj, slubne obr!!czki zamienia, 
To niby jlj, uwozi, na rlj,czym rumaku 
I widzlj, jego postaé, wysmukl!!, we fraku, 
J ak cisnie dloIÍ kuzynki, spoziera jej w oczy, 
I obydw6ch zazdrosci serce robak toczy. 
Szukajlj, z nim zaczepki, Bposobnosé si
 zdarza, 
Wyzywajlj, rywala, to zn6w u oUarza 
Wydarli mt: ofiar
, przedmiot swej milosci. 
I mozeby tak snili do nieskonczonosci, 
Gdyby si
 byly nagle drzwi nie otworzyly, 
I nie poczuli raptem chl6d dosyé niemHy, 
A po nim z wymierzonych raz6w b61 dotkliwy, 
Niezbyt wprawdzie, lecz w spos6b przenosz1!cy, zywy, 
Z marzenia w rzeczywistosé I pierzchly obrazy, 
A w nszach zahuczaly natomiast wyrazy: 


. WBtawaé! CzaB do kosciola, dosé juz tego spania 1 
Przyrzekam najBolenniej, ze nie dam sniadania, 
Jesli za minut dziesi
é na d61 nie zejdziecie, 
Hartowaé Bi
 zawczaBU potrzeba wam przecie". 
C6Z bylo zatem poczlj,é na argument taki? 
Ubrali Bi
 corychl.j, jak mogli, biedaki; 
W niespelna dziesi
é minut b
dlj,c jut gotowi, 
Zeszli, dzieñ dobry zyczlj,c Hannie i wujowi. 


.Tak to lubi
! az milo"; wnj widzlj,c ich, rzecze: 
.Teraz jnz wam pOBilek ranny nie ncieczel
		

/NDIGDRUK006454_0025_1129171.djvu

			.1 


t 


- 15 - 


IIauiu, uracz ich dobrze; bowiem innym razem 
Gotowi naro zniewagi niepopuscié plazem; 
Czlek syty, lacniej niili naczczo si
 przeprosi, 
Zwlaszcza posilkiem z r:j,czek nadobnej gosposi. 
 
To tet wkr6tce juz mlodzi wszystko przepomnieli. 



 


Hanna 0 swicie wstawszy, pomimo niedzieli, 
Od rana jut obszedlszy cale gospodarstwo, 
Choremu wlodarzowi zaniosla lekarstwo, 
Po kt6re przyszla prosié przel
kniona zona. 
Jeszcze za czas6w ksi
stwa! bat Napoleona, 
Sluiyl on w pulku gwardyi i na stare lata 
Przybywszy do Zatewa, by odwiedzié brata, 
Kt6ry tu obowil!zki piastowal pisarza, 
Zostal we wsi, obj:j,wszy zaj
cie wlodarza. 
On Hani
 jeszcze mall!, na r
ku piastowal, 
Skoro wi
c poslyszala, ie Prot zachorowal, 
(Tak mu bylo na imi
) corychlej pobiegla, 
By zbadaé stan chorego, bo lekarka biegla, 
Wyrf)czyé si
 w tej sztuce nie da byle komu, 
Poczem przez wies czempr
dzej wr6cila do domu, 
K
dy razem z kucharzem piekla bulki, ciasta, 
Po kt6re zbyt daleko bylo slaé do miasta. 
I przysmaiala w cukrze owoce jesienne, 
Takie bylo zaj
cie Hanny calodzienne. 


.
		

/NDIGDRUK006454_0026_1129172.djvu

			PIESN II. 


s 
 s i e d z two. 


-;
odczas p<1ry 'jesiennej, snuj
ce si
 chmury, 
.
 Rozpostarte na niebie, pi
trz
 Bi
 jak g6ry; 
To zn6w w ksztalcie calun6w, wisz
 na bl
kicie, 
A kazdej' z nich na ziemi spostrzezesz odbicie; 
Cienie rzuca chwilowe - z za kraw
dzi onych - 
Widaé szczyty g6r, las6w, sloúcem oswietionych, 
I gdy pchane powiewem, zmieniaj
 postacie, 
I ziemia wci
z w odmiennej przedstawia si
 szacie. 
Pag6rki na wp6t z6lte, to wp61 si
 zieleni
, 
Dalej rìyska, poly ski zlotemi si
 mienil!; 
Nad niemi rozpostarte siatki z paj
czyny, ... 
Owdzie znúw podorane, czerni
 si
 r6wniny. 
Na drodze, w ksztalcie wiru, wiatr piasek nanieci, 
Wloscianie powiadaj
, ze to dyabel leci; 
W powietrzu nnosz
 si
 dlngie wl6kna biale, 
Czepiajllc si
 drzew szczyt6w, kt6rych liSé w wspaniale 
Jak kwiaty, r6znobarwne szaty przyodziany, 
Babskiem latem od ludu, 6w czas jest nazwany. 
Wreszcie w polu, za wzg6rzem, stercz
 stog6w szczyty, 
I kosciolek, dach6wk
 czerwon
 pokryty; 
A przy nim chaty ci
gn
 Bi
 dwoma rz
dami, 
Posr6d kt6rych wieániacy zd
zaj
 parami, 
W strojach Bwi
tecznych; dziewki w sukniach kolorowych, 
Glowy ich strojne w chustki, 0 barwach ponsowych. 
Bez obuwia dochodZl! do stopni figury,
		

/NDIGDRUK006454_0027_1129172.djvu

			/" 


17 


Gdzie wkladajq trzewiczki. 


Nagle z poza g6ry 
Ukazal si
 kocz, w cztery wiatronogie konie; 
Wszystkich twarze zwr6cily si
 ku onej stronie, 
Wszyscy - Hann
 - prezesa, poznawszy z oddali, 
Jako ojca - uklonem szczerym powitali: 
On ich' wszystkich pozdrowil; kocz przebiegl wzdluz siola, 
Pizystanlll; ojciec z c6rk!} weszli do kosciola, 


r 


. Po chwili zn6w opodal slychaé turkot drugi 
I toczy si
 landara; w liberyi slugi, 
Rozlega si
 huk z bata: raz wt6ry, raz trzeci, 
Przejechawszy opodal przechodzllcych kmieci, 
Powoli przed koscielne zawraca podwoje; 
. Zst
puje z niej po stopniach no. d61 os6b troje; 
Pierwsza, najurodziwsza, wolnym sl4pa krokiem, 
Dumnym, nakazujqcym mierzllC wszystkich wzrokiem; 
Druga mlodsza, ubrana w str6j nieco jagkrawy; 
M
zczyzna zdal si
 zdradzaé wojaka z postawy: 
8iwe wIlSY, sumiaste brwi cal dlugie blisko, 
Wiesniacy im po drodze klaniali si
 nisko; 
Szepc!}c z cicha, z podziwu pokr
cajllc glow!}; 
Wyraz: .kapitanostwo" wtrllcajqc co slowo. 
W 'samej rzeczy Kapitan byl to z swûjq. zonll, 
Ona mloda, powabna, jemu .iuz liczono 
Przeszto kop
 lat z g6r!}, siedemdziesillt prawie; 
. M6wiono. ze si
 pyszni>j, oboje jak pall'ie; 
Moze chcieli, by znano w calej okolicy, 
Godnosé m
za, jak r6wniez jego polowicy; 
Gdyz zostawszy mal:íonkq pana kapitana, 
Kapitauow!} byla powszechnie nazwana. 
Wypada nam F!i() blizej poznaé z stadlem onem; 
. Kapitan sluzyl w gwardyi pod N apoleonem, 
Do rangi porucznika doszedlszy, raniony, 
8Yty slawy, powr6cil w swe rodzinne strony, 
Osiadlszy na wsi, z mlodq towarzyszk!} zycia; 
Nagle smieré do wiejskiego zajrzala ukrycia 
I zabrala j!} z sob!}; przej
ty zalosciq 
Rozstaje si
 Kapitan z swojll maj
tnoscil!, 
Hanna. 


2 


... 



 
 


J
		

/NDIGDRUK006454_0028_1129173.djvu

			18 - 


Przeni6s1szy si
 do miasta; zycie miejskie, troski 
Nie zdolalo ukoié; wi
c kupil dwie wioski, 
przy Zazewie; z prezesem zawiera znajomosé, 
Ów nie wiem czy umyslnie, czy przez nieswiadomoSé, 
Pocz
 go tytulowaé panem kapitanem; 
Zl4d ca!a okolica tem go czcila mianem, 
Z poczlitku owa nazwa moze go zdziwila, 
Lecz p6iniej, wyobrainia tak jli przyswoila, 
Ii cz
sto opowiadal, jako slyn
l z m
stwa, 
Wyliczajlic, gdzie odni6s1 nad wrogiem zwyei
stwa. 


C6rki juz mial dorosle, gdy wszedl w zwilizek drugi, 
Z mlodl! pann:j" ubog
, kt6ra CZCZ!!C zaslugi 
I stopien kapitana, przyj
ta go ch
tnie, 
Bo przyszlosé jej si
 zdala usmiechaé pon
tnie. 
Choé na wsi miala kosci61, by dumie dogodzié; 
(Z ujm
 kapitanowej bylo pieszo chodzié 
Kiedy prezes koczykiem jeidzil w cztery konie), 
By zyskaé na powadze i na dobrym tonie, 
Przyémié wszystkich s!!siad6w, landar
 kupila 
I zaszczyt kosciolowi w niedziel
 czynila, 
Tak swoja, obecnosci
, jako muszka drobna, 
Kt6rej dojrzeé we wn
trzu r6zy niepodobna. 
Landara owa miala ksztalt dlugi, kaÚczaty, 
Z tylu stal za nil! sluga w liberyi bogatej, 
Trzymaj
c za kutasy dwa. dlugie, zielone, 
U szczytu i z landary tylu umieszczoneoo 
Do wn
trza wchodzilo si
 az po stopniach pl
ClU; 
Z4d r6s1 dla niej szacunek w ludowem poj
eiu. 
A pocz!!tek musiala mieé bardzo daleki, 
Z ksztaltu przypomina!a Augustowskie wieki: 
Drzwiczki byly tak eiasne, ze gdy nasze panie 
Do jej wncttrza wchodzily, mnsialy ubranie 
Dolne, kt6re nazwisko nosi - krynoliny, 
Przygniataé, czepiajlic si
 stopni, jak drabiny, 
Ogll!daja,c si
, wchodzl!c, czy owe drzwi jeszcze 
Nie chwycl! zawiasami ich sukien, jak w kleszcze. 
Przy schodzeniu tez same niewygody byly, 
Pan kapitan na szcz
seie chudy, nie otyly,
		

/NDIGDRUK006454_0029_1129173.djvu

			- 19 


Najpierwej wYBkakiwal i podawal rami
, 
Z brzegu Biedz
cym c6rkom, a naBt
pnie mamie; 
Proboszcz wi
kszy by klopot mial z BWOjl\ oBobl\, 
Szcz
sciem m6g1 Bi
 wym6wié nerwow
 chorobll, 
Od zam6win i cz
stych pr6sb kapitanowej; 
PieBzo wolal pOBpieBzaé na obi ad gotowy, 
Gdzie zwykl byl udowodnié dluzBzem pOBiedzeniem, 
Poiytek uiywania ruchu przed jedzeniem. 
Lecz zwr6émy do tej chwili zn6w opowiadanie, 
Gdy kapitan i razem z nim przybyle panie, 
Zd:tiajl\ do kosciola i poklon oddawBzy, 
Oltarzowi, znajomym do wo/i, laBkawBzy 
PrezeBowi i Hannie; innym od niechcenia, 
Siedli, w Bam raz trafiwBzy na czaB PodnieBienia. 


Po Mszy kapitanowie zapraBzajl\ gosci, 
Bowiem to dzielÍ imienin przypadal jejmosci. 
Gdy Bi
 WBZYBCY zjechali, po Butej wieczerzy, 
Rozpocz
ly Ri
 tance weBo!ej m!odzieiy; 
Szkoda tylko, ie miejBca w Balonie zamalo 
I dzieBi
é par w nim led wie taiÍcowaé zdolalo; 
Fortepiauo lat kilka nieBtrojne, piskliwe, 
.uíwi
czalo w r6ine tony; oBtre, czasem tkliwe, 
To slychaé ich nie bylo; obluinione mlotki, 
Brz
czaly, jak dziecinne dzwonki i grzechotkij 
Z tem WBZYBt kiem wiecz6r bardzo mile przep
dzono, 
Po kolacyi zebralo Bi
 weBolych grono, 
Panny Biadly ne. lawce, przy scianie. gdyi malo 
Bylo krzesel, a duio os6b Bi
 zjechalo, 
Poczem zdrowie wypila ml6dí kapitanowej, 
Aby ich rozweBelié, ml\i jej temi slowy 
WBtawRzy, pocz
l wBpominaé Bwe dawne przygody: 


ntsluchajcie, moi drodzyl Pomn
, b
d
c mlody, 
Wydzieriawilem ojcu dwa wielkie jezioraj 
A ie pOBtU wielkiego nadejsé miala pora, 
Ojciec m6j ryb nalowié kazal rybakowi 
I kiedy jui Bi
 mialo, pomn
, ku zmierzchowi, 
Pojechalismy razem, by pol6w zobaczyé. 


2*
		

/NDIGDRUK006454_0030_1129174.djvu

			- 20 


Slonko schylone do snu, pocz
lo majaczyé i 
Przyjechawszy pod wiecz6r do miejsca polowu, 
Patrzymy: cos wil'lkiego wyplyntjlo z rowu 
Przez sluztj do jeziora; pluszcze sitj po brzegu; 
Ojciec krzy knql, woinicy kazal zd woié bil'gu; 
Ów potw6r na mielizn
 przyplywa z szybkoácj
, 
Wije sitj, pclza jak wq
, rzuclljllc z wscieklosci
: 
Szczupak 1 Dalib6g, szczupak! Ojciec na mnie krzyczy; 
Na szcztjscie, jechal z nami kucharz i lesniczy. 
PochwyciVl'szy powrozy, biegn
 ku mieliinie 
Przeltjkli, czyli zdobycz im sitj nil' wyslizgniej 
Wzillw.zy pomoc rybak6w, co opodal stali, 
Po cili'zkim trudzie wreszcie przem6dz jq zdolali. 
Wyciqgnllwszy potwora, na wozie drabiastym, 
Kladll tbem ku przodowi, a hakiem spiczastym 
Za szczc;)kc;) przyczepiwszy, zwillzujll powrozem; 
Ogon jeszcze na lokci trzy wl6kl sic;) za wozem. 
Przywozimy do domu zdobycz osobliwll, 
Kucharze marynaty robi
 z niej cozywo; 
Pi
édziesillt bylo beczek: cala okolica 
Przez miesil!c iyla z laski mojego rodzica. 
Ot6:ì; - dodal po chwili; jakem si'1 dowiedzial, I 
W tego szczupaka wnc;)trzu w
gorz wielki siedzial 
I zemdlil nieszczc;)snego, ze wil sic;) z bolesci". 


.Kapitanie,. rzekl prezes: .pomnisz, ze trzydziesci 
Bylo beczek marynat zn6w z tego wc;)gorza; 
Szczupak pono nadplynlll z Baltyckiego morza". 
Niezmic;)szany tern wiarus, rzecze: 


.M6j slJ,siedzie, 
Spostrzegam, ze si'1 pamitjé traci po obiedzie"' 


. Wybornie! Doskonale!" Zawolaly panie, 
Smiej
c si'1. 
.Opowiedz nam witjcej, kapitanie j 
Lecz 0 swoich przygodach w wojsku; to ladniejsze, 
Ni:ì; powiesé 0 szczupaku; prawdopodobniejsze".
		

/NDIGDRUK006454_0031_1129174.djvu

			- 21 


"Jakze mozna nie wierzyé? Wszak to rzecz prawdziwa! 
Myslicie panstwo, szczurak rzadko taki bywa? 
Daj
 slowo: dwa lata temu, raz z wieczora, 
Powracaj/lc do domu, nad brzegiem jeziora, 
Pl\trz
: a tu na wodzie wielka kladka lezy, 
Slowo honorul Niechaj sl!8iad temu wierzy!" 
Rzekl, zwracajl\c 7. zapalem do prezesa mow
; 
"Spozieram, zadziwiony, lamj
 Babic glow
, 
Kto wpadl na mysl szcz
BliWIl, aoy most zbudowaé? 
I m6wi
 sam do siebie: wartoby spr6bowaé 
Przejsé po nim; gdy niebawem bez szwanku dochodzp' 
Do przeciwnego brzegu, prze1llklem si
 srodze, 
Bo most zwarl si
 podemn!J, i pod wod/l tonie... 
Skacz
 szybko: stanqwszy juz na drugiej stronie, 
Jakiez bylo zdziwienie moje, gdym obaczyl, 
Ze w szczupaka mniemany most si
 przeinaczyl! 
I plyn/ll po powierzchni spokojnej jeziora 
Rybak moze zaswiadczyé, gdyz tego wieczora 
Przyszedl do mnie, 0 owyrn szczupaku donoszllc". 
To rzeklszy, powstal: zdrowie prezesowskie wnoszllc, 
Spogilldajllc z ukosa na swego sllsiada, 
Gloszllcego, ze wiarus klamstwa opowiada, 
Powolujllc si
 w mowie na swiadectwa Indzi, 
Kt6rych chyba archaniol na Bl}d ze snu zbudzi. 
OWym byl Piotr, dosé bliski krewny kapitana; 
MuszEi 0 nim pom6wié. gdyz dziwnie dobrana 
Byla tych ludzi para. 
W wzajemnej przyjaini 
Zyjllc, jeden drugiego k
dy moze, draini, 
Ze do nich to przyslowie lacno si
 stosuje. 
"Kto z kim si
 czubi, tego najwi
cej miluje", 
Piotr gdzie m6g1, wsz
dy klamstwa kapitana glosil, 
M6wi1lC, ze zar6d klamstwa juz w pieluchach nosil; 
Ze pierwszy wyraz w zyciu przezeIÍ wym6wiony, 
Byl klamstwem. 
Za co znowu - 6w mszczllc si
 z swej strony, 
Dowodzil, ze cyrograf Piotra znalazl trafem: 
Piotr mial onym podobno kiedys cyrografem 
Djablu prawd
 zaprzedaé, jak Twardowski dusz
.
		

/NDIGDRUK006454_0032_1129175.djvu

			22 - 


Co do mnie - to obydwom szczerze przyznaé musz
, 
Ze jak mozna najtrafniej, s!ldzili 8i
 wzajem; 
Piotr w szkolach byl podobno nieukiem, hultajem; 
ChlubH si
, wspominajllc swoje szkolne czasy, 
Ze ukonczyl p61tory gimnazyalnej klasy, 
Wygnany, juz nauce czasu nie poswi
cal; 
MIMi do brania przykladu ze siebie zach
cal. 
Gdy zdrowie prezesowskie wypito, zn6w panie 
J
ly prosié, zaklinaé: 


. Panie kapitanie, 
Opowiedzze nam jaki epizod wojskowy!" 


Kapitan opowiadaé zawsze byl gotowy; 
Drozy si
 niby, wreszcie na ich naleganie, 
Szcz
sliwy, ze go same 0 to prosZl} panie, 
Zanim zacZllI opowiesé, 8pojrzal na kuzyna 
I z tryumfem dowodzié w te slowa poczyna: 
.Myslicie moje pan ie, ze to pod Grochowem 
Chlopicki sam zbil ì\Ioskw
; ot6i - moim slowem 
R
cz
, ze tak nie bylo; na lewej mial stronie 
Dowodzié m6j pulkownik, kt6rego obronie 
Poledl lewe skrzydlo jeneral naczelny. 
Ot6i - gdy wrzala bitwa, gdy grad kul piekielny 
POCZIlI swistaé nad uchem. prazyé ogniem zbliska, 
ÓW tcMrz czmychnlll jak zajllc, z swego stanowiska; 
Wygrzebawszy gdzieá w rowie gl
bok
 kotlin
, 
W niej losu bitwy czekal, przeszto przez godzin
, 
Dopiero, gdyámy wrog6w sHy w proch rozbili, 
Powraca przed szeregi. 
Szcz
sciem w onej chwili 
Ujrzeli go zolnierze, przy rowie stojllcy. 
Po bitwie, w6dz Chlopicki, gI6wnodowodz!}cy, 
Podjechal do nas: mow
 peln!} uniesienia, 
Chwalil dow6dzc
, wojska slawi,!c poswiE:cenia; 
Nakoniec pulkownika przed rycerstwem calem 
Co tylko zamianowaé miat jui jeneralem; 
Gdy wojsko, zasloniw8zy go 8ob!} jak murem: 
. Wodzu!" Wskazllj
c na mnie, wykrzykn
o ch6rem;
		

/NDIGDRUK006454_0033_1129175.djvu

			- 23 - 


"Nie putkownik dzis odni6st zwyci
stwo nad wrogiem, 
Lecz ten mlody porucznik: swiadczym Panem Bogiem! 
NiebezpieczeÍlstwo bystrem on okiem przeniknl\l 
I skoro tylko spostrzegl, ze pulkownik zniknlj,l, 
K
dy Mj wrzal najsrozszy, wpadl, jako lew srogi, 
Krzyknl\wszy: .Za mnl\ wiara!" Przestraszone wrogi. 
Pierzchajlj,; a pulkownik tymczasem tam - w rowie, 
Siedzial trwozny; niech 0 tem czterech warn opowie 
I zaSwiadczy z posr6d nas, koleg6w zolnierzy: 
Przysi
gnie! Jezeli im naczelnik nie wierzy!" 
Po tem co zaszlo, chwila nastala milczenia; 
Niepodobna opisaé wodza zadziwienia: 
Z pogardlj, pulkownika od st6p do g16w zrnierzyl, 
Mnie r
klj, po ramieniu trzykrotnie uderzyl, 
Rzeklszy: "WierzE; wam chlopcy! - Zuch z ciebie m6j synu 
W nagrodE; twego m
stwa i chlubnego czynu, 
MianujE; ci
 kolego mlody: kapitanem." 
W kilka juz dni po bitwie, bylo to nad ran em, 
Przechodz
 si
 spokojnie przed swojlj, kwaterl\: 
A tu jadlj, trzy wozy, zapl"Zl!gniQte czterl\ 
KOlími, a na nich beczki sterczl! jako smoki, 
Bylo ich az szesédziesil!t, . 
Zolnierze bez zwloki 
Pocznlj, piéj tydzien caly huczaly wiwaty 
Na czesé mojl\, bo byli do wszystkiego chwaty. 
Opr6cz wina, pomarancz bylo ze sto skrzynek." 
"Niema co m6wié bràtkuj piE;kny upominek!" 
Rzecze Piotr, gdy kapitun kres poloiyl mowie. 
"To tylko mi nie moze pomiescié Sl
 w glowie, 
Jako wódz m6g1 tak swoich rozpajaé zolnierzy;" 
Pobladl wiarus - brwi zmarszczyl- i wtos mu si
jezy 
I spojrzawszy na Piotra, oczyma lamparta, 
Zawolal: 
"Kiedyz spok6j dasz mi raz u czarta? 
A to skaranie boskie, istne sl\dy boze! 
Wiele SiE; w ciasne; glowie twej zmiescié nie moze!" 


I byloby si
 sporem skonczylo i wrzawlj,. 
Gdyby siE; panny byly nie zarwaly z lawlj,;
		

/NDIGDRUK006454_0034_1129176.djvu

			24 - 


Trzasla nagle pod niemi i wszystkie niebogie 
W jednej chwili z loskotem padly na podlog
. 
A ze r6zne, padajl!c, przyj
ly p08tawy, 
Wi
c rumiane, jak p!!czki r6z wstajl! z pod lawy, 
NiechClic krewnym przyslug
 wyswiadczywBZY duz!!, 
Bo sprzeczka bylaby si
 zakoiiczyla burz!!; 
A tak obaj na pomoc nadbiegli z pospiechem, 
Cala sala wesolym rozebrzmiala smiechem: 
Jedni smiejlj, si
 z onej przygody lawkowej, 
Drudzy - 6w wBpominajl!c epizod wojskowy 
I tryumfy wiarusa, radujl! si
 szczerze; 
N awet go narysowal Zdzislaw na papierze, 
Dosé zr
cznie pochwyciwszy rysy kapitana. 
Skoro wrzawa ucichla, proszono Floryana, 
By co zechcial zaspiewaé. 


Siadlszy, piesii zanucil, 
Mysli ku innej stronie sluchacz6w odwrócil: 
Piesni onej pocz!!tek od s16w si
 zaczyna 
Sm
tnych: "Siedzi w klateczce wi
ziona ptaszyna. 
 
I wBzystkich serca peIne wesela radosci, - 
Terainiejszosé wspomniawszy i dzieje przeszlosci, 
W jednej chwili, jednakiem uczuciem zawrzaly; 
Myáli wBzystkich przytomnych w jednl! mysl si
 zlaly, 
}lysl wolnosci, Bwobody. 
Przestal Floryan nucié, 
Kazdy bal si
 z marzenia blogiego ocucié; 
0, bo ludzie w niewoli choé czaBem weseli, 
Gdy 0 smutku chwilowo Bwoim zapomnieli, 
Jedna piesll, wyraz jeden wolnosci wspomniany, 
Odnowi w nich chwilowo zagojone rany. 
Floryan glos mial czysty, diwi
czny, bardzo mily 
I choé brak wyrobienia bylo w nim i sily, 
Posiadal takie rzewne i sm
tne odcienia, 
Ze mysl wszYBtkich przenosil w krain
 marzenia. 
Skonczyl Floryan piesD, patrzl!c na Hanil! w milczeniu, 
I westchn
. Dziwny wyraz tkwil w jego Bpojrzeniu, 
Ale nikt naIÍ nie baczyl, pogl1\zon w dumaniu, 
Floryan z HannI! w braterskiem zyli przywil!zaniu 


.
		

/NDIGDRUK006454_0035_1129176.djvu

			- 
5 


ad lat dziecinnych. wzajem kochali si
 szczerze, 
Nieraz jej upominki przynosil w ofierze; 
ana je przyjmowala wdzit;!cznie, z r
ki brata, 
Lecz do serca jej domys! zaden nie kolata; 
Za milosé bratnil!, pJaci siostrzanl!, miloscil!, 
I szczere zaufanic wzajemnl!, ufnoscil!,. 
Tym razem wit;!c jak wprz6dy, spojrzenie przesJane, 
Wzi
la za mysli, uczué wzajemnl!, wymian
; 
Za jednE1 z owych chmurek, co na sereu llilodem 
Osi
dzie i trucizny wpija si
 zarodem. 
Rzekla wiEje do Floryana: 


"Powiedz úrogi bracie, 
Zkl\dze taka tt;!sknota spadla dzisiaj na d
, 
iæ pomnial t
 piesIÍ sm
tnl!, wsród wesolych grona?" 
" Hanno " , Floryan odrzecze; ,czasem mysl tajona, 
Mysl smutna, nawinie sil) niebawem do glowy: 
Xi zgadn!\é zkl\d jej wl!,tek, zkl\d bierze osnowy; 

iekiedy scrce dziwna ogamie t
sknota, 
Xiezwykla jakas zalosé tajnie jego miota, 
lZ naprzek6r - gdy innych upaja wesele, 
Nam siEj marzyé i smucié ehce - pragniem zbyt wiele: 
Pragniem szczt;!scia. kt6rego swiat nam daé nie moze, 
Boé trudno, aby czlowiek, to stworzenie boze, 
l\I6g1 we wszystkiem dojsé marzen swoich, zl!,dz i ch
ci; 
Wygaslaby dla 8tw6rcy czesé w jego pami
ci. 
I z nadmiaru radosci, w tern szcz
sciu tak blogiem, 
Zdaloby mu si
 wreszcie, ze i on jest Bogiem. 
DJa tego B6g go zblllkal, jak posr6d ciemnosci, 
lZ nieswiadom, niepewien swych los6w - przyszlosci; 
Bo sprawiedliwosé boska jest niewyr6wnana: 
Kazdemu zsyla zbawct;! - alboli tyrana; 
Cz
sto, gdy czynil!, zadosé wlasnemu zachceniu, 
Nie wiedzll, ii dziaJajl!, w Wszechstw6rcy imieniu; 
Swojego posJannietwa nieswiadomi sami 
I ze im On przeznaczyl, by byli s
dziami. 
Ztl!,d - cz
sto gorsi lepszych na tym swiecie sl\dzl!" 
Ale gdy w nieprawosciach eoraz bardziej bll\dZlj, 
B6g zsyla na nich s
dzi6w":' zn6w w tamtych obronie".
		

/NDIGDRUK006454_0036_1129177.djvu

			26 


. Filozofujesz, bracie, jak ksil!dz na ambonie! 
Pi
knie, widaé niedarmos nauki studyowal; 
Nie tak, jak ja, com mtode lata przepr6znowal!" 
Na to Piotr si
 odzywa, kt6ry obok siedzial: 
.Ja - bo przyznam, dalib6g, zem nigdy nie wiedzial, 
By mozna za czems t
sknié. 
Poznawszy Tereni
, 
Oswiadczam si
 z kopyta, zaI11czam - i zeni
: 
Poco tu t
sknié, marzyé 0 jakims tam swiecie! 
Czyz nie dosyé przestronno w gubernii, w powiecie? 
Wszak jest i z kim pom6wié i nie lakniem chleba, 
I oczek nie sk:Wily nam nadobnych nieba: 
Ot, naprzyklad, asiÍldzki Hanny Dobrodziki!" 
Dodal, Hanny calujllc dlon; .a wy, mlodziki, 
Wiecznie za czems 
sknicie". 
I cmoknl!l w dloÍl znowu. 
Hann
 rumieniec oblal od tego narowu; 
Bo mial nar6w, ze cmokal zbyt, gdy pocaluje 


.Pi
knie mi si
 kanalia dobrodziej sprawujeI" 
Nagle za uchem jego wykrzyknie glos srogi. 
Hanna zbladla; on malo co nie zemdlal z trwogi; 
Bo trzeba wiedzieé, byl to tch6rz, jakich jest malo; 
Chowal siE1 pod pierzyn
, gdy kiedy zagrzmialo; 
W wiecz6r z domu nie wyszedl na dw6r, za nic w swiecie; 
A przed psami wlasnemi uciekal, jak dzieci
: 
(Nieslychana rzecz, by pay pan6w swych kqsaty!) 
o grosz kl6cH siE:! z ludimi, a pola lezaly 
Odlogiem, niezorane - i w tr6jnas6b tracil, 
Gryzl si
, ale w uporze grosza nie doptacil. 


.PiE:!knie, m6j mosci Pietrze! Patrzaj, dobrodzika, 
Jak to tw6j mllz przy pannach udaje mlodzika! 
No, prosz
! To zuch Pietrek! Kln
 na Imi
 Pana!" 
Tu Piotr, ockly z przestrachu, ujrzat kapitana, 
Za kt6rym stala, smiejllc siE1, pani Piotrowa. 


.A niech ci
 piorun trzaSnie!" Gdy przyszedl do 
Wyszeptal drzllcym glosem ochlonl!wszy z trwogi.
		

/NDIGDRUK006454_0037_1129177.djvu

			27 


.;-ìic Die szkodzi, PiotruDiu, nic nie szkodzi, drogi!" 
M6wi pani Piotrowa, åmiejqc si
 radosnie. 
. Toé to jest rzecz zwyczajna, róia w pierwBzej wiosnie, 
Zwykle je"t powabniejsza, nii zwi
d!a, przestala; 
B
dziesz mi m
ia zwodzié, filutlrol" dodala, 
Patrzqc na zaplonion q od wBtydu dziewczyn
 
I palcem wygraiajqc: .0j, dziecit;! jedyne. 
To znpelnie jak math; swieé jej dnszy Panie! 
Chodi, niech cit;! ucaluj
, moje ty kochanie!" 


.To wz6r ion! to mi zona! dobra, poblazliwa j" 
Rzecze kapitan; .moja zaraz Bi
 rozgniewa, 
Kanalia j gdy na panny choé zerkn
 oczymal" 


rPrzynajmniejs raz rzekl prawdt;!: oj, za nos ci
 trzyma!" 
Smial Bi
 Piotr. 


r Vobrze robi: chwala Bogu, chwala!" 
Odparl wiarus: .1 tobie taka by siç zdala, 
1naczej, nierazbym jl! klopotn nabawil!" 


. N 0, prosz
, tybys moze jej si
 hardo stawil? 
r Wl!tpi
 bardzo I" 


.A moie; a cobys dal za to?" 
rCiszej; ot6i nadchodzil" 


. Kr6tko, w
zlowato 
POwiedziawszy, dla kobiet winnim mieé szacunek". 


rGdy Btrach, wtedy powinnosé wzywasz na ratunek 
I nil! Bam Bit;! ttumaczYBz przed sobl!, drngimi!" 
.No, kiedy tak, to czekaj, zaraz zobaczymy! 
.Nie Btawiaj Bi
 tak hardo; p6iniej, p6iniej 0 tem I" 


"Pierw piorun lysnie, zanim ryknie Bilnym grzmotem,- 
Dorzucil prezes; BIYBZIlC oBtatnie wyrazy; 
.Eb, porzuécie na stron
 te wasze urazy 1 
Obaj zuchy jestescie".
		

/NDIGDRUK006454_0038_1129178.djvu

			28 - 


"Bo prosz
 sqsiada," 
M6wi kapitan: .on mi tu bredzi i gada, 
Ze ja boj
 si
 zony".. . 
Z ostatniemi slowy, 
Spotkawszy w dali groiny wzrok kapitanowej, 
Przyciszyl mow
 nieco: 


"Widzisz, nie m6wilem?" 
Przycilj,l Piotr; nie czekajlj,c, odwraca si
 tylem, 
Wszczlj,wszy znowu, przerwanlj, z Floryanem rozmow
: 
.Ot6z, prawil, ja mialem do nauki glow
, 
Ale mi si
 nie cbcialo sll1czeé nad ksilj,zkami, 
W olalem z gniazd wybieraé piskll1ta; z cblopcami 
Biegaé i figle ptataé: co po tym rozumie? 
Czlowiek dosyé, gdy pisaé, podpisaé si
 umie. 
Ozeni si
, to swiat go szanuje i ceni: 
Bo prosz
 ci
, ci ludzie mqdrzy i uczeni, 
Nic im z tego nie przyjdzie, zn'idzniejlj" wyblednlj,; 
Gdy umrlj" co swiat 0 nicb powie, juz im jedno. 
Byles pan gdzies? Ot, nazwy onej przepomnialem"... 


"W Wenecyi". 


. Prawda, kiedys IV bistoryi czytalem, 
Ze to miasto podobno najwi
ksze na swiecie". 


Tu przerwal mu kapitan drwiqco: .Co on plecie, 
Jam czytal w jeografii, tam najlepsza szkola.. 


.Ale gdziez tam.. 
. Wierzaj mi". 


. K t6z u p6r zm6dz zdola? 
Niecb si
 stanie na twojem, m6j ty kapitanie; 
PowiedÛe mi, Zdzislawie, wi
c to tam cbrzescianie? 
Katolicy jako my, a wloska icb mowa?" 


.. 


.Bredzisz zn6w, Piotrze, Niemc6w znalem; ani slowa 
Po polsku nie m6wili, a cbrzescianie prawi; 
Kazdy pomn
, tam Boga po niemiecku slawi". 
'To n16wiqc, pan kapitaa podni6s1 si
 z siedzenia, 
Sllaé mu przyszly do glowy z lat dawnycb wspomniellla 


:ill
		

/NDIGDRUK006454_0039_1129178.djvu

			- 29 


I prawié poczql: "W Lipsku, pomn
, chlopiec mlody, 
Gdy mnie Niemki ujrzaly, dla mojej urody 
Wydzieraly muie sobie; kaida listy pisze, 
Ai mi wszyscy zazdroszczll szcz
scia towarzysze, 
Choé im go nie zbywaloi bowiem cudzoziemce 
Wielce sentymentalnej w smak wpadajll Niemce 
Nic dziwnego, boé chlopy niemieckie 
 poczwary! 
KaMen filozof, wdzieje na nos okulary, 
Dlugie wlosy zapusci, brudny, nieumytYi 
Przytem weale szacunku nie ma dla kobiety, 
Ale jll do najniiszej poslugi uzywa". 


Niebawem poczyna si
 
przeczka dosyé iywa i 
Na drugiej stronie sali ml6di rozweselona, 
Wiedzie spory 0 taniec, Pono nieskoIÍczona 
Bylaby znowu klótnia, gdyby w tejie chwili 
Nie zagrzmial rainy mazurj wszysey podskoczyli, 
U stala naraz wrzawa, bezpotrzebne zwady; 
Mlodziez biezy ochoczo, jak z wsp61nej narady; 
'fak to zwykle wsr6d ludzi, gdy kl6tnia si
 wkradnie, 
Jeden w mysl ich uderzy i nimi owladnie. 
"Kt6z to taki domyslny?" Ozwano si
 wsz
dy, 
A kapitan, przerwawszy tok swojej gaw
dy, 
Podszedl do fortepianu, tam spostrzeglszy Hann
, 
Cillgnie ku niej prezesa; 
"Na NajswiEitszll Pann
I 
Na rauy Chrystal" wola, w niezwykIej radosci: 
"To mi c6rka! Niebo ci takiej pozazdroscil" 
I pospieszyl jej chwal
 glosié ecraz dalej. 
Mazur coraz rozglosniej brzmi, coraz wspanialej, 
Pot kipi, serca gorll, piers zniza si
, wzdyma; 
Grajllcej kaidy wdzi
czne IÍle dzi
ki oczyma 
I z taktem posuwistym wzdIuz salonu kroczy; 
Wszystkich mysli szal taIÍca w jednll mysl jednoczy, 
A z kazdym krokiem coraz zapalu przybywa; 
Boé krew w pillsach nie krzepnie, ale si
 rozgrzewa. 
Hann
 ktos w grze zastqpil. 
Osm par do mazura 
Zn6w biegnie i w pierwszej parze prezesowska c6ra
		

/NDIGDRUK006454_0040_1129179.djvu

			30 


Tanczy z panem Stefanem. R6zow/i sukienkE;1 
Praw/i r!!czk!j, unosi, on za lew!! rE;1k
 
J!j, trzymaj!j,c, w podkówki obcas6w uderza, 
W miej8cu trzykroé zakr
ca, do innych par zmierzaj 
Podaj!j, sobie dlunie, kolem jednem staj/i, 
Raz na prawo, to znowu na lewo skrE;1caj/i, 
Rozdzielaj!j,c siE;1 szybko, na kola drobniejsze, 
Kt6re znowu, z kolei, dziellj, siE;1 na muiejsze. 
Panny z sob!!, llIE;1zczyíni wzajem IIlCZIl dlonie, 
Tanczllc w dw6ch. duiych kolach: po przeciwnej stronie, 
Naprzeciw eiebie staj!j, szeregami dwoma, 
Razem si
 uchwycíwszy obiI'm a rE;1koma, 
Twurz!j, kolo j do srodka prezes6wDE;1 prosZli. 
Ona podrzuca chustkE;1 j wszyscy j/i podnoszlj. 
Lecz ubiegl mlodziez Zdzislaw, podni6slszy chusteczkE;1. 
Za rllczkE;1 ima zr
cznie piE;1knll kuzyneczkE;1, 
Trzy razy z ni!j, wzdluz sali przebiegl lekki, chybki, 
PI!!sajllc jako na dnie wody zlote rybki; 
A obj!j,wszy jej kibié smaglll, rE;1k/i prawll, 
Wykr
ca z ni/i na miejscu kilka razy iwltwo. 
Pan kapitan tymczasem spieszy po wl)grzyna 
I w te slowa do mlodzi zebranej poczyna: 
"Panowie, skonczyliscie, teraz - na podziE;1kE;1, 
Niedosé jest ucalowaé panny Hanny r
kE;1, 
Trzeba wypié jej zdrowie, jak siE;1 przynalezy. 
All', ot, tak, na kl
czkach, kochana mlodziezy I
 
I przyklE;1knlll przed Hann/i, chyl!!c kielich do dna, 
Mlodziez za nim. 
>>Panowie, jam tego niegodna! 
To czæé boska; dziE;1kujE;1!" m6wila zmíE;1szana. 


>>Nie sluchaé! Pié na kl
zkach! Padaé na kolana!
 
Komenderuje wiarus: .nie slucbaé wym6wek! 
Bo mE;1skie serce miE;1knie od niewiescich sl6wek j 
A zwlaszcza cd sl6w takiej nadobnej pieszczotki, 
Dla kt6rej piolun lyknllé, a zdalby siE;1 slodki. 
Hej, Franku! Przynieá wina, przynies nam szampana!
 
Krzykn
 na sluzllcegO.
		

/NDIGDRUK006454_0041_1129179.djvu

			31 


.Prosztj, jasnie pan a, 
Odparl tenie: kazala pani przed godzinq, 
Aieby na strzemienne zachowaé to wino". 



a te slowa zmarszczywszy wiarus brwi ponuro, 
Pitjsci
 grzmotn
l w st61; lice zaszlo mu purpnrq. 
Zmierzywszy polowictj groinym z gniewu okiem, 
Ii raz pierwszy zadriala przed malionka wzrokiem, 
Ryknlll: 
"
iechaj raz btjd
 pan em w swoim domn!" 
Wszyscy raieni, jakby uderzeniem gromu, 
Zamilkli! tylko talerz zesunql si
 z stoIa 
I brztjczllc po podlodze, wirowal do kola. 
Slniqcy bieiy, trwoiny, spelnié polecenie; 
Szcz
sciem, prezes patrzllcy na owo zdarzenie, 
Widzqc kapitanowej bladosé, pomieszanie, 
IZ wyjsé jui zamierzala, rzecze: 
. Kapitanie, 
Co sitj tobie dzis stalo? obrazaé malionkE), 
Gdysmy siE) tu zebrali, uczcié jej Patronktj? 
Zastan6w sitj, na Boga! Chodi, przepros jll z namij 
My jej tak zasmueonej, przecie wyjsé nie damy!" 
Po tych slowach, zastqpil drzwi kapitanowej; 
Widno, ie brzmienie szczerej przyjacielskiej mowy, 
Odezul w sereu kapitan; zbliza si<<:1 kn ionie, 
Ale ona to widzqc, wraz gniewem zaplonie, 
Twarz odwraea od niego: 
.Pani, czyi sitj godzi?" 
M6wi prezes: .mlli pani
 przepraszaé przychodzi. 
Zastan6w sitj, co czynisz j B6g przebaezaé kaie!" 


"
ie przywyklam do tego; zbyt cÍE;ikie potwarze!" 
Odrzekla rozdllsana: "pusécie mnie w pokoju!" 


"Witjc pani zwiesz pokoJem, trwanie z mtjiem w boju? 
Zmitjkez siE). pani, na Boga, nie czyn nam zmartwienia! 
Haniu, tys jest powodem tego por6inienia, 
Chodi tu i do pr6sb naszyeh dolllCZ swoje prosby!"
		

/NDIGDRUK006454_0042_1129180.djvu

			32 


.OtM, panie prezesie, Die zl
knll muie groiby!" 
Rzecze kapitanowa: .ale gdy eheesz win
 
Zrzucié na twoj
 c6rk
, znalazles przyezyn
, 
Dla kt6rej dam si
 sklonié." To mówi!!c, dlon bialq 
Podaje malzonkowi, kt6ry klllkl niesmialo 
I POCZIII jq calowaé. W t
 ehwil
 sluzqcy 
Wni6s1 na taey 6w nap6j, rozterki koj, qcy 
A cz
sto jak tym razem, wichrzyciel pokoju; 
Kapitan zwyci
zony zion!! w wst
pnym boju, 
Chwyciwszy si
 kieliszka, jak deski zbawienia, 
W yszeptal blagaj!!co: 
. W dzien twego imienia, 
Przyj!\é racz, ionko, szezerze 
ychylone zdrowie!" 
I lyknlll kielich do dna, po ostatniem slowie. 


.Wiwat kapitan! wiwatl" wolano wesolo; 
. Wiwat kapitanowa!!" i stan!\wszy w kolo, 
Kaidy zn6w za przykladem idlle kapitana, 
Pi! zony jego zdrowie, ugi!!wszy kolana, 
A potem cMrem: 
.Kiedy Dam si
 pora zdarza". 
ZanuCl! piesni
: .pijmy zdrowie gospodarza!" 


Wtem naraz, poza domem, huk zagrzmi donosny, 
Podobny strzalom z rnsznic, to cichy, to glosny; 
Niby sygnal plac6wki, samotnej na przodzie, 
To ogieú tyralierki, stoj!!cej w od wodzie; 
Wreszcie grom szeregowych i ryk dzial w oddali, 
IZ obecni zamilkli i chwil
 sluchali. 
Nakoniec jednomyslnie przed dom wybiegaj!\; 
Zwyczaj ten u nas zdawna woinice chowajll, 
Ze nad ranem przychodz!!. z wlasnego natchnieuia, 
Uczcié trzaskaniem z bat6w, dzien pan6w imienia; 
Za co ci im dzi
kuj!!c, co laska, sIll w darze; 
JSïedosé, ze ich nagrodzq szczodrze gospodarze, 
Ale niejeden z gosci dorzuci rubelka; 
A wi
c z tego uciecha dla nich, radosé wielka. 
Pani kapitanowa lubi
ca zaszczyty, 
Pospieszyla przez sluib
 przcslaé dar obfity,
		

/NDIGDRUK006454_0043_1129180.djvu

			- 33 


Sarna wyszedlszy pl'zed dom, za przykladem gOSCI, 
Podzi!;)kowac pl'Ostakom, za znak pl'zychylnosci. 


"Kaidy sw6j towar cbwali", skoro powr6cono, 
Z uniesielliem woznic6w zalety slawiono: 
"A co!" m6wil Piotr: "Bartosz m6j zucb, cblop nielada!" 
Kapitan 0 swym Wojtkll cuda opowiada; 
Pan Stefan zalet takie swojemu nie szcz!;)dzi, 
Tak hidy w owem k61ku ocboczo ga lV
dzl. 
Ai Zdzislaw z Hanilj, przyszli prosié kapitana, 
Gdyi powiesé jego sprzeczk
 0 tance przerwana, 
Wi
cej icb zajmowala, nii przecbwalki one. 
Zanim rozpocz
l m6wié, zerkn
1 wpierw 11a ionç: 
Dostrzegìszy to spojrzenie Piotr pólglosem l'zecze: 
"Moi panstwo! "Co si
 odwlecze - nie uciecze!" 
Dajcie mu na dzis pok6j!" I smiej
c siQ glosno, 
Dodal: "B
dize asani nad mçzem litosnl!!" 
Do sjedz
cej naprzeciw nich kapitanowej, 
Kt6ra, czy nie spostrzeglszy tego zwrotu mowy, 
Czy tei nie doslyszawszy, bowiem w onej chwili 
Slui
('y lody, ciasta, cukry obnosili, 
Pocznie niemi cz
stowaé z kolei sqsiady. 
M
i jej przeciwnie, slyszal; jednak, nie cbcllc zwady, 
Udal, ie nie uwazal - i rzekl temi slowy: 


.Jakos mi m powiastkl1., przyznam, wyszla z glowy; 
Pozw61cie j
 odlozyé raczej na raz drugi, 
Zreszt
 - do opowiesci czas juz niezbyt dlugi; 
Wszyscy mimo pr6sb moicb, spiesz
 si
 do domu, 
Kazali pozaprz
gaé konie pokryjomu. 
Mam nadziej
. staremu wybaczyé raczycie, 
Kt6ry warn opowiada" radby cale zyciel" 
I wzi
wszy z sluz
cego r
k tacQ z lodami, 
POCZIII cz
stowaé, m6willC: 
"Temi lakociami 
W szakze nikt siQ nie przeje; proszç, jeszcze trocba!" 


"Nie mog
 jui, jezeli mnie kapitan kocba!" 
Slycbaé glosy wokolo: " Dalib6g, nie mog
!" 
Hanna. 


3
		

/NDIGDRUK006454_0044_1129181.djvu

			34 - 


'JI 


. Bo rzuc
", znów nalega: . tac
 na podlog
, 
,T esli braé nie b
dziecie!" 


.Patrzcie, to mi srogil" 
Mruknlll Piotr: .jak doswiadczaé wc
z pragnie podlogi r 
Szcz
scie tylko, ie razy niecelnie wymierza. 
Mamy dow6d z owego przed chwilfl talerza". 


nGdziez on jest?' Zawolano zewszlld jedoym glosem - 
Szukajllc go; szcz
sliwym dopuszczenia losem, 
Lezy jaknajspokojniej, nietkni
ty, bez skazy; 
Kazdy pocznie ogilldaé talerz kilka razy, . 
A szczerby nie znalazlszy, wola: 
nIstne dziwol 
Cud stal si
, moi pañstwo!" I biezy, co zywo, 
Pokazaé osobliwosé onfl sllsiadowi. 
NajwiEicej to uciechy sprawilo Piotrowi 
I ryknllwszy radosnie: 
.Niechaj wiarus zyje!" 
Zdrowie kapitanostwa po raz wt6ry pije, 
Za nim drudzy; 0 boje szlll wszystkim podzi
ki, 
8lowem, to pocalunkiem, to scisnieniem r
ki. 
Wtem, ktos doni6sl, ze stojlj, w pogotowiu konie, 
Wi
c goscie pOCZDI4 szukaé ubrania na strooie; 
Mlodziez znosi okrycia, mnfki i kapturki: 
Wsr6d zgielku prezes nie m6g1 odnaleáé swej c6rki. 
Dzieñ juz swital; pomimo prosby kapitana, 
Goscie si
 rozjechali; przy bywszy w dom zrana, 
Twardym snem snili pewnie, znuieni zabawfl; 
Wspominajflc wsr6d drogi wydarzenie z law!!; 
Piskliwe fortepiano; powiesci wojaka; 
Niejedni moze we snie przysnili szczupaka 
I bitw
 pod Grochowem; mostek na jeziorze. 


Glucho bylo i ciemno jnz w Zaiewskim dworze, 
Gdy prezes z jedynaczkfl wr6ciwszy nad rankiem, 
Z kwadrans byli zm uszeni przeczekaé przed gankiem, 
Pukaé do drzwi, zanim je otwarto przed niemi 
I wybiegla z oczyma sluzba zaspanemi.
		

/NDIGDRUK006454_0045_1129181.djvu

			- 35 - 


Gospodyni przywykla wstawaé porlj, rannlj" 
Po niedlugiej naradzie, roz8tawszy 8i
 z Hann/l. 
P08pie8zyla do doju kr6w, ku podwórzowi; 
Ta zas idzie, wydawszy obiad kucharzowi, 
Pozdrowié ojca, zanim do snu zlozy glow
. 
Ukonczywszy z wlodarzem i rZ/ldc/l rozmow
. 
I dlugo je8zcze boskiej wzywala opieki, 
Led wie 0 w8chodzie slonca zmruzywszy powieki. 
W jej u8zach brzmiq wci/lz smutnie piesni onej dzwi
ki; 
Kryje twarz w snieznych dloniach; wlo8 obfity, mi
kki, 
Dlugiemi sploty splywa po dw6ch stronach onej, 
Slonce olsnito lice, w modlach zatopionej. 


3*
		

/NDIGDRUK006454_0046_1129182.djvu

			PIESN 111. 


SwiE
ta Bozego Narodzenia. Wypadki 
w Warszawie. 


[ò_ 
,,-J;tok osmset szesédziesi!\ty zblizal si
 do konca. 
..- J uz coraz IÍwiatlo bardzjej zniìalo si
 sloÚca; 
Dnie pocz
ly si
 kr6tkie i ziemi
 wspanialr 
Przywdziewajllc!\ szaty, je;lnostajno biale, 
Przyslania niebo szare, chmurne, zasl!pione, 
Drzew szczyty zielonosci!\ niegdys umajone, 
Opadly dawno z lisci, jako szkielet z ciala; 
Niby siwizna, lsni z nich warstwa sniegu biala; 
Kryj!\c posr6d konar6w, czarnych kruków stada. 
Kt6rych nowa wcillZ plynie, krakajqc, gromada; 
Chowajllc dzi6by w skrzydla, najezywszy pierza. 
Po sniegu stropié lacno slad dzikiego zwierza, 
Kt6re wyszto z kryj6wki, ìeru szukaé zranaj 
Jeziora juì zamarzly: ówdzie wyrllbana 
Przer
bel, 6wdzie czernil4 si
 od sanek tory; 
Tam Iyzwami wyci
te r6znoksztaltne wzory, 
Budynki gospodarskie mienil4 si
 w oddali; 
W Zazewskim dworze IÍwiatlo w jadalni si
 pali, :. 
Nakryto do obiadu. 
Pod obrusem siano; 
Juz tylko z upragnieniem z okna wygl!\dano 
]l\iecierliwie, na niebie pierwszej gwiazdki blyskuj 
	
			

/NDIGDRUK006454_0047_1129182.djvu

			- 3ï 


Dosiego roku, dawnym polskim obyczajem; 
Poczern zup
, potrawy wnosili lokaje, 
A bylo potraw dziesi
é: zupy dwa rodzaje. 
Pierwsze miejsce przy Hannie ksilldz proboszcz zajmowat, 
Przyjaciel prezesowski po nim nast
powat, 
Pan Stefan; tak go w calej okolicy zwano; 
Chociai mu sz6sty krzyiyk blisko przyznawano, 
Byt jeszcze kawalerem. 
Od dziecka si
 prawie 
Chowal razem z prezesem i na jednej tawie 
Szkolnej, obaj siedzieli. Zamieszkat w graniczncj 
Wsi z Zaiewem, po przodkach dalekich dziedzicznej. 
Prócz prezesa i braci, Floryana, Zdzistawa, 
Siedziala jeszcze mtoda pani Bronistawa, 
Siostrzenica pierwszego, a siostra rodzona 
Dw6ch ostatnich, na Wiliq takie zaproszona; 
Z chtopczykiem matym i dwiema dziewczynkami, 
Ml!i jej bowiem wyjechal- za interesami, 
Do Warszawy i tumie p6! roku miat bawié, 
Nie chCIlC samej mationki w domu pozostawié, 
Odda! jl\ pod wujaszka prezcsa opiek
; 
A ìe ich maj
tnosci byly niedalekie, 
Rozgraniczone tylko od siebie jeziorem ; 
Przez ten czas prezes obu trudnil si
 nadzorem. 
Rania, uszczEjSliwiona z pobytu kuzynki,' 
P
zeznaczyla dla dziatek mate upominki. 
Po skonczonym obiedzie, drzwi si
 otworzyly, 
Dzieci, kt6re ostatnich potraw nie zdlliyly 
Przelknqé, z niecierpliwosci, wbiegajl! do sali: 
Tam mn6stwo na choince swiec z wosku si
 pali, 
Wstlliek b!yszczy z papieru r6inokolorowych 
I piernik6w torUilskich. Dzieci zachwycone, 
Blaskiem swiec i potyskiem swiecidet olsnione, 
Chwytajl! w drobne rl!czki, wr
czone im dary, 
O! bo zadowolnienie dzieci nie ma miary! 
A zwtaszcza IV pierwszych chwilachj gdy minI! te chwile, . 
Dzieci cieszl\ si
 jeszcze, al e jui nie ty Ie, 
Najszcz
Sliwsze to czasy, niewinne i btogie, 
Obfite w wyobrainiEj, we wraienia mnogie;
		

/NDIGDRUK006454_0048_1129183.djvu

			- 38 - 


W uczucia czyste, swi
te, niezszarzane pylem. 
I ja niegdys tem zyciem niewinil!tek zylem! 
Widz
 siebie, maleñkiem dzlecil!tkiem, aniolem, 
Spojrz
 w swiat, ach! niestety, z marzeñ ochlonl!lem! 
Znikly wszystkie llit onych niewinnych rojenia, 
Znikly juz bezpowrotnie, daremne :i:yczenia... 
Lecz wr6émy do powiesci. 
Prezes wszystkich gosci 
Jak zwykl, na noc zaprosil; opr6cz jegomosci, 
Kt6ry w gronie przyjaciúl nie mógl dlùgo bawié, 
o p61nocy mial bowiem pasterk
 odprawié. 


Nazajutrz, gdy zebrali si
 wszyscy na kaw
, 
Zastali juz przy stole Hann
, Bronislaw
; 
Obie z kosciola wczoraj powr6cily skrycie; 
Mimo to daly rano zbudzié si
 0 swicie. 


Sny peIne wyobraini! 0 senne widzenia! 
Kt6:i: zdolny wytlómaczyé jest wasze znaczenia? 
Jakze cz
sto widzimy drogie nam osoby, 
Kt6rych ciala ju:i: dawno pochlonçly groby, 
Widzim jakby na jawie, rozmawiamy z niemi: 
Zkl!d:i:e ta stycznosé ludzi :i:ywych, z umarlymi? 
Albo widzimy rzeczy, tak nadprzyrodzone, 
Rzeczy naszym rozumem niewytlómaczone; 
Rzeczy, z których nam :i:adna przez mysl nie przechodzi: 
Skl!d:i:e:i: t8 wyobrainia bujna w nas si
 rodzi, 
Kiedy cialo po trudach, bezczynnie spoczywa? 
W jakich swiatach nadziemskich on duch nasz przebywa? . . . 
Hanna kiedy raz senne skleUa powieki, 
Zawezwawszy wpierw boskiej w modlitwie opieki; 
Zacz
la dziwnie marzyé: 
Widzi oblok zdala, 
Kt6ry jasnoéé niezwykla ze wszech stron okala; 
Na nich zdal si
 spoczywaé w cierniowej koronie, 
Orzel bialy, z oszczepem zakrwawionym w szponie, 
Vsilujl1c nim przeci!!é u nóg swych kajdany; 
W gúrze tkwila kotwica, krzyz nawpól zlßmany. 
Hanna orla nlatwié chcl!,c oswobodzenie, 


I 
. 
i 


.
		

/NDIGDRUK006454_0049_1129183.djvu

			3
' - 


Pragnie dlonie wycillgnllé; pr6zne wysilenie! 
Opadajll bezwladne; krzykn
la z rozpaczy. 


.HaiÍdziu, na milosé boskll! Haniu, co to znaczy! 
Czys ty chora?" W olala ze snu przebudzona 
Bronislawa: 
.Nie droga!" na to zagadniona: 
rZatrwozylas si
 pono mym krzykiem ogromnie; 
Mialam sen, dziwny bardzo; Ilie I
kaj si
 0 mnie; 
Spij, opowiem go jutro". 
I cisza n astala, 
Hanna jeszcze w zadumie pogrllzona cala, 
Gdy znown snem zwabiona, przymkn
la irenice, 
Zn6w marzy. 
Widzi tJumem napchane uUce, 
Dalej plac, a posrodku - kolumna zolnierzy, 
Do skazanego na smieré mlodziana, z luf mierzy. . . 
Hani sen sili! przerywa; wyl
kla, z poslania 
Podnosi si
, zanoszllc od placzu i lkania. 


Wilill 
owego Roku jak zwykle sp
dzono, 
Pan Stefan i ksilldz szczuple powi
kszyli grono, 
Hanna cos byla smutna, owo w soie widzenie 
Wywarlo na jej umysl - niemile wrazenie. 
I dzieiÍ caly przed ojcem sWIl zaloM ukrywa, 
WiedzllC, jaka w nim milosé plonie ku niej zywa; 
Wieczorem do jadalni weszla wolnym krokiem, 
Starajllc si
 nie spotkaé, min1!é z wszystkich wzrokiem. 
Baczne oko rodzica natychmiast poj
lo, 
Ze niezwykle wrazenie c6rk
 owladn
lo, 
Spos
pnial takze, zmarszczki wyszly mu na czolo; 
Mimo to, przem6gl smutek, i POCZIII wesolll 
Gaw
dk
, zabawiwszy nil! call! druzyn
. 
Wtem zegar scienny bije dwunas
 godzin
; 
Prez es stawia butelki dwip, starego miodu, 
Trunek to ulubiony polskiego narodu; 
Wszyscy pijll z kolei, skladajllc zyczenia, 
Wzajemnie na rok przyszly: szcz
scia, powodzenia,
		

/NDIGDRUK006454_0050_1129184.djvu

			- 40 - 


"Prezesie,. rzecze Stefan; "jak czas szybko schodzi! 
Lat trzydziescf... Bylismy jeszcze ludzie mlodzi; 
Wielesmy to juz odt
d przebyli kolei! 
Wiele spelzlo na niczem, zamiarów, nadziei!... 
Swiat ten zawsze jednaki i nic si
 nie zmienia 
I chociaz mysmy boskie jak i on stworzenia, 
Przetrwa nas i przezyje. Weimy przedmiot' maly : 
Owe twarde kamienie, kru8zce i krys7.taly, 
Których opór przemaga rozum ludzki, sztuka 
I rozlicznych ga!
zi wszecbstronna nauka; 
\Vszystko przetrwa czlowieka: to niebios przestworze, 
Które okiem roznmnem w gillb przeniknl}é moze; 
Owe gmachy, Bwilltynie, skaly jednolite, 
Mogllce dlonill jego w gruz, IV pyl byé rozbite; 
On, który telegrafy wynalazl, koleje; 
Przed kt6rego pot
gll zwierz dziki trnchleje, 
W proch marny si
 zamieni; tylko dncha sila 
N ad wszystkie go zyjllce twory wywyzszyla; 
Ze tak slaby, nieSwiadom swej smierci' godziny, 
Podejmnje olbrzymie, chwaly godne czyny; 
Bo czemze czlowiek? Duchem, a cialo - narz
dzie, 
Którem on gdzie chce wlada i kiernje wsz
dzie. 
CÓZ jest dueh? Jestto tchnienie Boze, które dziala 
I nadaje dowolny ruch czynnosciom dala. 
Czem jest zyeie? Cierpieniem; w Mlu si
 rodzimy, 
Bólem owl} w{)dr6wk
 doezesnl} konezymy. 
Czem jest smieré? smieré - zagadk
 przyszlego zywota 
I przedwstE)pne niejako swiadomùi!ei wrota... 
Bo czemu dzieci
 placze, gdy na swiat przychodzi? 
\Vewn{)trzne mu przeczueie szepce, ze si
 rodzi, 
Aby cierpieé i skoIÍczyé to zycie cierpieniem... 
Niewinnosci! najmilszem tys serea wspomnieniem! 
Wspomnienia w póinym wieku lat blogich, dziecinnych, 
Przy domowem ognisku zgromadzen rodzinnycl::, 
J akze umysl poddajl} rozkosznym marzeniom!. 


/ 


.. 


"Wspomnienia, rzecze prezes; nicrówne wspomnieniom; 
Czternaseie juz lat temu, wsród przyjaciól grona, 
Pilismy miód tak sarno; wtem nieboszezka zona,
		

/NDIGDRUK006454_0051_1129184.djvu

			- 41 


Trllciwszy siE;) kieliszkiem, wnosi zdrowie moje, 
Az tu szklo jak przeciE;)te pE;)ka w nim na dwojej 
DziwDlj, wówczas w jej rysach dostrzeglem odmianE;) 
I symtoma chorøby dotqd mi nieznane. 
Podawszy mi dlon biall1, blada i znuzona, 
Wyszeptala do ucha: 
"Skoro umrze zona, 
ME;)zu, przelej swI1 calq miloS<) na to dzieciQ, 
Kt6re miejsce ma matki zasÌ!lpié na swiecie; 
Kochaj takze Czeslawka, jak wlasnego syna, 
Sierocie niechaj dom tw6j - wlasny przypomiua". 


" i\Iaryo" , rzeklem: "co m6wisz! co ci jest, na Boga, 
Zklldze takie przeczucie, zkqd ta mysl zlowroga? 
Czyz moglo to niewinne z kieliszkiem zdarzenie, 
Wywrzeé na twym umysle, tak wielkie wrazenie?/I 


"Nie kochanku", odrzekla: "ale mi siE;) zdaje, 
Ze nie dla mnie to ziemskie zycie, obyczaje, 
Ze nie dla mnie wiatr wieje i to slonko swieci, 
Ze nie dla mnie malZonk q byé i chowaé dzieci." 
Przy tych slowach ostatnich Izy z 6cz jej wytrysly, 
I jako krople rosy na rZE;)sach zawiBly. 
Sprawdzilo siE;) przeczucie, chorobq zlozona, 
W trzy miesiqce umarIa. najgodniejsza zona; 
UmarIa - jam pozostal samotny na swiecie, 
To jedno jest pociechq mojq, lube dzieciEJ", 
Rzekl; wskazujqc na HaniE;) i otarl IZE;) z powiek. 
"Ale czyz to cios jeden, przezyé musi czlowiek? 
Drugie dzieciE;), przybrane, bez wiesci zgill(;lo, 
Juz odtqd z g6rq blisko lat dziesiE;)é minE;)lo. 
Chodi tu do mnie, pociecho starosci jedyna, 
Twoje lice dzis smutne; matkE;) przypomina; 
Chodi tu do mnie", objqwszy twarz c6rki rEjkami, 
Czol o jej gorllcemi darzyl calunkami. 
Ona kl!)kla, do ust swych cisnqc ojca dlouie, 
Na ten widok obecni zamilkli na stronie. 
Naraz spostrzeglszy prezes, ze miasto wesela, 
Jego Bmutek i gosciom wszystkim siE;) udziela,
		

/NDIGDRUK006454_0052_1129185.djvu

			Rzecze: 


.Dosyé tych wspomnien; nastaje Rok Nowy, 
Nie trzeba gorikich mysli przypuszczaé do glowy! 
A B6g wie, co ten mlodzik nam znowu przyniesie, 
Moie stinks nadsekwanski, co obronClj zwie sil) 
Ucisnionych, zn6w czegos wielkiego dokoua." 
Ksiljdz, kt6ry domyslil sil) z tych sl6w Napoleona, 
Wziljwszy je za umyslny dla niego przycinE'k, 
Odpad: 
.Mosci prezesie! bez drwinek, bez drwinek! 
Bo te usta co szydZIj, jak z Chrystusa katy, 
Bl)dlj kiedys calowaé z czcilj kraj jego szaty: 
Gdy zn6w sztandar wolnosci dobl)dzie z pod gruz6w." 
Proboszcz byl wielbicielem cesarza Francuz6w, 
Prezes zas przeciwnikiem - naodwr6t zazartym; 
WiEjc przerwie: 
"Co tu poczljé z czlekiem tak upartym? 
Powiedzie mi dobrodziej, c6z Napoleon trzeci 
Zrobil, ze sil) tak wielce zasluzyl waszeci? 
Chyba, ii co rozpocznie tego Die dokona, 
Naprzyklad; w Krymie stracil ludzi z éwieré miliona, 
Aby dowiesé Francuz6w odwagi i mEjstwa, 
Nie umiejljc skorzystaé z owoc6w zwycil)stwa." 
.Bo widzi pan dobrodziej, musial sil) rachowaé, 
Z swymi sprzymierzeíicami; we Francyi panowaé 
Nie tak to latwo; nar6d plochy, niespokojny, 
Got6w sil) rewoltowaé, nawet w czasie wojny. 
Wspomni pan moje slowa; przyjdzie czas niedlugo, 
Ze jednego bEjdziecie zdania z boskim slugl\; 
Napoleon to geniusz! On chce bll)dy stryja 
Naprawié - i nietylko, ze nam w slowach sprzyja, 
Lecz przyjdzie czas, ie PolskI) wesprze sWIj potE)gl\; 
Tylko wykombinowaé musi glowlj tl)gl\, 
Kiedy bl)dzie do czynu najtrafniejsza pora, 
Natencz8s do Moskali: .Hej, fora, ze dwora!" 
nA wie ksiljdz, ja m6wilem seryo, nie na zarty." 


. Wracam honor."
		

/NDIGDRUK006454_0053_1129185.djvu

			- 43 


"Proboszczu, b
dziemy graé w karty?" 


.Nie, bo grajqc rok caly moznaby si
 znudzié." 


"Roku Nowego losem przestanmy si
 trudzié." 
Rzecze Hanna: .przedstawi nam si
 w swej osobie, 
Ja bo tam nie dobrego zen nie wr6z
 sobie." 


.Czemu?" pytajq bracia wraz z panem btefanem; 
Rozmowa skOlíczyla si
 dopiero nad ranem. 
Tak sp
dzono Rok stary; 
Marzec nastal Rlotny, 
buchy, zimny, pochmurny, naprzemian wiIgotny; 
Snieg pruszy, zasypujqc slady bialym szronem, 
J ak piach, gnany w pustyni uraganu gromem, 
Przyslaniajqc swiat ciemnf\ w nocy kiru szatq, 
Rt6ra sit;) odsloniwszy, gdzies niegdzies, bogato 
Zalsni gwiazd metalicznych przeiroczym bl
kitem, 
Niby r6j swit;)tojanskich robaczk6w przed switem 
I zn6w spada zaslona, leci zawierucha; 
Nadqwszy sit;), wiatr srogi prqdem w przestrzen dmucha, 
Skrt;)cajqc drzew szkielety, chyli do poklonu; 
0, biada podróznemu! co niebaczny skonu, 
Zapuszcza sit;) w tt;) port;), w puste okolice, 
Bo kn manowcom psotne wciqgnlJ, go bllJ,dnice, 
Lub zatrwozq w ciemnosci Eni1!Ce wilk6w oczy, 
Zanim krwiozercza ciiba zewszqd go otoczy, 
Sporzqdziwszy zen godnq swych biesiad potrawt;). 


W Zazewie, na kominku, Jsni swiaUo jaskrawe; 
PlomieIÍ w g6rt;) si
 wznosi, slychaé drzazg trzeszczeuie. 
W rurze mu odpowiada przeciqgle swiszczenie, 
Podobne do sygnal6w, posr6d nocnej doby, 
Lub krzyku s6w, gdy wr6zbq sq czyjejs zaloby, 
Wiatr kominem sit;) wcisnie i plomien przydnsi, 
Ze 6w, miejsca nie majqc. az zaglqdaé musi, 
Na zewnqtrz i oswietlaé w stolowej komnacie 
Siedzqce i gwarzqce p61glosem postacie.
		

/NDIGDRUK006454_0054_1129186.djvu

			- 44 - 


.Dosyé jui, moje drogie; dosyé tych nowinek!" 
Rzecze prezes, powstawszy: .czas isé na spoczynek". 


.Natychmiast"; jednoglosnie ozwaly si
 panie". 


"Co to jest?" rzekl zn6w prezes: .slychaé ps6w szczekanie 
I trl!bk
, ktos po nocy widaé do nas jedzie". 
I wyszedl; w mall!, chwiIE1 goscia z soblJ, wiedzie, 
Którego rysy trudno rozr6ìnié dokladnie, 
Bo wieczorem, w ciemnosci, obaczyé nie snadnie; 
Ale gdy siE1 zbliiyIi nieco do komina, 
Spostrzeglszy panie naraz jasnego blondyna, 
Obiedwic wykrzykn
ly: 
.Janek! Janek wr6cil!" 
Na 6w glos, pan Jan szybkim ruchem siE1 odwr6cil, 
I skoczyl ku malionce, z radosnemobIicz
m; 
Popatrzywszy nalÍ chwiI
; spostrzeglszy, ze w niczem 
C;zas nie zamienil nadobnej i piE1knej twarzyczki, 
NamiE1tnie ucalowal jlJ, w aba poIiczki. 
Potem HannE1 przywital; lyknqwszy nalewki, 
Kt6rej prezes mu radzil wypié dla rozgrzewki. 
Grzejl\c rE1ce przy ogniu. temi pocznie slowy: 


"Niegodziwy do drogi, jest ten czas marcowy! 
Br. .. przezilJ,blem do kosci;" czujlJ,C, ze pytania 
Posypiq siE1 i przerwq tok opowiadania, 
Cil\gnie dalej: 


"U przedzié muszq palístwa z g6ry, 
Ze dlatego warszawskie porzucilem mury, 
Aby waìne warn przywiesé nowiny z ritoIicy, 
Kt6re chcialbym rozglosié w calej okolicy; 
Zdarzenia tam niezwykle zaszly temi dniami; 
Wystawcie sobie: 
IdE1 przed Bernardynami, 
Ludzi moc, ze si
 przez nich przedostaé nie mogç; 
Poauwam siE1, torujl\c sobie lokciem drogq; 
Ksi
ìa dl\ZI! z pogrzebem, prosto od kosciola, 
Jeden niesie krzyz w r
ku; tlok, scisk, zgielk dokota, 
Sledzq bacznie, zkl!d wrzawa
		

/NDIGDRUK006454_0055_1129186.djvu

			- 45 


Od przeciwnej strony 
Kozacy llderzaj!! na Iud zgromadzony: 
Grzmi zdala tentent koni, swist nahajek, plazów 
I kondukt pada r6wniez ofiar
 ich razów. 
Tlumy stojq spokojnie, jak mur, niewzruszone, 
Ufne w swoj
 bezbronnosé i niebios oslon
; 
Urqgajqc brutalnej najezdników sile: 
Wtem wojsku kaZt!, aby przeszto IV znacznej sile 
Przez Krakowskie Przedmiescie - i w boczne ulice 
Lud wyparlo. 
Czy znacie Malcza kamienic
? 
Ot6z wÏE;c naprzeciwko kamienicy onej 
Jest wllskie bardzo przejscie; tam Iud zgromadzony 
Ze wszech stron, bohatersko wytrwal w swym oporzc; 
Dowodz!lcy spostrzeglszy, ze ludu nie zmoze, 
Komenderuje: "Ognia!" Wojsko na cel bierze: 
Strzela. .. PrzeMg! Ofiara pada po ofierze.. . 
Unosz!lc pi
ciu trup6w, rozszedl si
 Iud wreszcie; 
W zburzenie umyslami wstrz!lslo w calem miescie: 
Myslano juz na seryo rozpocz!lé pow stan ie, 
Gdy 0 los miasta mozni zl
kli si
 miEszczanie; 
Wys!ali delegacy
 wprost do Gorczakowa, 
On przyrzekl jej z!ldania spelnié, co do slowa, 
'Wyl
kly tern, co zaszlo: ow!], krwi
 przelanll; 
Wojsku nntycbmiast, zewszqd ustqpié kazano. 
ialoba. Ani zabaw, teatru: Warszawy 
Nie poznalby nikt, -:- sklonnej do uciech, zabawy; 
Wrze nowem zyciem cala, jakby odrodzona; 
M!odziez straz honorowll trzyma: ozdobiona 
Kokardami; na rogach ulic w rz
dzie stoi 
I nigdzie nieporz!ldk6w niema i rozboi. 
Stutysi
czny Iud zebra! si
 w dzien Marca drugi, 
Dla oddania poleglym ostatniej poslugi. 
I cisza by!a wielka w calem zgromadzeniu, 
KaZdy szedl za pogrzebem powaznie, w milczeniu: 
IZ dos!yszeéby mozua szelest skrzydel muchy. 
Niedlugo tentent kopyt odezwat si
 gluchy, 
Ukazalo si
 czterech strazak6w ogniowych, 
W szarych kurtkach i w hetmach na glowach spizowych.
		

/NDIGDRUK006454_0056_1129187.djvu

			413 - 


Cechy rzemiosl rozlicznych stljpajl! rz
dami, 
R6iniljce si
 odmiennej barwy chor"gwiami; 
Nasi i protestanccy ksi
za, wolnym krokiem 
Idlj,: koóca orszaku nie ,doscigniesz okiem. 
Pierwszy z nich piesn zaczynal: z melodylj, stowa 
Powtarzajlj, nast
pni, a piesn ta grobowa 
Coraz bardziej niknljca, w miar
 oddalenia, 
Przypominala echa stopniowe odcienia, 
Powtarzajl!ce piesni w g6rach samotnika, 
Lub dumk
 po poleglych, starego lirnika. 
Za ksi
zmi trumien czarnych pi
é si
 ukazllio 
Z cierniowemi korony; u szczyt6w ich bialo 
Nazwiska m
zennik6w, wybite gwoidziami 
I wieka ozdobione takiemiz krzyzami. 
Niesiono je na barkach, z glowy odkrytemi, 
Dale>j - szereg rabin6w, szedl zwolna za niemi. 
Brodate ich postacie, w str6j czarny przybrane, 
Na glowach takiez krymki i czapki futrzane; 
Oni - chociai si
 r6znilj wiarlj" obyczajem, 
Przejrzeli raz, ze Polska ich rodzinnym krajem: 
Ze w tej ziemi dziadowie ich od wiek6w zyli 
I takze czei3é naleZD!1 zmarlym daé przybyli. 
Wyznanie mojieszowe do jednej rodziny 
Odtljd z nami nalezy, boé to takze syny 
Jako my, matlri Polski; ona ich wydala, 
Wi
c im droga jednako jej przyszlosé, jej chwala. 
Jako my, r6wnie pragnlj swobody, wolnosci 
Tej ziemi, w kt6rej legly ich praojcúw kosci. 
I braémi odtljd wszystkie dzieci jednej ziemi, 
Jui niech
ci kastowych niema mi
dzy niemi. 
Wszyscy wszystko Ojczyinie poswi
cié gotowi, 
Moze raz gwiazda szcz
scia zablysnie krajowi - 
Jako w sercach nastljpi i w losach przemiaua: 
Skon wrogom. Niechaj zyje Ojczyzna kochana 
 
Niechaj wie 0 tem teraz cala zagranica, 
Ze odzyla nanowo polska m
czennica! 
Ze Iud pragnie w pokorze uprosié u Boga, 
Aby On mu dopomúgl, zrzucié jarzmo wroga. 
Nieszczflsnemu dloó bratnilj, Europa poda,
		

/NDIGDRUK006454_0057_1129187.djvu

			- 47 - 


Z jej pomoclj, powr6ci wolnosé i swoboda. 
Religii katolickiej zgwalcone zwyczaje. 
Muszlj, ujllé siE1 za nill katolickie krajel 
I mURZI\ barbarzync6w, co krzyz zbeszczescili, 
Wyp
clzié; krucyat
 zwolaé w jednej chwHi, 
Za wstawieniem Stolicy SwiE1tej Apostolskiej. 
Tak musi wyjSé z Europy rZlld carsko-mongolsk:i, 
Niechaj k
dys, w Azyi, podbija narody, 
Niech skraca dzikim, r6wnie jako on, swobody, 
Panuje despotycznie. Lecz tu, gdzie oBwiata, 
Sztuki, przemysl celuj/!, ponad reszt1l Bwiata, 
Tu - gdzie rozum czlowieka przewagE1 stanowi, 
Niewolno samowladnie rZlldzié Moskalowil 
Niewolno do bezbronnych strzelaé na ulicy, 
Niewolno! Tu nie katy, nie zMjce, nie dzicyl 
W wiekach srednich ujSé mogla tyrania bezkarnie, 
Gwalty i swiE1tokradztwa, grabieze, mE1czarnie; 
W tych czasach za narodem ujmll siE1 narody 
I biada gnE1bicielom wiary i Bwobody I" 
.Pozw61 si
 ucalowaé, m6j Jasiu jedyny I" 
Rzecze prezes: .za one niezwykle no winy : 
Ty, Haniu, kaZ kolacYIl przyrzlldzié napr
dce!" 
Reszt
 czasu sp
dzono zn6w na pogaw
dce: 
Pytan bylo bez konca. Jut widno, juz rano, 
A jeszcze 0 spoczynku c:tlkiem nie myslano. 
Po zorzy - slonko jasno zablyslo z kolei, 
Kiedy snié odchodzono. 
A wiele nadziei 
Bylo w tych polskich sercach; jak blogie marzenie; 
Przez okna cisnllce si
, sloneczne promienie, 
Jasnym blaskiem do wn
trza komnaty si
 wcisly, 
R6znorodnemi barwy mienillc si
, zablysly 
N a drzew szczytach i domach; na wodzie i ziemi, 
Roztaczajlj,c swe cieplo ozywcze nad niemi. 
Hanna chwil
 zostajllc pod onem wrateniem, 
Wyrzekla do rodzica z dziwnem uniesieniem: 
.Ojcze drogi, pod jarzmem urodzone dzieci, 
Nie widzisz, jak nam slonko dzis inaczej Bwieci '!
		

/NDIGDRUK006454_0058_1129188.djvu

			r. 


- 48 - 


Nie widzisz, jako igra po niebie, swawoli - 
Moze wr6zy nam koniec nieszcz
sé i niedoli? 
Sp6jrz tylko, jak od czasu, gdy Janko przyjechal, 
Swiat caly jakby do nas szcz
sciem si
 usmiechal!" 
Tak slowik, w dnie pogodne Maja, wes6l, spiewa - 
I ani dzdzYBtej pory, sloty Bi
 Bpodziewa.
		

/NDIGDRUK006454_0059_1129188.djvu

			PIESN IV. 


Swi
ta Wielkanocne. 


.J;" 
.. 
"" I zn6w min!!l czas szybko, od nocy bezsennej 

 I w Zaiewie powr6cil tryb zycia.,codzienny. 
:Irak tylko z dzieémi mlodej pani Brònislawy, 
Gdyz w trí\Y dni po powrocie malZonka z Warszawy, 
Pojechala z nim razem do swej maj<	
			

/NDIGDRUK006454_0060_1129189.djvu

			50 - 



 W samq por
 ojcowie po kwescie przybyli, 
Mam zapasy w spiiami.; Ranna im odpowie: 
nA zapewne i ze wsi cos zni08l} ludkowie; 
Juz tam na w6z natychmiast kaZ
 wszystko wnosié". 
n B6g zaplaé, przyjedziemy po swi
tach przeprosié, 
Za niedyskrecyq; dzisiaj pilno nam, daj Boie, 
Abysmy na poludnie stan
Ii w klasztorze; 
Z prowiantami wlec trzeba si
 noga za nogq". 


. A moie ksi
zulkowie przekqszq przed droglj,". 



Dzi
kujemy!" i poszli spieszno ku wozowi; 

A prosz
 si
 poklonié od DaB ojczulkowil" 
Wolajlj, jeszcze zdala, slqc Hannie uklony: 
nNiechaj Pan Jezus Chrystus b
dzie pochwalony!" 


.Na wieki wiek6w, amen!" Rania im odrzecze, 
I dalej rozpocz
te ciasta znowu piecze. 


W wiliq na trzech stolach stawiajq pieczywa, 
Przer6znego rodzaju, w
dzone miE;siwa; 
Na pierwszym, jak na czele, umieszczony bialy 
Stoi baranek, z masla ulepiony caly, 
Zatkni
ta chorqgiewka przy nim, w dw6ch kolorach; 
Pokryty cienkq welnq 0 dlugich k
dziorach; 
Kilka godzin z kolei Rani nplynEìÌo, 
Zanim z zadowoleniem skoDczyla to dzielo. 


Obok zasiadl powainie, na bialym p61misku 
Leb swilÍski lJadziewany, jajko trzyma w pysku; 
Wzni6slszy wyzywajllco, groínie, ryj do góry, 
Jako mysIiwskiej strzelby, dwie sterczlj,ce rury; 
Spoglqda na mazurki, lukrowane w wzory, 
Baby, placki, upstrzone w przerózne kolory, 
Na kielbasy zwiniQte, jak w
ie dokola; 
Z kMrych najwi
ksza w srodku, wyglqda jak boa 
I owija stos z jajek, w ksztalcie piramidki. 
W poludnie czas byl nieco i slotny i brzydki. 
Gdy wszystko ustawione bylo naleiycie,
		

/NDIGDRUK006454_0061_1129189.djvu

			-)1 


Na ksi
dza dobrodzieja czekano przybycie. 
I zajechal: nakoniec 0 pierwszej godzinie, 
Odm6wiwszy modlitwy glosno. po lacinie, 
Przezegnal i pokropil wodll poswi
conll, 
Domownik6w dokola zgromadzone grono, 
,ZYCZIlC zdrowia i szcz
8cia, wszelkich pomyslnosci; 
Potem winem spelniono zdrowie jegomosci; 
Wsiada w bryk
, by po wsi obchodzié 8wi
cone, 
Przyjllwszy od p/Fafian dary przeznaczone, 
Które mu wlozyé Hania kaze za siedzenie. 



 oc w kolo rozpo
tarla po ziemi sIVe cienie, 
W kosciele na oltarzu, till si
 liczne 8wiece, 
Przed niemi kl
cZIl rúzne postacie kobiece; 
Z tylu stojll m
zczyini i spiewajll chórem 
Gorzkie iale, z organ6w monotonnym wtórem. 
Posrodku lezy Chrystus, do krzyia przybity, 
Kl
kajll Go calowaé, w rany, w bok przebity, 
Jego wierni wyznawcy. Na stopnie am bony 
W chodzi proboszcz z kazaniem; Iud placze skruszony; 
Po Ewangeliach proboszcz ma znown przemow
 
I odmawia Zdrowaski za dusze czyscowe; 
Poczem par
 - za pi
ciu poleglych dolllcza, 
Rezurekcy
 hymn ami, modlitw,!: zakoiÍcza, 
Wreszcie uklllkl przed Maryi obrazem w pokorze 
I hymn zaintonowal dawny: 
n Wielki Boie!" 
o piesni, twa melodya kazdego poruszy, 
Jakie swoj,!: prostotll przemawiasz do duszy! 
Ilez razy, gdy bylem zbolaly cierpieniem, 
Tys mi ulg
 przyniosla, byla pocieszeniem... 
Nie znarn piesni do Boga, wznioslejszej nad ciebie! 
Zdalo mi si
, ie jestem z Aniolami w niebie. 
Upadlem na kolana, ùrzllcemi ustami 
W olajllc : 


, n Wielki Boze, zmiluj si
 nad namil" 


W pierwsze swi
to ruch wielki byl w zaiewskim dworze, 
Hanna wstaje 0 rannej z gospodynill porze, 


4*
		

/NDIGDRUK006454_0062_1129190.djvu

			, 


- 52 - 


By rozdzielié pomi
dzy domowych swi
cone; 
Gdy wszystko jak nalezy bylo zalatwione, 
Kazdy na nabozelÍstwo spieszy do kosciota, 
K\jdy wiernych wyznawc6w dzwon z oddali wota, 
Msza trwala az do pierwszej w poludnie godziny; 
KSÍ!!dz proboszcz na prezesa grzeczne zaprosiny, 
Zabral si
 z nim i z HannI! i gdy wysiadali 
Przed dw6r, gosci na schodach krewnych powitali, 
Kt6rzy 0 chwiI
 panstwa domn uprzedziIij 
Tymi pan Stefan, Zdzistaw i Floryan byli, 
Pan J an z zonl! i dzieémi. 
W jadalni 8wi
cone 
Czekalo na prtybylych, skrz
tnie ustawione, 
Dopokqd si
 praojc6w dawnym obyczajem 
Nie podzielono wzajem poswi
conem jajem. 
Wtem donoszl!, ie sJychaé ps6w szczekanie z wlosci, 
Prezes wybiegl na ganek, by powitaé gosci: 
Byl to Piotr i kapitan, 
Wjechawszy przed ganek, 
Pierwszy nim jeszcze zdolat zeskoczyé ze 
anek, 
Wota basowym glosem: 
. Sqsiedzie, s!!siedzie! 
Przywozim niespodziank
, hrabina S. jedzie! 
No i c6i? Nic nie m6wisz na onl! nowin
?" 


"Wszak prezes nieraz widzial w iyciu swem hrabin
.; 
PrzerwaJ wiarus; 
Niebaczny na to, klaszcZl!c w dlonie, 
Ciqgnql dalej z zapalem Piotr: "Itch, jakie konie!" 


.A kocz.; zn6w przerwal wiams wp6t drwi!!co, nawiasem; 


"Jaki kocz?" 


"Pow6z. · 


"Gdziei tam! Kareta!. Tymczasem 
Rozlegl si
 dzwonek, tentent kopyt przyspieszony, 
Przedmiot sporów zjawia si
, godzié obie strony;
		

/NDIGDRUK006454_0063_1129190.djvu

			- 53 - 


Jest nim modnego ksztaltu angielska kareta, 
W kt6rej siedzqc podesztych lat nieco kobieta, 
Wola, dloni:t kiwaj:tc: 
"Ah! mon cousin chéri! 
A vant.hier powr6cilam w te p6lnocne sfery. 
Ah! comment vous portez.vous? CM tu u was slychaé? 
J ak tu trudno w tym naszym klimacie oddychaé I 


Ah! podajze mi la main. Comme je suis strudzona!
 
I gl
bokie westchnienie wyplywa z jej lona. 

ie zwazajl!c na gosci uprzejme uklouy, 
Wbiega co tchu po schodach w przedsionek przestrony, 
Tul
c twarz w futro, wsparta 0 rami
 prezesa. 
Tu westchn
la raz jeszcze: "Cher ami, que ce que c'est ça?
 

yta, patrz:tc plzezedrzwi stolowej komnaty. 
Wtem nagle, jakby jakiejri poszukujljc straty: 
".lh, mOil cheri! ah, Joli! zostawilam Joli! 
Pozostal si
 w karecie, ah, soyez si poli, 
Kaz go przynieséj je vous prie!
 
Te wszystkie pytania 
Tak nagle, przerywane przez cz
ste wzdychania, 
Nie daly prezesowi zebraé odpowiedzi; 
Uprzedzili go grzeczni tymczasem sllsiedzi 
I po chwili Piotr nadbiegl, nios:tc zawinilj,tko, 
Czyli raczej malenkie, owini
te psi:ttko, 
Porosle dlugim wlosem i z niskim uklonem, 
Odda! je wlascicielce, Okiem rozjasnionem 
Hrabina spogl:tda1a w przedmiot swej milosci 
I czy przez roztargnienie, czy zbytek radosci, 
Nie dzi
kuj:tc oddawcy, cisnie psa do lona. 


"PauvrepetitJoli! Ah,chéri!Jakdriy! Ach, on skona!
 
I zaj
ta, nie baczy na Hani uklony. 
Prezes spogl:tdal z boku, ruszajlj,c ramiony, 
Kiedy skonczlj, si
 wreszcie pieszczoty hrabiny. 
Gely ta rzecze do niego: 
"Wybacz, m6j jedyny, 
Ale cet Hre m'est si cherI'" Wtem, zerknlj,wszy z boku: 
"Ach, Haniu, enfant chérie, Vruiment, w jednym roku
		

/NDIGDRUK006454_0064_1129191.djvu

			- 5-* :..- 


Jak urosla! Dne demoiselle! Ach, nie do poznania! 
Przyblii si
 tu; donne ton front do pocatowania!" 
I rzuciwszy nakoniec ukochane brzemiE), 
Które skoml,!c, skoczylo rado8nie na ziemiE), 
Wzil\wszy ramiE) prezesa, do jadalni wchodzi. 
Pokloniwszy siE) zlekka starszyznie i mlodzi, 
Zaj
la pierwsze miejsce, dla niej przeznaczone, 
Hanna wzi,!\Vszy z talerzem jaja poswiE)cone, 
Pocz
la si
 z ni,! dzielié, praojc6w zwyczajem, 
iycZlj,c jej pomyslnoscí; ona jej nawzajem, 
lnni poszIi przykladem gospodyni domu, 
Ai wreszcie i nie stalo jui dzieIié siE) komu. 


Po swi
conem zaprasza prezes wszystkich gosci 
Z jadalnej do salonu; opr6cz jegomoscí, 
Kt6rego obowi,!zek niesienia pociechy, 
Zawi6dl z paÍlskiego dworu pod slomiane strzechy. 
Wszyscy miejsca zasiedli dokola hrabiny, 
Przedmiotem jej cZlllosci byl Joli jedyny. 
Widzl\c jl\ tak zajE)t'!, nie chciano przeszkodzié; 
Kapitan wszcz'!l tymczasem z zapalem dowodzié 
Jak,!s dawn,! przygodE), zmarszczywszy brwi dlugie, 
Kt6re moinaby snadno IVZi,!Ré za wllsy drugie. 
Tak m6wi: 
"To kanaIia byl ten Wielki ksi,!iE)! 
Bywalo gdy siE) jednak do kogo przywil!ie, 
To mu i rzecz niejedna bezkarnie uchodzi, 
Mimo, ie inni byli zuchy, chwaci. mlodzi..." 
W retorycznym zapale i pomimolVoli 
Cofn,!wszy si
 kapitan, nast,!pil na Joli. 
J oU skomln!!l. 
.Ah, mon Dieu!" krzykn
la hrabina, 
.Pam-re JoU! Cher Joli, biedna moja psina!" 


.0, pani dobrodziko! na Chrystusa rany 
Kln
 si
, przepraszam!" wola kapitan zmiE)szany. 
"Stalo siE) mimowoli.... 
Ale przeprosiny 
Odbily siE) jak 0 gIaz, 0 uszy hrabiny.
		

/NDIGDRUK006454_0065_1129191.djvu

			55 


Nie zwaiaj,!c na niego. wzi,!wszy skarb nR lono, 
Usiadla na kanapie, z minI! zachmurzonl!. 
Spogll!daj,!c z ukosa. N astolo milczenie; 
Wtem Hanna odgadujl!c powszechne zyczenie: 


.Kapitanie", wyrzekla: .prosim cÏlu
n!!é dalej; 
Wszyscy bardzo ciekawi i b
dl! sluchali". 


. Niewarto, prezes6wno!" Usiadlszy przy Hannie 
Szeptol z cicha Piotr Wilski: .klamie bezprzestannie, 
Staremu majaczeje cos ciljgle po glowie". 


. To nieszkodzi"; odrzekla. "Kapitan opowie". 
Dodala glosniej: . Wszyscy prosz!! kapitana". 


, "Lecz nie wiem, czy hrabina pani zagniewana, 
Zechce sluchaé;" kapitan odparl, sklopotany: 
.Zaklinam si
 raz jeszcze na Chrystusa rany"... 


"Eh, monsieur! Eh, laissons celaj przeszl<+-nic nie szkodzi! 
Racontez. Gdziei jest l'abbé? Jui poszedl dobrodziej?" 
Zapytala si
 nagle. .Powiedz, cousin chéri... 
Ah! je ne sais sama, poco wr6cilam w te sfery". 


"Alei kuzynko". odrzekl prezes niecierpliwie, 
. Wiem, ie masz kr6tkl! pami
é. a wi
c si
 nie dziwi
j 
Wszak cale zgromadzenie iegnal tu przytomne 
I tobie dnia dobrego iyczyl, ile pomn
. 
Zk!!die ci to pytanie?" 


. Voyez, ksi!!dz Hyacenty 
Le saIue; pami
tasz go? Ach, to czlowiek swi
ty! 
J'étais à Rome; wiesz przeciej j'ai visité Saint Pierre 
Szcz
sliwa, oddychalam sons Ie bleu ciel tych 
fer! 
I w tych miejscach tak swi
tych dla chrzesciaIÍskiej duszy, 
Oh, quel coeur tych pami!!tek wid ok nie poruszy! 
Imaginez: poczciwy ce père Hyacenty, 
Mais c'est un homme admirable! è\Iais vraiment, to swi
ty! 
Wyrobil mi audyencYI!; vraiment, co za radosé!
		

/NDIGDRUK006454_0066_1129192.djvu

			- 66 - 


Uczyniwszy mym prosbom najgor
tszym zadosé. 
I widzialam notre Saint Père! C'est un ange, nie czlowiek! 
Ab, vraiment, ze nie smialam wznieáé na niego powiek! 
Wyraz oblicza boski; Ie sourire, spojrzenie. .. 
A cette vue lez z mych oczu ont coulé strumienie. 
M6wil do mnie. W tej mowie, ach combien slodyczy! 
J'ai ici des médaillons, je vous prie: kto zyczy? 
Des r6zaÍ1ce, 0, prosz
! Bénis par Ie Saint Père; 
Des choses preciéuses pour les hommes qui vivent posr6d 
[tych sfer. 
Au 8aint Pierre ksilldz Hyacenty slucbal mej spowiedzi, 
Kazdy w konfesyonale ksilldz osobno siedzi, 
Pour chaque langue. Avec une canne daje rozgrzeszenie; 
Bylam trois fois, by z grzech6w oczyscié sumienie. 
Cousin chéri, pami
tasz? Artur Protopiecki, 
Ot6z ou na duchowny zamienil stan swiecki, 
Sous Ie nom Bonifacy. Cbarment, homme swiatowy! 
Dzis taki pieux i skromny sluga Chrystusowy, 
Ze gdym go zobaczyla, je ne pouvais resister 
Ucalowaé mu la main. Nas
pnie j'assistai 
A trente messes, na int
mcye os6b sercu drogich 
Do skladek nalezalam dla ksi
zy ubogich, 
Bo oni Sf! tacy pauvres! iz trzeba ich wsp;eraé, 
C'est impossible daé glodnll smiercill im umieraé". 
Przy tych slowach zamilkla hrabina na chwil
: 
Prezes rzecze z kolei: 


.Kuzynko, wszak tyle 
W Rzymie rzeczy ciekawych i pami
ci godnycb, 
Tyle tam dziel rllk ludzkich wsz
dy, r6znorodnych, 
Zajmujl!cych, a zwlaszcza dla tych co nie mieli 
Sposobnosci ich widzieéj tylko z ksil!g slyszeli, 
Alboli z opowiadan doszlych w ten zaklltek. 
Raczylabys swej mowie daé odmienny wl!tek! 
Opisaé nam wraienia, jakich doznawalas, 
Gdy w Piotra, w Kolloseum progi wst
powalas. 
Gdys zwiedzala Kapitol, Forum, Termy Tita, 
Karakali i innych, kMrych moc obfita; 
Widok ich oddzialywa na wszystkich jednako
		

/NDIGDRUK006454_0067_1129192.djvu

			fíï - 


Wiem dobrze, zes nabozna, zawsze byla
 takf!; 
KSÌE;za - mamy ich wsz
dzie i zawsze jednacy: 
Czy tez tam jacy mtodzi kBztalCJ1 Bil,! rodacy? 
Wszak spoczywa nadzieja nasza na mtodziezy, 
Wszak od niej przyszla dola ojczyzny zalezy, 
Moze tam z nich niejeden laknie, w pocie czola 
Pracujqc, zapracowaé na zycie nie zdola. 
1m trza takze pomocy". Snaé mowa prezesa 
Nie poszla w smak hrabinie. 
.Eh, chéri, laisez ça! 
Tu paries jak parafianin; que nous importe jacy 
Mipszkajq ateusze, nasi wsp6trodacy! 
Tak ich zwie ksiqdz Hijacenty. Wspominat ich wiele. 
Qu Hs viennent rarement, ze rzadko S!! na Mszy w kosciele; 
. Qu'ils se confessent raz na rok, a niekt6rzy wcale", 
Przy tych stuwach ruszyla ramiony niedbale. 
. lis logent gdzies na poddaszach; qui les voudrait cherchez? 
Nie znalazlby, choéby mial intencye najszczersze. 
Mais, à propos! W kosciele, ze remarque, ktos stoi, 
Le prince T. et son épouse; bJiscy krewni moi; 
Wszak wiesz, ksil,!cia Too rodzi ma tante, soeur cioteczna 
De ma mère; c'est une famille honorable, odwieczna 
1 jako ci wiadomo, ród od Piast6w wiod!!. 
OzenÏl si
 ksif!ze T. z hrabiank!! S. mtod!! 
I pi
kn!!, ahl comme un angel Pojmiesz mojq radosé, 
Skorom ich zobaczylaoo Uczynili zadosé 
Mej prosbie; Hs sont venus tous deux me visiter, 
Un appartement splendide! Des chevaux znamienite, 
Zna ich prawie Rzym caly. t!01lt très pieux, jak rzadko; 
Pytatam ich, czy dawno rozstaJi si
 z matkf!; 
Co dnia chodzili na Mszç; byli u Spowiedzi, 
Che le père Hyacenty. 


.Ciqgle jeduo bredzi; 
M6wi ZdziBlaw do Hani, kolo niej Biedz!!cy; 
Oni WSZYBCY jednacy". 


.Nadtos ile myslqcy," 

a to ona; .jak wsz
dzie, tak i miçdzy niemi
		

/NDIGDRUK006454_0068_1129193.djvu

			- 58 - 


, 


SI! ludzie z zasadami zlemi i dobremij 
B
 wyjlltki i ona ma tez swe zalety". 


"Wyjl!tki, tak, masz slusznosé, wyjlltki, niestetyl" 
Po{'hwycil szybko Zdzislaw, pokiwawszy glowll; 
"Trafnie ci sit;) wyrwalo, Haniu, ono Blowo j 
Moze mn!! powoduje tylko uprzedzenie 
Przyznam ci si
 jeduakze, ze mam .obrzydzenie, 
Tak do ich bigoteryi, przesadnej, udanej, 
Jak do ich mowy, w slowa obce szpikowanej j 
Niby sMw nie dostaje w ojczystym j
zy ku; 
Du tonu ma nalezeé dobrego i szyku, 
Popisywanie - obcej mowy znajomoscill: 
Grzechem to zdaniem mojem i wielkll zdroznoscil1! 
Obelg
 i slabosci moralnej dowodem j 
Szcz
scie, ze kasta jedna jeszcze nie narodem, 
Bo prosz
: czemu Francuz SW!! mow
 rodzinnll 
Nie przeplata polszczyznll, alboli tez innll - 
Boby to ubliZalo narodowej czesci, 
Kt6rll Francuz po przodkach w sercu swojem piesci. 
Religia - poc6z z niej wcillZ chelpié si
 przed swiatem? 
Litowaé si
 nad ksit)dzem; a pogardzaé bratem. 
Kt6ry r6wnie jak i ksilldz, moze byé uczciwy 
I r6wnie bogobojny; nieraz nieszcz
sliwy, 
Na uslugi krajowi poswiQcil swe iycie j 
Tylko, ie nie w sutannie ksit;)zowskiej, habicie". 
Przez t
 port) hrabina tak cil!gnt;)la dalej: 


"Podczas zimy les princes T. en Sicile mieszkali, 
Chez Ie frère ksit)znej. Will
 wybudowal slicznll. 
Parce qu'il faut savoir, jest ich slaboscill dziedzicznll, 
S'occuper budowaniem, podlug Rwego smaku. 
Wybrawszy wi
c miejscowosé ponad brzegiem lacu, 
Wystawil baron will
, z kt6rej surtout Ie soir 
Jest widok na caly lac, czysty, comme un miroir. 
I na wysokie rochers. z nich u st6p cyprysu 
Vne cascade spada z szumem w glt;)bi
 precipisu." 


,Do lacu, precipisu! pi
kne wyrazenia!-
		

/NDIGDRUK006454_0069_1129193.djvu

			Przerwie prezes. 


" Oui, chéri." 


. Pi
kne, bezw!ltpienia, 
W ysmienicie spolszczone." W szyscy si
 rozsmieli; 
.Czy tam mysl/! pozostaé?" 


.Pourquoie by nie mieli? 
Chacun content, gdy moze t
 PolskEJ porzucié, 
Pod tym rz,!dem; ja tei, s'i! ne me fallait wrócié, 
Bylabym Die przybyla nigdy z zagranicy! 
Mieszkala kolo Saint Pierre, na takiej ulicy, 
Z której moglabym widzieé wci/!z les fenêtres du Saint Père, 
Uczyni
 to, lorsque tylko j'arrangerai mes affaires". 


.Masz racYEJ kuzyneczko; pierwotni chrzescianie 
Szli bronié swoich zasad, walczyé za wyznanie; 
Dzisiejsi do poswi
ceñ 0 wiele mniej skorzy, 
Bo tylko powierzchownie w nich gosci duch Boiy, 
Nie chcl! kraju; spok6j im milszy jest i zdrowie; 
.Jak K'uba Bogu, Kubie Bóg"; m6wi przystowie. 
Kraj nic nR tern nie straci. przynajmníej niewíele; 
. Tak si
 tei kaidy wyspi, jak sobie posciele". 


.Je ne comprends pas, chéri; co chciales powiedzieé, 
Vous avez tous l'habitude marudzié i bredzié;" 
Rzecze hrabina. Naraz, powstawszy z siedzenia: 
.Chodi, cousin, mam ja z tob/! cos do pomówieni,,", 
Dodata. Prezes sklonil si
 w niemem milczeniu 
I wyszli; ona wsparta na jego ramieniu. 
Tymczasem nasz kapitan, rad ze sposobnosci, 
W te slowa czyni zadosé wszystkich ciekawosci: 


.Ot6z, m6wilem pañstwu, ie ten Wielki ksi!!zQ, 
Bywalo, gdy si
 szczerze do kogo przywi!lie, 
To fiU i rzecz niejedn8 bezkarnie :Jchodzi; 
Mirno, ze inni byli zuchy, chwaci. mlodzi, 
J ednak mnie najwi
kszemi zaszczycat wzglEjdami;
		

/NDIGDRUK006454_0070_1129194.djvu

			GO - 


Prawda, nikt si
 poszczycié nie mógl konmi, psami, 
Takiemi jako moje, w wojsku, w calym kraju; 
Wielki ksillz
 zwykl klepaé mnie wedle zwyczaju 
Po ramieniu, i mawial: .Jedziemy na lowy; 
Wei plowego", a byl to kanalia mój plowy, 
Kota bra! bez obrotu, rzadko po obrocie; 
Kuropatwa si
 zerwie, uchwyci jlj, w locie 
I do konia przynosi, nic nie uszkoclzonll; 
Otói raz, gdy nas liczne polowalo grono, 
W pogoni za szarakiem, klacz mi si
 zbieguje, 
I najeidzam na kogos tak blisko, ie czuj
 
Jak kolanem otadem 0 jego kolano. 
Ból uczuwszy, zaledwiem powstrzymal zbieganll, 
Powracam, az tu plowy juz szaraka niesie, 
A Wielki ksilj,z
 lezy na trawie przy lesie 
I felczer opatruje mu zbolall! nogE). 
Wszyscy slj,dzili, znajllc jego serce srogie, 
.ie mnie kaze uwi
zié, rozstrzelaé; ech, malo! 
Bynajmniej - dostrzeglszy mnie, rzecze: .Zblii si!i1 smialo! 
Nic ci za to nie bt;clzie, bo Ci!i1 kocham Stachu!" 
Ja widzllC, co si
 stalo, przyznam. bylem w strachu, 
Pojmiecie, com czul, temi powitany slowy; 
. Posluchaj", mówil dalej ksiIlZE): . tw6j pies plowy 
W zamian za mlj, laskawosé mnie si!i1 przynalezy". 
Usmiech powstrzymywany na ustach mlorlziezy, 
Zaigral przy tych slowach, co spostrzeglszy stary: 
.Upewniam", rzecze; .pat'lstwo nie dajecie wiarYi 
A to prawda rzetelnai zar
czam warn slowem". 


.Nie przeprosiles ksit;cia po zdarzeniu owem ?" 
Pyta Piotr; 


. Rozumie si
, chcialem j ile razy! 
Ale mi wzbranial, mówillc, ze nie ma urazy; 
Plowego mi powróci!. gdy wyjezdza! z Polski. 
W lat kilka zjezdza do mnie, pewien pan Zadolski; 
Przywozi mi obrazy; jakie, juz nie pomn
; 
Na ostatnim z nich bylo popiersie ogromne, 
Wielkiego ksi
cia, ale wybornie trafione
		

/NDIGDRUK006454_0071_1129194.djvu

			- 61 


I gdy rysy z zaj
ciem ogl!!da!em one, 
Zjawia si
 plowy, wsparlszy 0 moje kolana 
Przednie lapy, widocznie poznal ksi
cia pana, 
Bo zaskomlal, a potem pocz!!l wyé. tak smutnie, 
Ze az serce mnie z zalu scisDf
lo okrutnie'. 
SkOlÍczyl kapitan; radoSé panuje dokola; 
Wtem wszedl prezes z hrabinf!; twarz jego wesola, 
8pochmurniala coskolwiek, i hrabiny lice 
Zdradzalo niefortunnll jakl\s tajemnic
. 
.Nie wiem; Rani zapytam"oo Prezes temi slowy 
We drzwiach zako/íczyl wl\tek tajemnej rozmowy. 
Zauwaiyla Rania, ie to 0 nill chodzi, 
A przeczucie w tych razach dosé rzadko za wodzi, 
Zwlaszcza gdy do domysl6w Sll pewne powody; 
Ów pan Alfons, przystojny, bogaty i mlody, 
Byl siostrzencem po bracie rodzonym hrabiny; 
W celu zapewne swat6w Sll te odwiedziny. 
810wa wuja poj
li bracia nieinaczej - 
I obydw6ch przywiod!y niemal do rozpaczy. 
W nocy gdy powracali z onego wieczorll, 
Obadwaj byli smutni, obaj bez humoru; 
Przed zasniçciem zgasiwszy swiec
, w jednej chwili, 
Tak jakgdybý na jedno si
 z sob!! zmówili, 
Brat brata zapytuje: czy kocha kuzynk
? 
Zdzis!aw juz Floryana posl!dzal byl krztynktj; 
Ale przyznanie brat a zrobHo wrazenie 
Na Floryanie, ze oma! nie popad! w omdlenie; 
8zcz
sciem z mlodu kochali si
 z sobl} serdecznie, 
Witjc po pierwszem wrazeniu mogli jui bezpiecznie 
o tern m6wié i czujl\c ch
é do pogawE)dki, 
Najpierwej do serc wzajem zapuszczaj!! w
dki, 
ChClj,c z ich gl
bi wylowié jak!!s tajemnic
; 
Ale nic nie zbadawszy, rozjasnili lice, 
Nas4pily z kolei zwierzenia, zakl
cia, 
Ai nakoniec rzucili si
 sobie w obj
cia, 
Poplakawszy si
 oba, jak za lat dziecinnych; 
.Lepiej ze si
 tak stalo; z tych zwil!zk6w rodzinnych 
M6j F!orku., rzecze Zdzislaw: .niewielka pociecha!
		

/NDIGDRUK006454_0072_1129195.djvu

			ß2 - 



iekaZdemu jednako szczçlÍcie siç usmiecha, 
Przeciez bracia nie mozem sobie wchodzié w drogç; 
Ja w niej dla mnie uczucia dopatrzyé nie mogç, 
Wiçc szkodzié ci nie b
dç; wolç pom6dz Taczej
. 


.A ja -- myslisz Zdzislawku, zrobilbym inaczej? 
Ale widzç ze kocha mnie tylko jak brata, 
Nie mamy czem siç ludzié, prMna czasu strata; 
Ta hrabina nie bardzo mi tam jest na rçkç, 
Chcialaby za siostrzelÍca wyswataé panienk
; 
Ale z obejscia wuja i jej kwasnej miny 
SqdZllc, niezbyt pomyslne SI4 dla nich nowiny; 
Rania tez 0 nim wtedy m6wila niebardzo. .. 
 


nMój Florusiu, kobiety nieraz kimscis wzgardzq, 
A jako chorqgiewka, naraz siç odwinl4 
W stronç, kçdy niechçtne byly przed godzinl4". 


.Lecz Rania, rzecze Floryan, jest zupelnie inna, 
Niz wiçkszosé plci niewiesciej, skromna i niewinna; 
Ni cienia w niej obludy. OJ! tego hrabicza 
Bad bylbym chçtnie z przed jej usunlj,C oblicza 
I tak bracia ze sobl4 gwarzyli do rana. 


Nazajutrz po Mszy swiçtej spotkawszy StefaDa, 
Z nim razem w drugie swiçto jadq do Zazewa, 
Kçdy siç ich goscinny gospodarz spodziewa. 
I wesolo czas splymtl wszystkim na zabawie. 
o wypadkach gwarzono zaszlych we Warszawiej 
Swiçconego juz witjksza ubyla polowa, 
Resztç Hanna co roku w spizarni przechowa 
I w przewodniq niedzielç bywa zastawione. 
Ot, zwyczaje swiqt polskich w tej pieSni skreslone.
		

/NDIGDRUK006454_0073_1129195.djvu

			PlESN V. 


Pojedynek. - Nabozenstwo za poleglych.- 
Powstanie. - Pozegnanie. 

 
.. * to jedzie?" Slyehaé DaraZ glosy z gl
bi lasu; 
-W . Dokqd ?" 


.Å do ehorego". 


.Nie róbzt: halasu", 
Slyehaé glos z innej strony: . bo nas kto wytropi". 


I 


.A w drog
 nam tu wleili potrzebnie ei popi
" 
.Co z nimi ezynié?" 
.Obu zatrzymaé i kwita! 
Ksil\dz moze nam sip, przydaé, ale ta kobiet&?" 


.Jaka kobiet&? Ja ksiqdz takze, mosterdzieju! 
Widz
, ze nam nawarzyé pragnieeie oleju: 
Kto wy taey? Jak zMjey, napadacie w lesie', 
To rzekl8zy, ksiqdz z siedzenia w okamgnieniu rwie si
 
I lysnie napastnikom broniq w same oezy; 
Za nim jego towarzysz w te p
dy poskoczy 
I byloby do Mjki doszlo w jednej ehwili, 
Gdyby Die napastników okrzyk: 
.Ksiqdz Bazyli! 
Å to junak. gorqczka I Natyehmiast do zwady! 
I my takie Dosimy broñ, nie od parady; 
Ale wstrzymaj tym razem te swoje zap
dy 
I sluehaj. - PrzejezdZaeie Dam pod nosem, t
dy, 
My - nie wiedzqe, kto wy zacz, balismy si
 zdrady
		

/NDIGDRUK006454_0074_1129196.djvu

			u 


- (j-l - 


I chcieli was zatrzymaé, aby zatrzeé slady; 
Ale teraz - moiecie jechaé - z Panem Bogiem". 


Na to woinica konie chcial zaci!!é batogiem, 
Lecz go ruchem stanowczym wstrzymal ksií!dz Bazyli. 
Rzeklszy : 
. Wiecie, kto jestem; powiedzcie mi, czyli 
Nie godzi si'1 powiedzieé nam wasze nazwiska?" 
Na to - napastuj!!cy podchodzil don zbliska, 
IZ mimo, ie krótkowidz, poznaje ich zaraz: 
"Janek, Florek. i Zdzisio!" Zakrzyknlll ksil!dz naraz; 
Cala tr6jka; a wy zk!!d, 0 tak rannej porze?" 


.Czekamy na hrabiego". 
.Zarty! Czyi byé moie n 
I c6i chcecie z nim czynié?" 
.Zobaczysz po chwili; 
A jeieli przeczucie mnie moje nie myli, 
Jui jedzie"; rzecze Zdzislaw. 


Noc przeszla, switalo, 
Z za drzew jasnosé przekradaé pocznie si
 niesmialo: 
Li8cie szeleszczl! z cicha; glosniej i stopniowo 
Ruch wsród nich coraz wi'1kszy; gdzies niegdzies, nad glowil 
Ozwie si'1 ptaszek jeden; drugi, trzeci spieszy, 
Gwar powstaje wsr6d onej napowietrznej rzeszy, 
Jak w orkiestrze; owady, zwierz dziki wsród Jasu 
Gdy wyj	
			

/NDIGDRUK006454_0075_1129196.djvu

			- 65 - 


Gdzie spieszycie, rumaki? K
dyz kres tej jazdy? 
J uz 8wiecllce gdzies niegdzies blednll coraz gwiazdy 
Przyroda na wasz widok przycichla, by trwozna, 
A doczekaé si
 kresu tej jazdy niemozna. 
Zadudnialo na moscie; ten tent zagrzmi gluchy, 
8zarak, kt6ry siadl w dali, nadstawiajllc sluchy, 
Zrywa si
, biegnllc z wn
trza lasu jak szalony; 
Na jego widok, bocian ucieka, sploszony, 
A rumaki WCillz spieszll. 
Xagle, pozl\dany 
Kres si
 zbliZyl; z powozu pan modnie ubrany, 
Dal znak woznicy i ten w miejscu je osadza, 
Pan wysiadl i za sobll drugiego wprowadza 
W glilb lasu; idll zwolna, a wtem, nad parow
 
Postrzegll pi
Citl ludzi, zaj
tych rozmowll. 
Hrabia Alfons, bo on to byl, w wlasnej osobie, 
Ubrany byl z francuzka, wykwintnie, w zatobie; 
Twarz bladl\ otaczaly jasne bokobrody, 
Znaé z niej nieco burztiwie s
dzony wiek mlody 
I jakis spleen, tak cz
sty, w owym ludzi stanie. 
UchyHl kapelusza wierzchnie zdjl\l ubrauie, 
Nie baczllc, czy mn tamci wzajemnie si
 sklonil\ 
I zajlll si
, podanll mu przez Jana bronill, 
Przywita wszy go bardzo serdeczuie i szczerze; 
Biegly znawca, jakowys przedmiot na cel bierze 
I kieùy wzrok obraca na cyngiel z kolei, 
8potyka si
 z spojrzeniem bacznem kaznodziei. 
Usmiech zadowolenia rozjasnia mu lice 
I wycillgnlll ku ksi
dzu pieszczonll prawic
. 
Ten - scisn!lwszy dloD jego, zach
ca do zgody, 
8illlc si
 na przer6znc perswazye, wywody: 
Ze trzeba pychli1 z Berca i zawzi
tosé zrzucié, 
Ze m
zom chrzescialÍskim nie godzi si
 kl6cié, 
Ze krajowi potrzebni dzielnych ramion m
ze. 



Zte do mnie z tll przemowll trafiles, m6j ksi
ze 
I nie stosuj jej do mnie, lecz do tego pana; 
Rzecze hrabia, wskazujllc wzrokiem na Ftoryana; 
Hm_ 5
		

/NDIGDRUK006454_0076_1129197.djvu

			- 1.36 - 


.Ja tu jestem wyzwany, gdybym si
 chcial zgodzié, 
M6glbym snadno za tch6rza przed ludimi uchodzié.... 


Tedy ku Floryanowi ksiqdz namowy zwraca, 
Lecz on zniecierpliwieniem si
 tylko odplaca, 
Snaé zawzi
toBé mu serce op
tala sroga: 
Nie pomogty zakl
cia na kraj, wiar
, Boga j 
Czem znudziwszy si
 hrabia, juz stoi na mecie 
I poprawiwszy nielad w rannej toalecie, 
Patrzy w niebo z zach lVytem. Stonce wyzej znacznÍe' 
Podnioslo si
, a na niem snujq si
 dziwacznie 
Przer6znych k
ztalt6w chmurki, kolor6w, odcieni; 
Ze srodka nich wystrzela slup jasnych promieni, 
Zmieniajqc postaé, jako woda w wodotrysku, 
Hrabia stal z zatopionym wzrokiem w widowisku
 
Bo mial poezyq w duszy, pomimo przesytu. 
Wtem sekundant oblldzil go z tego zachw
.tu, 
Podajqc bron do r
ki. 
Floryan z drugiej strony 
Stanql, jakiS ponury, kwasny, zas
piony, 
W bezmiernej zawzi
tosci wciqz zaci
ty srodze; 
Krew nabiegla mu w oczy i blisko w p6l drodze 
Gdy sekundant .raz" liczy, w hrabiego piers mierzy; 
Strzal pada: hrabia nie drgnqlj idzie, jak nalezy, 
Prosto na przecilVnika, z wp61drwiqcym wyrazem, 
Sluchajqc sl6w komendy; a za trzecim razem, 
Rzecze : 
.Szkoda ci
 zabié, ale bqdz draBni
ty, 
Za to, zes nadto krewki i bardzo zawzi
ty. 


To m6wiqc, mierzy zwolna, dlugo i z rozwagq; 
Floryan stoi, jak posl}g. 
Tq jego odwagq 
Zdumieli wszyscy, oddech powstrzymujqc w lonie j 
Wtem ksi
dza Rocha oko wraz ogniem zaplonie: 
.Panie hrabio!" zawola; .trzeba byé bez serca, 
Wszak z ciebie czlowiek zacuy, nie zbrodniarz, mordercat 
Spnsé luf
: obaj m

twa rlaliscie dowody, 
Blahe do krwi rozlewu Sl!: wasze powody."
		

/NDIGDRUK006454_0077_1129197.djvu

			- 1)7 


Hrabia bron spuszcza na dól; snaé cos w mysli wair, 
Posta no wienie jakies widnieje mu z twarzy, 
Zagl
biwszy dwa palce w kieszen kamizelki, 
Pi
ciokopiejkowy pieni!jdz dobywa zen wielki 
I zr
cznie go w powietrze wyrzuca jak z procy, 
Ii warkn!jwszy, zablysnql jako gwiazdka w DOCY, 
Oswietlony promienmi wschodz!jcego slonca: 
Wszyscy wzrok nan zwr6cili, sledz!jc biegu konca, 
Naraz - rozlegl si
 wystrzal: dym przyémil blask switu, 
Pienilj,dz spadl; wszystkie piersi grzmill glosem zachwytll; 
Podajllc go z r!jk do r!\k, kaidy znaki sledzi, 
Podziwiaj!jc ksztalt kuli, wyilobiony w miedzi -- 
I kiedy po kolei winszujq hr;lbiemu, 
J eden Floryan stal smutny; wi
c hrabia ku niemu 
Dlon wyci!jga, w znak zgody. 
Sluga Chrystusowy 
Widzl\c, ie skutek jego odniosly namowy, 
Trwoiny, by owoc pracy nie spelzn!jl na niczem, 
Blogoslawi im obom z radosnem obliczem, 
M6wi!jc: 
.Pusécie w niepami
é chwilowe niesnaski, 
B6g na was zesle za to owoce Swej laski, 
A ojczyznie potrzeba ludzi pos\Vi
cenia, 
Wkr6tce bowiem nadchodzi czas o:!woboJzenia, 
Z pod jarzma nienawistnych ciemi
zc61\' i wrog6w. 
B6g wie, kto pierwszy stauie u wieczuosci prog6w, 
A ze wszyscy jestesmy dzieémi jednej ziemi, 
Przysi
gnijmy, ie razem wspieraé si
 b
dziemy 
I walczyé, co sU starczy; ie zuiknl! zawi
cie!" 


. Przysi
gamy !" odparli wszyscy uroczyscie. 


Riedy sloiÍce jasnialo promienmi nad swiatem, 
Drzewa jui mialy wkr6tce umaié si
 kwiatem, 
I plj,czki ubarwHy gal,!zki zie]enill; 
Pola 8nie
em przesillkle, zdaleka si
 mienilj" 
Szcz
3liwe, ie si
 zimnej pozbyly powloki 
I sciekajll rowami. z g6r wody potoki; 
Lody dudniq, topniejl!c, sci
te ostrym mrozem, 


3*
		

/NDIGDRUK006454_0078_1129198.djvu

			- 68 - 


Jako mostem jadll,cy w6z, zwolna za wozem; 
Lub huczl\;. jako grzmoty IVsr6d burzy rozglosnie. 
Kiedy fijolek kirIkuje, mech i trawa rosnie 
I natura przybiera ksztalt, barwlj odmiennl\;; 
Kiedy cale powietrze tchnie wonil\; wiosennl\; 
I wietrzyk poludniowy lagodnie powiewa, 
Przed kosci61 najblizszego miasta wsi Zazewa, 
Zajezdzajl\; powozy, karety i bryki 
I @Iychaé rzenie konii na rynku gwar, krzyki, 
Turkot k,'j!, toczl\;cych silj po kamiennym bruku, 
Wszljdy peino halasu, ruchu, zgielku, stuku. 


JIjCZI\; dzwony posljpnie w koscielnej dzwonnicy. 
Lud cisuie siE) IV podwoje przybytku z ulicy, 
Kt6rego okna kirem zalobnym pokryte, 
Oltarze i ambona podobuiez obite; 
Na czarnem wywYZszeniu stoi takaz truna, 
Otacza jl\; dokola áwiec ognista luna; 
U szczytu umieszczony orzel polski bialy 
I z cierniowej galljzi wieniec okazaly. 
Ksi
za stojl\;c dokota. nuC/4 piesIÍ zaloby: 
Czy duchy zmarlych ojc6w opmicily groby. 
Aby wt6rzyé modlitwie dziatwy zgromadzonej? 

wiE)ci poiscy zSÍ1!pili, blogoslawié on
j, 
Z ch6rem anioI6w korne poll\;czywszy pienia? 
Doáé, zem nigdy nie doznal takiego wraienia, 
Jak w dniu owym zaloby, modlitwy i skruchy. 
Wszyscy byli tak pelni nadziei, otuchy 
W lepszl\; przyszloáé, ufali tak modl6w potE)dze! 
Nie nam, iimiertelnym, czytaé IV przeznaczenia ksiQdze . . . 


Po nabozciistwie wszystkich oczy odwrócone 
By!y IV stronlj koácio!a, kQdy na ambonQ 
Wszedl jeden z zakonnik6w; blady, pochylony, 
To nasz ksil\;dz Roch; powszechnie przez wszystkich ceniony 
I widaé z prljdkich ruch6w, z wzroku, w kt6rym tleje 
Blask dziwny, ze stworzony by! na kaznodziejQ. 
Kll\;klszy, snaé 0 natchnienie blaga, dar wymowy, 
Przeiegnawszy Iud, pocznie kazaé temi slowy:
		

/NDIGDRUK006454_0079_1129198.djvu

			- (j9 - 


"Bracia, naùszeùl ùzien swi
ty. ùzien szcz
Bcia, zbawienia! 
Dzien, z którym koniec jarzma i koniec cierpieniaj 
DzielÍ, w którym mi
dzy dzieémi nastalo zbratanie 
Wsp61nej matki, bez wzglçdu na stan i wyznanie. 
Patrzcie! Oto jutrzenka nam zaranna ';wieci. 
By uwolnié w ciemnosci pogrllzone dzieci; 
Po niej zorza nam wzejdzie i sloI1ce z ukrycia, 
Wprowadzi Iud na drogQ szcz
sliwszego zycia. 
Tyrani, braci naszych, korzqcych si
 w skrusze 
Przeù Bogiem, zabijajl\; za tych braci dusze 
Dzis moùly przesylamy ÙO Wszechswiatów Pana. 
Po raz ùrugi, rzei sroga, przez ùzicz dokonana 
Zostala na ulicach stolecznego groùn; 
Tym razem jui nie piQcin, ale moc naroùll, 
Bez wzgl
ùu na wiek, ui pleé, krew m
czeIÍska broczy; 
Ale obl
ù zaslepia tym tyranom oczy; 
Sami sobie grób scielq, nastajqc na wiar
, 
Ztljd sci!!gaj!\ na Aiebie Wszechmocnego kar
. 
Wisl!! plynll wrzucone naszych braci ciala, 

iejeùnego i matka wlasua nie poznala, 
Tak sroùze porllbany, krwi!! skrzepJII zbroczony 
I tylko krzyi na piersi, szkaplerz znaleziony, 
Upewnily rodzic6w 0 syua utracie; 
Oto obraz nieùoli i nieszcz
scia macie! 
1Iódlcie si
 braci!!, m6ùlcie, IV modlitlVie otucha! 
Moie Bóg korne nasze wolanie wysJucha; 
Tylko w Nim jest nadzieja, tylko w .Nim podpora! 
Paùajcie na kolana, p6ki jeszcze pora, 
Bo on jeden IV ùobroci slVojej niezr6wnany, 
Za grzechy nas ukaral, dzis zerwie kajdany; 
Boùaj nas krzepil IV m
stwie i zsylal naùziej
, 
Ze ponaù ziemiq nasz!! szczQscie zajasnieje, 
Nie karal dzieci za to, co ojce za\Vini
, 
Chrystus rzekl: ,Darnjcie im! Nie WieÙZl! co czyni

" 
Darujmy, jako kaze wiara nasza ';wi
ta, 
A moze z czasem i on wr6g si
 opamiQta!" 


I kazal jeszcze ùIngo; \\'zoióslszy IV gór
 ùlonie, 
Koncz'!c mow!) moùlitwq, nklqkl na ambonie;
		

/NDIGDRUK006454_0080_1129199.djvu

			- 70 - 


1 
1 


Caly naród kl!jkl równiez za jego przykladem, 
Lzy z oczu pOBypaly Bi
, jakoby gradem 
I serca blogiej jakiejs doznaly otucby; 
Kazdy padl na kolana, pelen zalu, skrucby, 
Wiary w wszecbmocnosé Boga i Pana na niebie, 
Poruczajqc kraj Jego opiece i siebie. 
Wtem organ6w powazny slycbaé diwi
k, daleki 
I bymn: "Boze cos Polak!) przez tak liczne wieki!" 
Z wszystkich piersi wyplywa, czysty, jednolity; 
W tej cbwili katafalku szczyt kirem pokryty, 
Rozjaánil si!) i z odem cierniowa korona 
Swiattem slonca rz
siscie byla oswietlona. 
I bymn wznosil si
 coraz czystszy, okazalszy, 
Swi
ty, pelen powagi - i coraz wspanialszy. 
Cbcqc znaé uczucia, kt6re sercami wladaly, 
Trzebaby w nie si
 zmienié, bo wszystkie palaly 
Takl! zyw!j radosciq, wzruszeniem jednakiem, 
Tak ka:idy uczul wtedy, co to byé Polakiem, 
Takq czw w sobie dnm
, gloszl!c owe pienia, 
:ie gotów byl na wszelkie ciosy, poswi
cenia, 
Ze 0 wszystkiem zapomnial - byl w krainie czar6w. 
Skonczyl si
 bymn, zastqpil go: rZ dymem pozar6w.. 
Równie wielki i wzniosly i Btarc'6w irenice 
Dawno wyscble, w lzacb ton!j; szlocbaj!j dziewice, 
J\)k wBzystkicb piers rozrywa i mysli, marzenia 
WszYBtkich Il!czq tez same, jako jedne, pienia, 
Kt6re razem przeslali przed tron Stw6rcy swiata: 
Cóz wi(jcej, jako jedna dola ludzi brata? 
WBzak i dw6cb nieprzyjaci61 nienawisé ominie, 
Kiedy okr
t si
 calkiem zanurzy w gl
binie, 
Rozbity nawalnosciq, p
dzony falami - 
I obadwaj cbwyciwszy si
 masztu r
kallli, 
Czujqc bliBki sw6j koniec, 8cis
 sobie dlonie, 
Zanim wzburzona bezden morza icb pochlouie. 


Mi
dzy wycbodzllcemi z kosciola tlumami, 
Szla nadobna dziewica, z ciemnemi wlosami, 
Niebieskiej barwy oczu, bladego oblicza, 
Sm
tnosé po niem rozlana jakas tajemnicza;
		

/NDIGDRUK006454_0081_1129199.djvu

			- 71 - 


Oparta na ramieniu starego m
zczyzny, 
o czem mozna wnioskowaé z postawy, siwizny, 
Z schylonej naprz6d glowy, z powagi, wiekowi 
Stosownej - i polskiemu ohywatelowi. 
Ohoje w szaty polskie, zalohne przybrani; 
Jakze ten str6j do twarzy onej mlodej pani! 
Jak odbija przy czarnym kontuszu jej cera! 
.T akim wzrokiem pogodnym dokola spoziera! 
Dlugie, z pod rogatywki z pi6rem, wlos6w sploty 
Splywajl!" na szerokie kontusza wyloty, 
Kt6ry pi
knie do smaglej kibici przystaje; 
Do szat onych jakohy zrodzona sip, zdaje, 
Zachwycajqc zebranych wdzip,kiem i urodq, 
Jej piers lekko si
 wznosi i zniza z swobodq, 
.Tako mlodej jagk6lce, gdy napowr6t z wiosnq 
Ohci
te pi6rka skrzydel, do lotu odrosnq. 
Wyszedl starzec z dziewicl!; przed koscielne progi, 
K
dy cisnie sip, w kolo podwoi Iud mnogi; 

iejedna si
 z wsr6d tlumu skloni dIoD zyczliwa, 
A za nil!, glos przyjazny: 
.Jak si
 prezes miewa?" 
I nilrnie; znowu druga zjawi si
 po chwili 
I glos: 


.Jakich my czas6w, prezesle, doz:vli!" 


.OJ, prawda," rzecze starzec; .m6j drogi sqsiedzie! 
Choé nag moze przeciwny los znowu zawiedzie, 
o czem mysleé niegodnie... ale mnie staremu 
Wyhaczcie - i pozw61cie sqdzié po swojemu! 
Tylem razy sip, ludzÏl! Czp,sto uniesienie 
Dzisiaj jeszcze przewaza zycia doswiadczenie; 
Lecz tylko na czas pewien. Jakkolwiek sip, stanie, 
W kazdym razie spokojne hp,dp, mial skonanie, 
Born dozyl takich czas6w. jak dzisiaj - wolnoBci! 
.Ta - com myslal, ie w grohie zloz
 kruche kosci, 
Ja, com myslal, zem wszystko postradal na wieki, 
Widzialem zmartwychwstalq i dla niej opieki 
I wolnosci blagalem, u Pana nad Pany! 
Moze B6g nas wyslucha, zabliini te rany;
		

/NDIGDRUK006454_0082_1129200.djvu

			72 - 


, 
, 


A gotowosé poswH
ceIÍ swiatu udowodni. 
Ze jestesmy narodu miano no
ié godnÍ.. 


Wtem pow6z w czw6rk
 karych koni zaprz
gni
ty, 
Omijajllc tlum ludu zr
cznemi zakr
ty 
I szeregi pojazd()w, lekko si
 zatoczyl 
I stanlll przed kosciolem. SIuii1CY zeskoczyl. 
Otwiera drzwiczki; pani ìalobnie ubrana, 
WesÛa wewn
trz powozu, czekaj:jc na pana, 
Dopok:jd pogaw
dk
 z s:jsiadem prowadzil,. 
Grly skoiÍczyl, zn6w po stopniach sluga go podsadzil, 
Zamkn(!! clrzwiczki, na koziol wskoczyl jednym susem; 
Czw6rka z miejsca ruszyla, szybkim, jak wiatr klusem; 
Zewszqd slaIi uklony znajomi, po drodze. 
W oinicR trzasn:jl z bicza, puszcza koniom wodze, 

agle w miejscu je wstrzyma, bowiem w onej chwili 
Dwaj jeidicy do powozu z d w6ch stron sif! zblizyIi; 
Jeden byl wlos6w czarnych, sniady, bez zarostu; 
Drugi blond, takiez wqsy, wynioslego wzrostu. 
Obydwaj w barwy czarnej ubrani czamary, 
Z pod nich wiszll szerokie, ciemne szarawary, 
Zwieszone na szerokich butach pomarszczonych, 
o obcasach srebrnemi cstrogi zdobionych; 
Na glowach rogaty\Üi; barankiem obszyte, 
Burki spi
te pod szyje i suknem podbite. 


.DzieD dobry, wujaszkowi! Haniu, jakze zdrowie?"' 
Po szczerem powitaniu i kr6tkiej przemowie, 
WsiedIi lIa kOD, zdqzajqc okolo powozu; - 
Ph;kne bylo powietrze; bez wiatru, bez mrozu, 
l\oIimo, ze ku schylkowi biezy tarcza slonca, 
Grzeje wci:jz, jako lamps swiatlem gorej:jca. 
Jeídicy m6wi!\ zkolei do wuja, do Hanny, 
Níe bacz:jc na powozu turkot nieustanuy 
I gdy ten zwolnil biegu pod lasem, przez piaski, 
Pyta prezes Zdzislawa: 
.C6i to za niesnaski, 
Byly pono pomiçdzy hrabiq, a Florynnem? 
M6j lesniczy was podszedl dnia tego nad rauem;
		

/NDIGDRUK006454_0083_1129200.djvu

			- i3 - 


Znam caly przebieg sprawy, z szczeg6tami nawet: 
Florus gorllczka, hrabia oddal mu wet za wet, 
Gdyby nie kaznodzieja, koniec bylby smutnYi 
Hrabia Alfons to cztowiek ambitny i butny 
I tam, gdzie mu niecb
tni, nie chce si
 narzucaé i 
N a c6z spok6j takiego czlowieka zakl6caé? 
Takie sprawy nieslaw
 przynosz
 rodzinie". 


Wtem zatoczyl si
 pow6z z g6ry ku dolinie, 
Przygluszajllc rozmow
 i stanlll prled dworem. 
Kilka os6b znajomych przybylo wieczorem 
Do Zazewa, w goscin
 i znowu codzienny 
Tryb iycia wr6cil na wsi, w niczem nieodmienny. 


I szybko czas uchodzi, dnie za dniami plynq, 
Czasem w progi goscinne zawita z nowinll 
Kto z krewnych, lub znajomych z stolecznego miasta, 
Stosownie do niej - slabnie nadzieja, lub wzrasta. 
Pan prezes wyczekuje gazet z upragnieniem, 
Czytajllc pomyslniejsze wiesci z uniesieniem 
Jedynaczce: ta jego podziela nadzieje 
I jej oko radosci blaskiem zajasnieje. 
Znowu do zwyklych zaj
é wracaj
 oboje, 
Ojciec swe gospodarstwo zwiedza; c6rka swoje. 


Tak zszedl rok az do koIÍca - i po nim nast.;pny 
I kraj obraz przedstawial zalobny, pos
pny, 
Ii mozna go por6wnaé z matkll, która strat
 
Oplakuje swych dzieci i przywdziaw8zy szat
 
ialobnll, czeka tylko z upragnieniem chwili, 
Kiedy si
 nié stargana jej zycia przesili, 
Kiedy duch wyjdzie z wiEiz6w cisnllcych go ciala, 
By przejsé, k
dy prawdziwe zycie, wolnoHé, chwala. 
Dwie I>yly partye w Polsce: zachowawcza jedna, 
Tug-zllca. ie tyran6w uleglosci1\ zjedna - 
I do tej mozni, I!tarsi wiekiem nalezelí; 
Drnga partya: czerwonych; ci, powstania chcieli, 
Choéby zaraz wyp
dzié z Ojczyzny l\Ioskali! 
T
 znowu zapaleIÍsi i mlodzi skladali.
		

/NDIGDRUK006454_0084_1129201.djvu

			- 74 - 


Gwalty, srogie bezprawia, chlosty i wl
l.lenia 
Wywolaly odwetu i l.emsty pragnienia, 
Oburl.ajllc na Moskw
 nieomal swiat caly, 
Å nam wsp61czucie lud6w og6lne l.jednaly. 
Zmieniali si
 wcillz nowi carscy namiestnicy, 
Rl.l!d narodowy tajny, ukryty w stolicy, 
Po calym kraju coral. sIal odel.wy nowe, 
Podkopujl!c l. dniem kazdym powagi rl.l!dowe; 
Robiono l. wszech tajemnie stron prl.ygotowania, 
N a majl!cy niedlugo nadejsé dl.ien powstania. 
Pan prel.es nacl.elnikiem pocl.t l.ostal obrany, 
Pan Jan byl naumyslnie l. Warsl.awy wyslany 
I rychlej, niz l.amyslal, powrócil l. stolicy, 
Wioska jego lezala opodal granicy, 
Prl.eto mu puwierl.ono prl.emycanie broni; 
Kazdy l. obywateli mial dostawié koni 
I siodel kilka l. rl.
dem, na cl.as ol.nacl.ony. 
Nawet Hannie byl url.lld takze powierl.ony, 
Kt6rego powinnoscill bylo przygotowaé 
Zapas stroj6w powstancl.ych, rannych piel
gnowaé. 


Rok sl.eSédziesillty drugi minlll, kiedy nowy 
R
d rosyjski nakazal byl pob6r wojskowy - 
I mlodl.iez wolllC zycie poswi
ié l.a Polsk
, 
Nizeli isé w rekruty rosyjsko-mongolskie, 
Z miast wybiegla, kryjqc si
 prl.ed wojskiem do lasu; 
Tamze chcl!c wycl.ekiwaé sposobnego CZ8SU 
I l. tego to powodu - ponad spodl.iewanie 
Przyspiesl.one l.ostalo nie w por
 powstanie. 
Jako echo wystrl.alów, poslysl.ane w lesie, 
Pomi
dl.Y stadem dl.ik6w, sl.ybko silJ rol.niesie: 
Zrywajl!,c si
 l. legowisk, lqcl.q si
 w gromady, 
By razem im grozllce, odeprl.eé napady: 
Tak sl.ybko si
 rol.eszla wieBé po Polsce calej 
o powstaniu - i lotem prl.elatnjllc strl.aly, 
Podllza od wsi do wsi, od miasta do miastaj 
I wsl.
dl.ie ruch powstaje, l.apal w sercach wl.rasta; 
ZtI!d, zmierl.a wprost na Litw
 i na Ukrain
, 
Które jedn/! stanowil! z Koronll rodl.in
.
		

/NDIGDRUK006454_0085_1129201.djvu

			- 75 - 


I budzl4 sili! z niewoli uspione narody 
I wszyscy pragnil walczyé w imieniu swobody; 
Wszyscy wzil\wszy na ramili! strzelby, albo kosy, 
Idl4 do las6w, wsp6lne dzielié z Bobl4 108y: 
Razem zginilé, lub wr6cié z laurami na skroni 
I wsz
dzie slychaé okrzyk: 
,Do broni! Do broni!" 
Rodzice blogoslawhl krzyzem swi
tym syna, 
Dziewcz
 narzeczonemu kokard
 przypina, 
Konfederatk
 szyje, krzyz na piers zawiesza 
I mdlejilc z zalu, wyjazd lubego przyspiesza. 
Mimo, ze srogich przyg6d sny jl\ niepokojq, 
M6wi: 
. Walcz za Ojczyzn
j wtedy b
d
 twojl4, 
Gdy powr6cisz z zwyci
skl4 na wrog6w wyprawl4! 
Bron Boze, gdy bys do nas mial wr6cié z nieslawl4! 
Bron Boze, gdyby ona hanbll mnie okryla! 
Umarlabym z rozpaczy i tob!! wzgardzita!" 


W Zaiewie prezes zszedlszy ranD na sniadanie, 
Rzeknie do c6rki: ,Haniu, wybuchlo powstanie!ö 
I gdy 0 tern, co zaszlo, rozmawiajl4 dalej, 
Nagle tentent przed dworem poslyszl4 ze sali - 
I Floryan wraz z Zdzislawem weszli, wbiegli raczej, 
Ale jacys zmienieni; glos ich brzmi inaczej j 
Nie pytajlJ,c si
 nawet 0 wujaszka zdrowie, 
l\Hodszy po powitaniu temi slowy powie: 


,M6j wujaszku, czas nadszedl, Ojczyzna nas wzywa, 
Aby pom6dz jej skruszyé kajdan6w ogniwa; 
Spieszno nam ofiarowaé jej nasze uslugi. 
Poblogoslaw wi
c, prosz
. bo za czas niedlugi 
Moze nas Ilie ujrzycie tu wi
cej z powrotem". 


. Wiedzialem ja juz zdawna, moje chlopcy 0 tern", 
Rzecze prezes z westchnieniem; .ze przyjdzie ta chwila; 
Pomimo to, wzruszone me serce do tyla, 
ie nie wiem, co mam m6wié, ani wiem, co czynié... 
Nie chcialbym was u pospiech zbyteczny oùwinié,
		

/NDIGDRUK006454_0086_1129202.djvu

			- 76 


A jednak stanowisko opieki mnie 
klania, 
Abym wam zadal wprz6dy niekt6re pytania: 
Czyácie to przedsi
wzi
cie dobrze rozwaiyli? 
Nie jest ono przyst
pem jednej kr6tkiej chwili? 
Czy nie lepiej. iebyscie jeszcze poczekali?" 


.Nie wuju", rzecze Zdzislaw: .my si
 namyálali 
Dosé dlugo; dluiej czekaé, nie jpstesmy w stanie; 
Juz Ojczyzna nas wzywa; wybuchlo powstauie! 
Honor po nas ofiary oo- Ojczyzna wymaga: 
Nie placz Hanin, placz tylko boleáé w sercu wzmaga!' 
Rzekl, calujqc dloiÍ Hanny: . pornnij na to, droga, 
Ze los Judzki jest II' r
kn W szecbmocnego ßoga; 
Nie kaidemu na wojnie smieré jest przeznaczona; 
Wszak jestes Polski dzieckiern: a patrz, oto ona 
Nas wzywa; nie placz, droga, bo nam serce mi
kczysz 
I rozstania naszego bolesci powjE;kszysz". 


i 


Na te slowa ostatnie lzy Hanna wstrzymuje 
I rzecze: .Prawdn, z ialu jui tego nie czuj
, 
Zem winua was zacllE;caé, a ja wam odrnawiam 
I placzem wasz hart duszy na próbç wystawiam... 
o idicie! Idzcie!" Wola, SCÌsknjilc ich obn, 
Idicie, ja za was b
dç modlié si
 u grobu 
Waszych ojc6w; idicie, gdzie sle was przeznaczenie". 
Nie mogla rnówié dalej, gwaltowne wzruszenie 
Owladn
lo jej sercem i zn6w we lzach tonie. 


Wtedy prezes rzekl. wzni6slszy w g6rQ obie dlonie: 
.BlogoslawiE; was! Niechaj I.Ióg ('zuwa nad wami 
I kieruje szcz
áliwie wlIszemi losami!" 
Bracia kl
kli, on obn ucalowal glowy 
Krzyiem swi
tym przeiegnal; poczem do alkowy 
Wwi6d! ich obok sypialni, k
dy rozmaite 
Uwagi obom czynil!C, nakoniec nkryte 
Wydoby! pistolety, II' srebro oprawiane. 
Dwie uzdeczki, takiernii gwoídimi nabijane: 
Po jednym dal kaidemn i rozrnawial dIngo.
		

/NDIGDRUK006454_0087_1129202.djvu

			ï7 


t 


Zegar wybil godzin
 po poludniu drug!!, 
Usiedli do obiadu. W I!ZYSCY spog1lldajl\ 
Po kolei na siebie; zast
powaé zdajl\ 
Wzrokiem zwyklll rozmow
; bowiem w takiej chwili, 
Tylebysmy tak eh
tnie mysli zamienili, 
Tloczllcych 8i
 do glowy i to, co si
 ezuje, 
Tak ci
iko je8t wyslowié i tyle kosztuje, 
Ze najlepiej oczyma powiedzieé mozemy, 
Wszystko, 0 czem myslimy, w8zystko, co czujemy. 
Darmo jedno po drugiem przynoszono danie, 
Kazdy nabral na talerz, lecz jesé nie byl w stanie. 
Przyszla chwila 8tanoWCzaj przywiedziono konie, 
WszY8tkich serea zadrzalyj tchu nie stalo w lonie 
I tentent kopyt zdawal 8i
 piorun6w gromem - 
I kazuy mysll\ gonil k
dys poza domem. 
Minl\l obiad; 8taol\W8zy w oknie braeia, smr;tny 
Zatopili wzrok IV obraz luby i pon
tny; 
Ale jego kontury wydaly si
 08tre, 
Szukali czegos wiçeej, a znaleili - 8iostr
..oo 
Mimo to, ezuli w sercu dziwnl\ jaklls radoSé, 
Ze przecie powinnosci swej uczynil\ zadosé - 
I gdy ono wzruszenie ich w 8mutku pociesza 
Hanna im medaliki na szyjach zawiesza; 
Spojrzaw8zy w oczy obom, blada i z wzrufcniem 
Rzeknie: "Niechaj warn b
dl\ 8iostry prz1Þomnienieml" 
Medaliki te byly odbite w 8toHcy, 
:Na czesé ofiar naprzeciw Malcza kamienicy. 
" Boze, zbaw Polsk
!. "Ojcze, ratuj!" W jednej 8tronie, 
We srodku krzyz i orzel, takze z krzyzem w szponiej 
Po drugiej: nMatko bron!" I obraz CZ
8toehow8kiej, 
Cudownej z Jasnej G6ry Rodzicielki Boskiej. 
Ocknlll si
 Zdzislaw, krzepszy duchem od Floryana, 
Przemysla 0 rozstaniu, chce ugillé kolana 
Przed wujem, gdy 6w jego odgadujl\e wol
, 
Rzekl: 
nCzekaj, odprowadzim was do krzyza, w pole.. 
Podaw8zy ramitj Hannie, wdzial czapk!j na glow
 
I WY8zli W8ZY8CY 8polem, przed progi dworcowe. 
Milczl\c, dochodzll wreszcie zwolna, az do krzyza;
		

/NDIGDRUK006454_0088_1129203.djvu

			78 - 


Zdzislaw, czujqc, .ze chwila rozstania si
 zbliza, 
Rzecze : 


"Jnz niema rady, czas zale zakoIÍczyé, 
Przyjdzie nam si
 raz, pr
dzej czy p6iniej rozIl!czyé; 
1m dIuzej co odwlekaé, tern gorzej, wi
c pono, 
Trzeba juz lepiej jechaé". Rzuca si
 ns lono 
Wuja, kolÍczl!c wzruszony: "Niech Stw6rca wszechSwiata 
Nagrodzi dobro, kt6res swiadczyl dziecioll. brats!" 


I Floryan caluje z czcil! wujowskie dlonie, 
Snaé z nadll1iaru nczucia, glos zamarl mu w lonie, 
Tak serce jego srogie szarpilj, niepokoje. 


"Niech B6g czuwa nad wami, drogie dzieci ll1oje!" 
Szepce prezes wzruszony: "('Id zlego strzedz raczy!" 
I na czolach siostrzeIÍców obu krzyze znaczy. 


Na boku od tej sceny, jako widz, ll1ilczl!Cfi, 
Stoi Rania i czeka, stroskana, jej koIÍca 
Nadaremnie nieboga na spok6j 8i
 siIi, 
Bo nad sobq panowaé trudno w takiej chwiIi, 
Riedy si
 zegna braci, przyjaci61 mlodosci, 
Na drog
 srogich przygód, niepewnej przyszlosci... 
To tez gdy juz nadeszIi, by po raz ostatni, 
Zlozyé na licu siostry pocalunek bratni, 
Lzy wstrzymywane dlugo, wytrysly strumieniem; 
Spoglqdali przez chwil
 na nil! z uniesieniem, 
Jakby rysy jej chcieli wyrzeibié w pami
ci; 
Ai przez lz
, kl6ra w oczach obu si
 zakr
ci} 
Widnieje postaé Rani, jakas dziwnie mglista, 
Jako duch na obrazach przezrocza, przejrzysta. 


ZniecierpIiwione konie, pocznq grzebaé nOg!!, 
Dosiqdq ich mlodziency, ubodlszy ostrogq, 
Ruszajl! p
dem z miejsca, niknqc coraz dalej; 
\V biegu si
 odwracaJllc, po trzykroé klaniali. 
Prezes z JIaniq przystanl!l, sledzl!c ich oczyma 
I w gór
 r
kp' z czapkq podniesionl! trzyma,
		

/NDIGDRUK006454_0089_1129203.djvu

			- 79 - 


Od pozostalych przestrzeIÍ jezdzcõw coraz dzieli, 
Jeszcze raz poza siebie, na wzg6rzu spojrzeli, 
Prezes stoi, dopok!!d z oczu ich nie stracil 
I za uklon ostatni -'- uklonem odplacil. 
Wtedy córki twarz bIad!! i zroszon!! lzami, 
Uscisn!!wszy, ukIl\kl z nÍl1 pod krzyza stopniami; 
UkoIÍczywszy modlitw
, wzrok jeszcze odwr6cil, 
Powstal - i z jedynaczk!! do domu powr6cil. 


t 
r 


l
		

/NDIGDRUK006454_0090_1129204.djvu

			PIE S N VI. 


Sniadanie. 



 
<$zcz
sliwsze Slj, rogacze, kt6re bronil! stada, 
, . Gdy je wilk6w zaciekla osaczy gromada; 
Bo zapaloue walk!}, od zmysl6w odchodz,! 
I na swych przeciwnik6w zapalczywie godzlj,; 
Lecz starych. kt6re ledwie zdolne biedz pomalu 
I lani, uie biorl!cych w potyczce udzialu. 
Sledzlj,cych swych obrOlíc6w smierd lu b wygranej, 
Jakie los stokroé bardziej od nich oplakany! 


Znal wlasue poloienie prezes doáwiadczony 
I nie byl tak 0 siebie zaniepokojony, 
Jak 0 przyszlosé swej c6rki, pociechy jedynej 
Nie moglj,c sypiaé nieraz, do p6inej godziny, 
Dr
czon my
li przykremi; ale z jego twarzy 
Trndno ognia dopatrzeé, co si
 w sercu iarzy 
I zwykle pogadank
 prowadzi wesollj,. 
Raz idlj,c na spoczynek, caluje j!} w czoJo, 
Swiec
 bierze do r
ki, gdy nadspodziewanie 
Zatrwoiylo ich silne do okna pukanie. 


. j 


J 


nKto tam?" Zapytal prezes, 


,,'fo ja, sluga bOzy!".) 
Odpowiedzial glos z zewnlj,trz; 
czy nam kto otworzy? 
N oc demna strasznie; niechaj b
dzie pochwalony!
		

/NDIGDRUK006454_0091_1129204.djvu

			"Na wieki wiek6w!" 


,.Ledwie trafilem w te strony; 
Przemoklismy do nitki; okropna ulewa". 


"Jakze mi si
 koehany kaznodzieja miewa?" 
Pyta prezes wpuszezajl!e do sieni przybysza. 


"Przedstawiam prezesowi mego towarzysza: 
Oto kwestarz naszego klasztoru: Bazy li". 


"Siostrzeney mi 0 ksi
dzu tak wiele m6wili! 
Bardzo mUo mi poznaé jest ksi
d?a kwestarza, 
Ale nieeh si
 dobrodziej na mnie nie obraia, 
Gdy mu na samym wst
ple maly zarzut zrobiç: 
Godziz si
 bronill grozié duehownej osobie?" 


"Ze tez ludzie nikomu nie dadzll spokoju! 
Sluga Chrystusa," rzeeze ksilldz; . winien do boju 
Byé gotowym, za Zbl\w('
 swojego i wiar
. 
Nie wszystkim da 8i
 jedn
 zastoRowaé miar
; 
Niekt6rych polozenie calkiem wyjl!tkowe: 
Ja dla dobra Ojczyzny swej - nadstawiam glow
j 
Ci
zkiej sprawy podjl!wszy si
" bronié jej musz
; 
A chociaz ksil!dz, prçdzejbyni chyba sprzedal dusz
, 
Nizbym zobowillzaniu smial si
 sprzeniewierzyé, 
Bo spodlié si
 - to lepiej pono, weale nie iyé!" 


"Kiedy tak, to rzecz inna"; prezes mu odrzeeze, 
"Leez dotl}d nie spostrzeglem, ze z was woda ciecze! 
ZbliZciei siç, dobrodzieje, zbliieie do komina, 
A tymezasem warn kazQ daé polewki z wina; 
Bo warn trzeba si
 rozgrzaé, po tak przykrej drodze". 


"Prawda, panie prezesie, przemoklismy srohe, 
Deszcz leje jako z cebra"; rzeeze ksil!dz Bazyli; 
"0 wiele bylibysmy tn wczesniej przybyli, 
Ale ngrzl!zI w6z w blocie, p
klo przednie kolo; 
Szez
seiem, ie niedaleko bylo jakieá siolo; 
Hanna. 


6
		

/NDIGDRUK006454_0092_1129205.djvu

			- 82 - 


i 


Tu klopot nowy, bo w nim kuzni, ni kowaU 
I bylibysmy pono w blocie nocowali, 
Gdyby nie chlop poczciwy, co zabral nas z sobl!. 


"Tak!], podr6t to mozna przyplacié chorobll, 
Dodal ksil!dz Roch; W niczem nie przesadzil Bazyli
 
I cos szepce z prezesem ns ucho; po chwili, 
Prezes prosi, by ksi
zs zechcieli posiedzieé, 
Mówilj,C: 


"Czemuz to bylo wczesniej nie powiedzieé, 
Ksi
ze Rochu? Gdyz nie wiem, czy b
dziemy w stanie 
Zgotowaé na trzydziestu trzech ludzi sniadanie 
I na którl\ godzin
 termin naznaczony?
 


"Na siódm!], zrans"; odrzekl szybko zsgadniony. 


"Haniu", rzecze znów prezes; "domyslasz si
, dziecic;, 
Kogo dzis goscié b
dziesz: odkazze si
 przecie! 
Wiem, zes ch
tna; czy tylko podolssz zadsniu? 


"Niech ojczulek zostawi to memu staraniul 
Dla mnie jest dzieIÍ jutrzejszy niespodziank!], takli, 
Ze zgotowaé przyj
cie, nie chc
 ladajako, 
Wi
c kucharza, kuchark
 wezw
, dziewki obie, 
Z niemi waIn!], narad
 jaknsjspieszniej zrobi
; 
Uda si
, bo mam w mysli caly plan gotowy: 
N ajpierw zgotuj
 bigos; potem: schab wieprzowy; 
Po wolowinl1 p6zno posylaé do missta. 

a zakoñczenie jakies upiecze si
 ciasta; 
W piwnicy stoi piwo i gllsior nalewki; 
A moze dobrze z piwa nawarzyé polewki, 
Bo illa nich ciepla strawa, to rzecz osobliwa. 
OjczuJek niechaj z gosémi spokojnie spoczywa 
Ionic si
 nie troszczy, bo w tem moja glowa; 
DJa ksi
zy b
dzie posciel za chwil
 gotowa". 


Podczas kiedy tak Hanns z zapalem dowodzi, 
Ksilldz Roch ku niej niebawem, pocichu podchodzi
		

/NDIGDRUK006454_0093_1129205.djvu

			- 83 - 


I rzecze: .ot wzór dziewic! Ai sluchaé przyjemnie! 
A moie droga pani, nie jest rada ze mnie, 
Zem dotl!d nie przeprosil jej za najscie ranne. 
Czynimy to dzis; proszl4c przytem pann
 Hann
, 
Aby w zamian przyj
la od nas upominek, 
i/,a to, ie nam tak z ojcem zaleea spoczynek". 


.Dzi
kuj
 dobrodziejom! Dzi
kuj
 serdecznie!" 
I pobiegla do kuchni, skloniwszy si
 grzecznie. 
Tam przyszedlszy, dopiero pudelko otwiera, 
Patrzl4c na przedmiot, jaki w wn
trzu swem zawiera: 
Jestto maly medalik, z perlowej macicy, 
A na nim zlota postaé lsni Bogarodzicy. 
Z CZCil! wpatruje si
 Hanna, w tl) postaé niebiañskl! - 
I z milOBCil! niezwykll!, iscie chrzesciaIÍskl!, 
Pocznie szeptaé modlitw
, komI!, a natchnionl!. 
A trzeba bylo widzieé, jako z zaplonionl! . 
Twar
 od ognia, w bialy fartuszek przybrana, 
Dogll!,dala roboty do samego rana; 
Jako nucl!c piosenk
, smutnl4 to wesoll!, 
Spoglllda na kr
CI\Cl! si
 s1uib
 w okolo, 
I skoro blask jutrzenki pocznie lsnié na dworze, 
Spiewa hymn wzniosly: 
.Kiedy ranne wstajl! zorze!" 
Tymczasem prezes z gosémi rozmowQ prowadzi, 
Potem im na spo(',zynek powt6rnie isé radzi, 
Bowiem jui nocy kilka sp
dzili bezsennych. 
Z pojawieniem si
 pierwszych rano blask6w dziennych, 
Krzl!tal si
, zgromadzajl!c potrzebne przybory, 
Jui sniadanie przed przyjsciem zam6wionej pory, 
Czekalo na przybycie nadzwyczajnych gosci, 
Wtem szczek:mie ps6w w calej rozleglo si
 wlosci, 
Wsr6d drogi dw6jki konnych biegnl! lotem strzaly, 
Nad niemi chorl4giewek ISni rZl4d okazaly, 
I Dwubarwnych, nawp61 bialych, czerwonych na poly - 
I z piersiHanny okrzyk dobyl sip, wesoly; 
Podbiegla do rodzica, wolajl!c: 
.,Tui jadl!l" 
Trudno pojl4é, jak byla w onej chwili radl!. 


6*
		

/NDIGDRUK006454_0094_1129206.djvu

			- 8-1 - 


Ten zruzumieé to moze, co jeszcze" wolnosci 
Nigdy w íyciu Hie zaznal; sni 0 niej w przyszlosci. 
I nie mogla si
 onym nasycié widokiem; 
Prezes podszedl do okna, sledz,!c r6wniez okiem 
ChorljgÏewki, mundurki jeidic6w granatowe 
I burki r6znoksztaltne, rMnokolorowe; 
Junackie twarze, masci r6znorodnej konie, 
Rynsztunki, torby, czapki, kllibaki i bronie. 
On, co si
 tak niedawno obawial powstauia, 
Bçd,!c przez doswiadczenie tego przekonania, 
Ze tylko zgubne skutki przyniesie krajowi. .. 
Zatt;sknil za mlodoscilj, zlorzecz,!c wiekowi, 
Kt6ry mu losu nie dal dzielié ze swoimi; 
Walczyé za kraj rodzinny, lub umieraé z nimi! 
I uczul wtedy, jak mu krew w íylach zawrzala, 
Przeszl:osé staje obrazem w jego mysli cala; 
Widzi siebie wraz z nimi, Obr0l1Cl\ swobody 
I tak przypominajl!c minione przygody, 
Stoj!!,c ci,!gle przy oknie, dríal z wzruszenia caly, 
Az dop6kljd przed dworem konie nie ustaly; 
Wybieglszy wtedy, chwyta przybylych w ramiona, 
Wita wszystkich z kolei, to cisnie do lona, 
SI6w mu braknie l1a ustach, mówié nie jest w stanie. 
Hanna widzl!c rodzica ono pomi
szanie, 
Smiej,!c si
 i lzy roni,!c ua poly z radosci, 
Zaprasza do jadalni upragnionych gosci. 
Zwawa plynie rozmowa, bo wszyscy weseli, 
Szczt;sliwi, ie u kresllswych marzeIÍ stant;li; 
Spozywaj!!, ze smakiem poiywienie ranne, 
Cieszylo to niezmiernie prezesa i Hann
; 
Ledwie talerz na/oz!!" zaraz wypr6íniony, 
Nie droiy si
 gosé iaden, bo jadla spragniouy" 
Gospodarz, by utrwa1ié wesolosé w rozmowie, 
Dal wniesé wino; spelniono mlodzi polskiej zdrowie 
I wesolosé powstala posr6d nich w momencie. 


Jako struua falszywa w strojnym instrumencie, 
Tak ial jednego lacno drugim si
 udziela, 
Z pocZlltku nikt zagadn,!é 0 to nie osmiela,
		

/NDIGDRUK006454_0095_1129206.djvu

			- 85 - 


Lecz gdy weso!oiíé w sl,.Jlut.ek coraz si
 zamienia. 
Zapytuje go prezes 0 pow6d milczenia. 


"OJ, smutna to historya," naregzcie odpowie; 
"Nie wiem, czyli was b
dzie zajmowaé, panowie... 
Ot6i - pozost,awilem z Si08trl! matk
 starl!, 
Obydwie niedostatku paiíé mogl! ofiarq; 
Pok'ld bylismy razem, pracowa!em na nie, 
A teraz, c6i si
 z niemi nieszcz
snemi stanie?.. 
Pierwsza jui niedo!
zna, ociemnia!a druga, 
Ze iyje, to rzec mog
, jest moja zas!uga". 
Tu POCZ'l! opowiadaé, jako od powicia, 
Nawyk! byl do dostatków, wykwintnego iycia, 
Ai do lat jedenastu; bowiem w wieku onym 
Ojciec z mienia przez Moskw
 byl wydziedziczonym; 
Z rozpaczy i zgryzoty zeszed! z tego iíwiata. 
Matka odtqd przez cztery we stolicy lata, 
Razem z dzieémi, pod n
dznym zamieszkuje strychem, 
Na utrzymaniu z szycia poprzestajl!c lichem 
I kszta!ci jego z siostrl!, kt6ra w szóstym roku 
Pozbawiona zostala po chorobie wzroku; 
Wskutek czego na zdrowiu matka podupadla, 
Z
d piecza nad obiema nil niego przypadla; 
Ci
ikq pracq zarabia! na kawalek chleba, 
Mimo to, kiedy kraju nadeszla potrzeba, 
Do opuszczenia domu same go znaglily... 
Dalej jui opowiadaé nie stalo mu sily - 
I przysloni! twarz r
kq, ialem przygn
biony. 


Prezes bolesciq jego do lez rozrzewniony, 
W te slowa go poeiesza: "W milosieruzi& Boze 
B'Idi ufny, wszak powr6cisz do nich jeszcze moie; 
B6g je.
t wielki; nagraclza szczodrze p08wi
cenie". 


Mlodzieniec spuszcza g!ow
 i chowa milczenie, 
Wreszcie rzecze p,:'!g!osem: "Bodajem by! nie iyl, 
Nie wiem, czy Stwórra los6w tajnie mi powierzyl, 
Dosé, tem pewien, ii pierwsza mnie kula nie minie... 
Nie bolej
 nad sobq, nad niemi jedynie; 


1',
		

/NDIGDRUK006454_0096_1129207.djvu

			- 86 - 


Zbyt .skllPo na tYlll swiecie dozna
em radosci, 
Dla nich t)'lko pragnlltem Szcztiscia, pomyslnosci; 
Bo z niemi tylko IllcZY mnie milosé prawdziwa". 


Na to prezes: .Smuci mnie dola nieszcz
sliwa 
Was trojgaj w rzeczy samej, godniscie litosci; 
Ale nie mozna losu przewidzieé, przyszlosci; 
Mozesz do nich powr6cié, ujsé smierci na wojnie j 
Bogu poleé sw6j smutek, mysl nadal spokojnie' 
Ja tym zacnym niewiastom pospiesz
 z pomoCl\, 
Przyrzekam ci soleunie; lecz siç nie smué: po co? 
Czemu zawczas rozpaczaé i nadziej
 tracié?" 


.Ach,. wyjllknlll mlodzieniec j rczemze sip, odptacié? 
Lzejszy ci
zar, niz dotlld serce moje tloczy, 
Smielej po tem, com styszal. zajrz
 smierci w oczy 
I gdy mnie juz nie bp'dzie, niechaj ci B6g, panie 
Nagrodzi, co odplaci'; - ja l1ie bp,d
 w stanie". 
I caluje rllOIí starca. 
Hanna, kt6ra zdali 
Slyszala, co ze sob q obaj rozmawiali, 
Przesyta rodzicowi spojrzenie dzip,kczynne. 


Sniadanie skonczylo si
, wszyscy za goscinne 
Przyjlicie prezesowi, Hannie, dzip,kowalij 
Prezes nie chC1jc, azeby smutni odjechali, 
Poczlll im opowiadaé swe dawne przygody: 
Gdy w czasie rewolucyi, w obronie swobody 
Bral udzial w bitwach r6znych; jaki duch byl w kraju... 
Wtem jeden z gosci, wedle polskiego zwyczaju 
Wni6s1 zdrowie go
podarza i sam pierwszy pijcj 
W slad za nim idll drudzy, wolajllc: .Niech zyje!" 


Co widzllc ksilldz Roch, szepnql kt6remus na stronie, 
On pocznie kogos szukaé w jadalni, w salonie, 
A Z:l jego przykladem inni siç rozbieglij 
Lecz snaé celu zabieg6w swoich nie spostrzegli, 
Eo krzyc
 i wotajll, ze az huczy w glowie: 
.A gdziez jest gospodyni? Chcemy pié jej zdrowie!" 


JI
		

/NDIGDRUK006454_0097_1129207.djvu

			- 8i - 


Tymczasem g!6wny 8praWCa tego niepokoju, 
Nie8po8trzezony, chylkiem wymkIlJll 8i
 z pokoju; 
I po chwili, przylegll!, komnat
 otwiera, 
Cil!,glll!,c za 8obl!, Hann
; ona 8i
 opiera; 
Lecz nagle, 8naé przemogly jego przed8tawienia, 
P08tanowienie bowiem powzi
te, odmienia, 
Z 8pu8zczonym na d61 wzrokiem, wchodzi zaploniona, 
Jak z pl6tna dawnych mi8trz6w wyci
ta madonna. 
Na ten widok ustaly glo8Y i wolania 
I kaZdy po kolei przybylej 8i
 klania, 
Po czem w g6r
 kieliszek z okrzykiem podno8i: 



 Wiwat! Z podzi
kowaniem za zdrowie g08posi". 


Gdy 8iedli zn6w do 8tolu; jeden z gosci pocznie 
Opowiadaé, ze przybyl z Litwy, tam naocznie 
Widzial i slyszal jako w Wilnie, w Boze Cialo 
Ai dwadziescia tysi
y ludu hymn spiewalo, 
N abozelÍ8two w kosciolach odprawiano wielu, 
Po k8i:}7.
ciu Adamie i cnym Lelewelu. 
Jak unil!, Pol8ki z Litw!!: obchodzono swi
cie, 
Jak M08kal Iud mordowal bezbronny, zawzi
cie. 
I we w8zystkich zawrzala ch
é zem8ty, odwetu. 


W oIajq,: " Bracia ! Czas nam byé gdzieindziej - nie tu I 
Spie8zmy pomscié t!;1 krzywd
! Chodimy bié Moskalil" 
Przyw6dcy do odjazdu znak podwladnym dali ; 
Wesolosé nie wr6cila jui wsr6d zgromadzenia, 
Kaidemu przY8zly na mysl bole8ne wspomnienia, 
Kaidy d08iadl bieguna, w jednem okamgnieniu, 
Znikn
li, otoczeni pylem - w oddaleniu. 


Preze8 z HannI!, i ksi
za pozo8tali 8ami, 
Milczl!,cy, snaé r6inemi zaj
ci my81ami; 
Pierw8zy ozwie 8i
 prezes: 
"Ksi
ie kaznodziejo, 
Ty, co zaW8ze palales ufnoscil!" nadziejl!:, 
Wierzysz ty w spraw
 nasza,?"
		

/NDIGDRUK006454_0098_1129208.djvu

			- 88 


',1 



a co ksilldz: 
Nie bralbym w niej udzialu; te nowe ofiary, 
Kt6re teraz skladamy w Ojezyzny potrzebie, 
Milemi bli!dll wladey na ziemi i niebie". 


.Bez wiary 


.M6j Bozel" Rzecze z miejsca wstawszy, ksi!!dz Bazyli; 
.Gdybym ja m6g1 doczekaé tej szezli!sliwej ehwili, 
Zobaczyé Polskli! woln!!, ehociaz ezas niedlugi; 
Ofiarowaé tej matee powinne uslugi, 
N acieszyé alii! jej szczli!8eiem, onej odrodzeniem, 
Przyszlemi losy, przyszlem zyciem, powodzeniem! 
Gdybym m6g1, ehoé be1.wladny, okryty ran ami, 
Podzielié te rozkosze wraz z wsp6!plemieñeami, 
I wzrok ehoeiai popieseié tak lubym widokiem! 
Albo na skrzydlaeh wznoszlj,e sili! ponad oblokiem, 
Przeniknllé sere tajniki i wewnli!trzn!! radosé, 
Zyezeniom moim wtedy staloby sili! zadosé. 
o smierei! Ja przed tobll nie drzli! trwozny, ale 
Oszezljdi mnie, abym m6g1 sili! przyjrzeé Polski ehwale! 
Oszezli!di mnie na ezas krútki, ehoé na jednli! ehwilli! 
Dozwúl, nieeh duszli! mojll spragnionlj, posilli!, 
Poezem zabierz mnie z sobll, rozl!jez mnie na wieki 
Z tym swiatem - i poprowadi w nieznany, daleki... 
Boze m6j! Racz wysluehaé nli!dznika wolanie, 
P6iniej, niechaj najwyzsza Twa wola sili! stauie I 
Tyá lat tyle przytomny byl Polski cierpieniom, 
Dasz naszym najgorli!tszym spelnié sili! zyezeniom! 
Nie doezekam ja tego, ni wy, dzieci wasze, 
.Eo w Polski lonie znowu powstam! Judasze, 
Bo napowr6t b
dll sili! szarpaé, grySé wzajemnie 
I wiarli! w siebie traeié - i marnieé nikczemnie. 
Zrodzll sili! ludzie wieley, lecz zawsze jednostki, 
.Eo sp6jni w was ni znalesé; prywaty, malostki 
Ponad dobrem og61u wezmll g6rli! wszçdzie 
I wr6g z waszej slabosci iylko sz
'dzié bli!dzie. 
Dopiero przyjdzie pora, gùy po eiosaeh wielu, 
Przekonaeie aili!, ze eheqe raz stan!jé u celu, 
Trzeba duehem zmartwyehwstaé; zespolié si
 w nar6d 
I zniszezyé z sere trueizny onej strasznej zar6d - 


..
		

/NDIGDRUK006454_0099_1129208.djvu

			- so - 


I wierzyé tylko w siebie, w swoje przeznaczellie, 
Kt6re B6g w pojedyncze nawet wlal stworzenie. 
Szkoda tych ofiar, szkoda, co kh tyle zginie! 
Szkoda tej krwi, co znowu strumieniem poplynie! 
Szkoda onycb dostatk6w, które wrógzagarnie; 
Onych morderstw, grabiety, co ujdll bezkarniel" 


.Acb,. przerwal prezes; .czyliz rozpaczaé si
 godzi, 
W tym zwlaszcza wieku b
dllC jeszcze, co dobrodziej! 
Gdybym to ja tak m6wil, nad grobem, schorzaly, 
Dla kt6rego juz wszystkie pierzchty Ïdealy, 
Który jak dllb'samotny, przetrwal gromy, burze - 
I pomny lepszych czasów, nie dowierza chmurze 
Przecillgajllcej nad nim, jak calun powoli; 
Jednakowoz doczekaé chcialbym lepszej doli 
I nie trac
 nadziei w sprawiedliwosc Bozll; 
Choé wyznam, przepowiednie twoje mnie dzii! trwoz
!" 


.BI! ludzie, kt6rym nicbo odkrywa ewe tajnie, 
Ale nie takim jak ja, zyjl\cym zwyczajnie"; 
Rzecze ksil\dz: .wieszczym duchom, natchllionym od Boga; 
Albo stanl\é majl\cym u wiecznosci proga; 
Prawda, ze widmo smierci cil\gle za mnll goni, 
Powierwno mi bowiem przewozenie broni, 
Poll\czone z niezwyklym trudem, narazeniem; 
B6g mi poblogoslawil dotlld powodzeniem. 
Dzis wrog6w niema; mogll nadcil\gnl\é niebawem; 
Post
powaniem twojem osmielon laskawem, 
lJrogi panie prezesie, IV spr;lwie narodowej, 
Pozwolisz, abym prosil w imieniu takowej, 
o konie do granicy; czas ubiega skoro; 
Przewiozlem jeszcze broni dotychczas niesporo, 
Potrzeba nadejsé moze; musim ubiEdz wroga, 
Bo inaczej, to kll!ska spadnie na nas sroga". 
.1 owszem, z milll ch
cil\!" Rzekl prezes; .m6j ksi
zeI 
Haniu! Powiedz, niech Michal do bryki zaprz
ze!" 


Turkot bryki przed domem wkr6tce si
 rozlega, 
Hanna na pozegnanie z pospiechem nadbiega,
		

/NDIGDRUK006454_0100_1129209.djvu

			90 - 


Ksi
ia wsiedli; juz jadll' 


Po niedJugiej chwili, 
Znowu dw6r nieznajomi jacyá nawiedzili, 
A po nich inni jeszcze; dosé, ze przez dzielÍ caly 
Weillz dla przybywajllcych, drzwi otworem staly. 
Ci prosili 0 konie, a owi pomocy 
Zaeiqgali w pieniqdzach, nbraniu - i w nocy 
Zbywalo na spoczynku. Tak ubiegl dzielÍ drugi 
I trzeei. Prezes wszystkim nie szcz
dzi uBlugi, 
Dobrl! rad/!, zasilkiem wesprze w Imi
 Boze, 
Ai z niewczasu i trudu wreszeie zaniemoie. 
Ztqd trudniejsze na Ham:
 spadly powinnosei: 
o chorym mieé baczenie, to przyjmowaé goáei; 
R6ine sprawy zalatwiaé, jednak bezustanny 
Nawal przyg6d niezwyklych nie zatrwaza Hanny. 
Bo ona Polka - u niej - kaide poáwi
cenie 
Dla Ojczyzny, jest szcz
sciem; nie wie, co znuzenie. 
Nie zna trwogi; choé serce jej niewiescie, tkliwe, 
1m srozsza jest przygoda, tem mniej boj aili we. 
Gdy w nocy kto zastuka, z poslania si
 zrywa, 
Aby isé si
 przekonaé, kto cisz
 przerywa; 
Wraz z wierul! gospodynill podwoje otworzy. 
Niczem si
 nie utrudzi, niczem nie zatrwozy, 
Ugosci nieznajomych, pozegna na drog
, 
Potem wraca do loza i sny roi blogie
		

/NDIGDRUK006454_0101_1129209.djvu

			PIE S N VII. 


Rewizya. 

 '

 
e. edwie prezes sniadanie zdolal spozyé ranne. 
':"'Wchodzi Agnieszka; na bok odwolawszy Hanni), 
Zatrwozona ogromnie, blada. pomi
szana, 
Szepce jej wieSé jakowqá. Snaé nadspodziewana 
Musiala zajsé przygoda, inna niz powszednie; 
Rani lice raz po raz mieni si
, to blednie, 
Dril\cq r
kl\ kraw
dzi stolowej si
 ima; 
Nie uszlo to na szc
scie, przed ojca oczyma; 
Podbieglszy ku niej, schwycil jej kibié w ramiona, 
Na kt6rych zwisla chwiejna i obezwladniona. 


"Dzieci
 moje co tobie? zkl\d ta nagla trwoga? 
Agnieszko, m6w co zaszlo; mów na milosé Boga! 
Podaj wod
 z karafkq i odpowiedz w por
: 
Kradziez jaka, ktos skon31, a moze wies gore?" 
Agnieszka Da pytania nic nie odpowiada, 
Lecz driqca, r
ce jakby do mGdlitwy sk!ada; 
Snaé waha si
, czy sposób rzeczy wyjawienia, 
Na nim jako na córce nie wywrze wrazeniaj 
Wreszcie mysli skupiwszy, spiesznie odpowiada: 


"Gdziez tam! ogielÍ, ni kradziez; ot, Moskwy gromada 
Domaga si
 rewizyi; juz tuz sq przed domem". 
Prezes stal przeraiony, jak piorunu gromem, 
Lecz szcz
8ciem, w onej chwili, pomimo slaboBci, 
Nie 8traciwszy na moment nawet przytomnosci, 
Pyta, cu
c omdlall\, kladnllc jq na loze:
		

/NDIGDRUK006454_0102_1129210.djvu

			92 - 


"Od ogrodu drzwi wolne?" 


"Tak jest u . 


Chwalaé Boze! 


.A wi
c pochwyé co rychlej te ot Z okna paki, 
Biegnij w ogr6d i skryj je gdzie bezpiecznie w krzaki!" 
Gdy co zywo Agnieszka spelnia polecenie, 
W omdlalej zycie wraca; rzuciwszy spojrzenie 
Ku oknu, uiespokojnie za czems okiem éledzi 
Na rodzica pytania miasto odpowiedzi: 


"Gdzie paki, ojcze", szepce oslabionym glosem. 


"N ie troszcz si
, dzieci
 lube, daremnie ich losem; 
Juz ich niema; na szcz
scie, na okniem je zoczyl". 
WestchnE1la, jakby ci
zar spadl, co piers jej tloczyl 
I wstaje szepC1lc znowu: 
.Pozw61, ojcze drogi, 
J uz mi 0 wiele lepiej; nie miej 0 mnie trwogi, 
Trzeba im drzwi otworzyé: b
d
 w domu szukaé; 
Ot ich slychaé, juz przyszli; zaczynaj
 stukaé; 
Ty polóz !!i
"; to m6wil!c, do sieni wybiega. 
Wtem we drzwiach nieznanego mlodzieñca spostrzega; 
W strój przyodzian powstanczy. hardy, lica blade, 
Milczy i wzrokiem prosi 0 pomoc, 0 rad
. 


.Pan tu, chroñ si
 na Boga! dom juz otoczony; 
Idi i przemieñ ubranie; my i tys zgubiony... 
Lub skryj si
 tam u dodaje, komin ukazujl!c, 
A sarna chwiejne kroki ku sieni kierujl!c. 
Komin to byl obszerny, !!taroBwiecki, duzy, 
Co razem do ogrzania i za BwiaUo sluzy; 
\V czasie dlngich wieczor6w zimowych, rodzina 
Zwykla siadaé w okolo takiego komina 
I czas przy pogadance wesolo ubiega, 
Tak, ze nikt op6inionej pory nie spostrzega. 
I doklada si
 coraz nowl! wil!zk
 drzewa, 
Zzi
bnÍE
te czlonki kai.dy z rozkoszl! ogrzewa;
		

/NDIGDRUK006454_0103_1129210.djvu

			- 93 - 


OgieIÍ pelza, jak w
z6w skl
biona gromada, 
Wije si
 zwolna, trzeszczy, podnosi, opada. 
Czasem huknie, jak wystrzal straconej pikiety, 
Lub z wojsk nieprzyjacielskich puszczone rakiety; 
Zzyma si
 srodze, plonilc, ciemnym dymem kl
bi, 
Wypuszczajllc pr!!,d iskier i w komin zagl
bi. 
Dzisiaj, gdy drzewo coraz podnosi si
 w cenie, 
Komin we dworach wiej!,kich poszedl w zapomnienie 
I z nim razem z dniem kaidym niknie coraz, slynne 
Niegdyá w ojczyinie naszej, ognisko rodzinne; 
J ego cieplo I:j,czllce daIsze stopnie rodu, 
Bylo diwignill i spójni:j, calego narodu. 
Teraz, bo jnz pod mask!!, post
pu obludnll, 
Nawet najblizszych zwi!!,zk6w krwi dobadaé trndno; 
Materyalizm jak robak spoleczeIÍstwo toczy, 
Poklask wszystkich pozyskal i myáli jednoczy; 
Czy z nim zajáé mozna dalej, utraciwszy serce, 
Wiar
, milosé rodzinnl\ i zyj!!,c w rozterce? 
To przys710sé nam okaze. Czas opami
tania 
Przyjsé musi, a z nim razem chwila zmartwychwstania. 


Bez namyslu wszed! mlodzian za wskazan!!, rad!!,; 
Co widzllC Hanna, m
znie chociaz z twarzll bIad!!, 
Idzie do sieni zwoIna, poza kt6rej drzwiami 
Slychaé stuk, glosy grzmillce i bicie kolbami; 
Rania klucz w zamek kladzie; klucz z rp,ki wypada. 


.Hej! Czy tam buntowczyki, czy si
 knuje zdrada?" 
Na brz
k klucza zahuczal za drzwiami glos dziki; 

Otw6rzcie! drzwi wysadzim, hej, wy, buntowczyki!" 
Oprzytomniawszy Hania, klucz podnosi z ziemi, 
Otwiera zamek dloIÍmi z wzruszenia drzllcemi; 
Drzwi od zewn!!,trz gwaltownie popchni
to, polowa 
Rozpada si
 - i wbiega czereda wojskowa, 
Rozjuszonych Moskali. J ak wilk6w gromada, 
Gdy do cichej zagrody owiec si
 zakrada 
I raz wbieglszy, spoziera wkolo siebie trwozna, 
Czyli w razie zasadzki, umknllé b
dzie mozna, 
Tak oni zerkn!!, w kazdy kl\t z niedowierzaniem;
		

/NDIGDRUK006454_0104_1129211.djvu

			- 94 - 


, 
1 


I niezadowolnieni komnat przegllldaniem, 
Spokojni. ze zasadzlri zniklld byé nie moze, 
Poczynajll przerzncaé wszystko w calym dworze, 
Otwieraé szafy, bi6rka, komody, schowania, 
Przetrzll8aé 8zaty, sprzp,ty, bieliznp" poslania, 
Odrywajllc podlogi, zamlri, okiennice; 
Wreszcie idll rabowaé spizarnlp" piwnice, 
Wr6ciwszy po wypiciu w6dki, miodu, wina. 

 araz rzecze naczelnik: 
>>J eszcze do komina 
Nie zajrzeliscie chlopcy". 
Na stowa takowe 
Hani tchu zbraklo w pier8iach; odwr6cila glowp,; 
Szczp,sciem nikt z nich grll twarzy jej nie byl zajp,ty. 


.Czort chyba by tam siedzial; albo duch zaklp,ty!" 
Odrzekl soldat. spelniajqc lOzkaz naczelnika; 
.Ciemnu jak w grobie, proszEì mosci pulkownika". 
I ode8zli; co slyszqc odetchnp,la Hanna, 


.N 0," rzecze zn6w pulkownik; .niech nam powie panna: 
Czy tu byli powstañcy?" . 


.Dziwne zapytanie, 
Zklldze ja 0 powstaIÍcach mam wiedzieé, m6j panie!" 


.Soldaty, przyprowadicie mi tu sluzbEì call1!" 
Krzyk; ql glosniej. 
Po chwili w drzwiach siEì ukazalo 
Kilkunastu, wiodqcych skrp,powane slugi; 
Pulkownik bada wszystkich z kolei cza.q dlugi, 
Z poczqtku ciszej, potem jak zwierz ryczqc w gniewie, 
Kazdy z nich odpowiada, ze 0 niczem nie wie. 
Rozwscieczony nakoniec: 
.Powiedz, niegodziwy!" 
Ryknie, chwyciwszy rp,kll Prota za wlos siwy 
I targa z calej mocy, rozjuszouy srod.ze, 
Jako niediwiedi, gdy galqi stanie mu na drodze. 
Hanna zdj
ta rozpaczll, pada na kolana,
		

/NDIGDRUK006454_0105_1129211.djvu

			- 95 - 


Blagaj/!,c nadaremnie 0 litosé tyrana; 
Lecz on na nic nie baczllC, wola: 


"Buntowczyki! 
Ja wam tu zaraz zdolam rozwiq,zaé j
zyki!' 
Szarpie icb, kopie i bié kaze nabajkami; 
Nic jednak Die wydali, biedni, pod razami. 
Porzuciwszy zn
kanl4 sluzb
, w krwi zbroczon/!" 
Wybiega poié mord6w cbné nienasyconll. 
Zlorzeczqc prezesowi, Bani, ale ona 
Stoi jakoby posqg i wzni6slszy rllmiona 
Ku niebiosom, zawola: 
.0, pomscij nas Boie!" 
W tejze cbwili z tkliwosciq wzrok zwraca na loze, 
Na kt6rem nsiadl prezes, strapiony, zbolllly; 
Zdalo si
, ie podstarzal lat dziesiqtek caly. 


"Acb" wyj
knql; "zdarzenie jako te, cbwilowe, 
Jest w stanie iycie lndzkie skr6cié 0 polow
! 
Moi ludzie poczciwi i szlacbetne dusze, 
Czemze wam wynagrodzié zdolam te katusze? 
Czyz takie poswi
cenie !do odplacié w stanie? 
Ale wdzi
cznoaé w mem sercu zawsze pozOBtanie!" 
I po kolei wszystkicb przyciska do lona; 
Banna slug POCZciWOBCi!\ do Iez rozczulona, 
Obejmuje icb glowy, pocalunkiem darzy, 
Otarlszy krew, plynqcq Protowi po twarzy; 
W szyscy milcz/!" aZ pierw
zy zabral glos Prot stary: 


"Kaidy czlek wedlug stanu ponosi ofiary; 
PalÍstwo tracq najwi
cej, bo im B6g dal duio, 
Sq dobrzy, za to im tei ludzie wiernie sluiq. 
Mielibysmy si
 zdrady dopnacié niegodnie? 
B6gby nBS ci
iko skaral za tak wielk/!, zbrodni
!" 


Ten stosunek dzia dziwnym wydaje si
 moze, 
Mi
dzy paústwem a sluzb!l, lecz w zaiewskim dworze 
Pan byl glow/!, jednego i licznego rodu, 
Prezes nad tem pracowal od dawna; juz z mlodu, 
Staral sobie pozyskaé sluzb
 i gromad
		

/NDIGDRUK006454_0106_1129212.djvu

			- f1ß - 


I kazdy szedl do Diego po pomoc, po rad!) j 
To dzielo rozpocz
te ukoñczyla Hanna, 
Przez nil! wsi byla Il\cznosé z dworem nieustanna; 
Ona biedakom wsparcie u moznych uprosi, 
Dla chorych lepszl\ straw
 po chatach roznosj, 
Odprawia nabozenstwo majowe co roku j 
Wszyscy jl\ tei kachaj!! i bez jej widoku 

ie mogliby si
 obejsé, jak ogr6d bez r6zy, 
Bo dziewcz
 czem si
 moze, kazdemu przyslllzy 
I nietylko powinnosé, lecz rozkosz w tem czuje, 

ic nad dobry uczynek wi
ej nie smakuje, 
Sercu daj!!c pociech
 i zadowolnienie: 
A czyz jest skarb cenniejszy, nad czyste sumienie? 
Dla biednych wprawy w lekach wnet nabrala tyle, 
Ze Iud biegnie po rad
, nie bacz!!c na mile 
I dzis rzekla do sluzby: 
.Dam wam masé na rany, 
A ty, pol6z si
 w 16zko, ojczulku kochany, 
Tak okropne Jak ono przed chwill\ zdarzenie, 
Maze wplyn!!é na zdrowia twego pogorszenie". 
I wyszla do apteczki, a za ni!! i slugi, 
W apteczce zabawiwszy tylko czas niedlugi, 
Powraca jaknajspieszniej uwolnié mlodziana 
Z nledogodnej kryj6wkl, m6wi!!c: 
.Prosz
 pan a, 
T;ciekaj p6ki pora, wr6cié bowiem mogl\, 
Moze cl
 szpieg podpatrzyl, id!!cego drogl\, 
Doniesie im i wr6cl\, niezawsze los sprzyja; 
Zycz
, niechaj przygoda zla pana omija! 
Mozes glodny? rrzynio81am ci posilek maly, 
Spiesz pan tylko, b!!di szcz
sliw, ze uszedles caly", 
Patrzl\c oknem, dodaje: nOt, widzi pan lodzie? 
8i!!di do jednej, plyñ szybko; raz b
d!!c ns wodzie, 
Nie mllsz si
 czego I
kaé, umiesz wioslem robié? 
Snadno na brzeg przeciwny b
dzie ci si
 dobié". 
Na to mlodzian: 
.O! pani, nie wystawisz sobie, 
Jakiem przeszedl m
rnle! Tam duszno jak w groble, 
Sadzy pelno I ciemnosé; kazde poruszenie 


1
		

/NDIGDRUK006454_0107_1129212.djvu

			- 97 - 


Moglo byIo mnie zdradzié, wyjawié schronienie; 
A kiedym glos poslyszal od doln zlowrogi, 
Krew mi zbiegla do glowy - mniej si
 cznje trwogi, 
Gdy si
 z wrogiem potyka, nii mysleé 0 zgonie, 
Nie mOg:!c stan
é w zycia swojego obronie, 
Byé jako mysz 8chwytanym, w Iapce zaduszonym... 
Ale dzi
ki ci pani, przez ciebie zba wionym 1 
Przyjechawszy od rzqdn naszego - z Warszawy, 
Podszedlem do ogrodu. nieswiadom oblawy: 
Jesli legn
, niecbaj Bóg ten czyn ci nagrodzÍ. 
.iegnam ci
; bqdi szCZ
SIiWII, bo czas szybko schodzi!" 
Skloniwszy si
 pobieiaI, wartko, j:J.ko strzala; 
Rania stanqwszy, w myslach zatopiona cala, 

bliiyIa si
 do okna, z nat
ionym wzrokiem 
Slucha, jak slabnie w dali corllz krok za krokiem, 
Potem plnsni
cie cisz
 przerywa miarowe; 
Oddech w piersi wstrzymnjqc, przechylila glow
, 
Spostrzega go, on zdala oglqda si
, skloni, 
Ona - jako kwiat rMy, nagle si
 zaploni, 
Uklon wdzi
cznie oddajllc raz wt6ry, ai min
 
Zatok
 i na gl
bsZIl ton wody poplynql; 
Wtedy westchnllwszy, spieszy do ojca pokoju. 
W rysach jego znaé slady strudzenia i znoju; 
Snaé spok6j mu zamllca dzisiejsza przygoda; 
C6rka jego tak jeszcze delikatna, mloda, 
A nuz wi
cej podobnych zdarzen nazbyt wzrnszy 
Tajniki onej czystej i niewinnej dnszy, 
Jego przyszle zamysly, nadzieje zniweczy? 
KtM t
 mlodq latorosl nadal zabezpieczy, 
Od tylu przykrych wraien? chociaz go naklania 
Stan jego zdrowia do snu takie rozmyslania 
Nie dajll mu n:\ chwil
 zamruiyé powieki. 
Biedny ojcze, 0, jakZes ty jeszcze daleki, 
Od swiadomosci wszystkich nczué ukochanej! 
Troszczysz si
, najdotkliwszej nie dostrzeglszy rany, 
Nie wiesz, ie serce c6rki raz pierwszy zabilo 
I ie kocha tak wielkq, tak po
znll sitl!:, 
.ie gdy jll los rozdzieli z przedmiotem milosci, 
Moze jui na tym swiecie dlugo nie pogosci. 
Hanna. 7
		

/NDIGDRUK006454_0108_1129213.djvu

			98 


.Gdzie tak dlugo bawilas, drogie dzieciE) moje?" 
Pyta prezes: "tak bardzo dzis siE) niepokojE), 
Sam nie wiem, 0 co; ksiqzkE) wei od nabozeIÍstwa 
Nieboszczki matki twojej, przeczytaj mE)czeIÍstwa 
I piesIÍ, .kto siE) w opiek
 akt wiary, nadziei, 
Milosci", czytaj zwolna, czytaj po kolei. 
Rania siadlszy przy lozu czyta; kazde slowo 
Uspokaja, otuchy dodajljc stopniowo; 
Na oblicze chorego spok6j wraca blogi. 
"Staraj si
 usnljé teraz, ojczulku m6j drogi, 
Kucharz pewno nieprE)dko dzis obiad zgotuje'. 
To rzeklszy Rauia, ojca z uczuciem caluje 
I story zapusciwszy, na palcach wychodzi, 
SzepCljc : 
. Boze, uzdr6w go, moze siE) nie godzi, 
Ze dotljd zachowalam przed nim tajemnic
, 
Ach, serce boli srodze; czy wyschly irenice? 
PlakaIabym; uronié lzy nawet nie mog
, 
Jakaií bojaiñ mnie dr
czy, przeczucie Ûowrogie, 
Dziwne, straszne obrazy snujqc mi przed oczy; 
MySl jedna ustawicznie przesuwa siE), doczy, 
Od chwili gdym go dzisiaj zobaczyla z rana; 
PiE)kny, szlachetny, w oczach slodycz niezrównana, 
Wzrok mi gdziescis znajomy; lecz kE)dy, nie pomn
, 
Moglam widzieé spojrzenie, tak czyste, niezlomne; 
Nie spotkalam jak zyjE), takiego wyrazu: 
Czemuz go do ucieczki znaglilam od razu? 
Bylby moze nllzwisko swe wyjawil wtedy; 
Ach, iebym go zohaczyé mogla jeszcze kiedy I 
Ale jego pochwyClj, ach, zabij>!, moze:... 
Jak straszno 0 tern mysleé; moj Boze, m6j Boie! 
Oni tam poszli za nim; przeb6g! Co to znaczy? 
81ychaé strzaly, bijlj siE); ach, skonaé z rozpaczy! 
Coraz glosniej i cZE)sciej; nie, slul:h mnie nie
myli; 
Boze m6j! J e8li strzalem piers jego przeszyli..." 
I jE)kla, zatamujljc rE)ce zrozpaczona, 
Zachwiaw
zy siE), upada, zn6w w ojca ramiona, 
Kt6ry krzykiem zbudzony, zdqzyl p6ki pora.
		

/NDIGDRUK006454_0109_1129213.djvu

			!1!) - 


"Co ci jest? dzieci
 moje, zn6w mdlejesz, tys chora?" 


"Nie, ojcze drogi, dziwna niemoc, oslabienie, 
Przestrach mnie opanowal; jakies przywidzenie, 
SlY8zaiam krzyki wrog6w, huk wystrzat6w srogi 
I w tej chwi!i podemn!j, zachwiaty si
 nogi, 
Pocz
tam coraz stabn
é, gdyby nie twe rami
, 
Bytabym padla pono, jako gdy kto ztamie, 
Lub podetnie w podstawie kwiat, albo roslin
". 


"Chcialbym tego zemdlenia odgadDl\é przyczyn", 
Moje dzieci
 najdrozszei" na to prezes rzecze; 
"Ale kto tajemnicy waszych serc dociecze? 
Wszystkie otwarte, szczere, lecz do pewnych granic, 
Ale raz po za uiemi nie dojdziesz nic a nic. 
Zm
czylas si
, nadzwykle dzis przeszlas katu8ze, 
Wiçc z kolei spoczynek zaIecié ci musz
". 


Zaledwie prezes onej dokoñczyl rozmolVy, 
Gdy drzwi si
 otwierajl!, z komnaty stolowej 
I wchodzi Bronistawa, zaptakana, blada, 
Za nil! dzieci jak piskIl\t sypie si
 gromada, 
PoczlllI sciska[. si
, pie&cié, calowaé wzajemnie, 
Lecz na spok6j zewn
trzny sill! si
 daremnie; 
Za swieze snaé ich rany, zbyt dotkliwe ciosy; 
Opowiada kolejno kazdy swoje losy, 
Pr7.eplatajllc je krzykiem, ptaczem, narzekaniem; 
Az nareszcie wyszepce Bronislawa z Ikaniem, 
Sadzajl!c dwoje mniejszych dzieci na kolana: 


"Przybytam na czas dluzszy, bo juz niema Jana!" 


"Gdziez Jan?" wykrzyknie prezes, a w glos za nim Hania, 
"C6Z si
 stalo?" 


"0djechal wczoraj do powstania". 


"Alez to byé nie moze, ojciec tylu dziatekI" 
Znown pre2:es "c6z poczniesz? bieda, niedostatek 
"
		

/NDIGDRUK006454_0110_1129214.djvu

			100 - 


Dom nawiedzll, bo któi go zast/4pié wam zdola? 
A wiesz, ie to nowina wcale niewesola 
Zeby to czlek przynajmniej by! moiny, bogaty"... 


Wtem dzieci krzyczeé pocznll: rmamo, niema taty I" 
N ajstarszy z nieh,' licZl!cy pono sz6st/4 wiosn
, 
Zawola: 
"Nie plaez, mamo, tylko ja dorosn
, 
Tu takie razem z tatIJ: p6jd
 bié Moskali!" 


"Ach!" Jçkla Bronislawa; "powiem panstwu dalej, 
Jaki pow6d przynaglil do wyjazdu Jana; 
Ot6i wczoraj kapitan. przybyl do nas z rana, 
Wraz z jakims mlodym czlekiem, jadllcym z Warszawy, 
M8 to byé w6dz niezwyklej odwagi i slawy; 
Obadwaj nalegajq, by nie traellc czasu, 
Siadl z nimi, bo i\-loskale jui cillgn!l od lasu 
I chClJ, Jana pochwycié, uprzedzelli zdradll. 
W samej rzeczy ktos skoczyl na dach, krzyczy: .jadl!,!" 
Nie starczylo nam czasu poiegnaé si
 nawet, 
J an odchodzllC, pogrozil: "dam ja warn, wet za wet!" 
I pojechali szybko wzillwszy zapas broni; 
Ledwie znikn
li, nagle slychaé tenteut kOlli, 
Nadcillgajll l\1oskale, rozjuszeni, wsciekli, 
Zapytujll 0 Jana i wszystko wywlekli, 
Poprzetrzl!sali w domu. poszukujllc zbiega; 
Po ogrodzie ta zgraja wszf!dy si
 rozbiega, 
Mnie, slugom Ufllgajllc, bijqc kogo znajdq, 
Ai nakoniec gromadll do piwnicy zajdll, 
Pijllc do upad
ego, ci/lgnllc gwaltem dziewki 
I nucllC pod mem oknem róine sprosne spiewki. 
PrzeszliScie dzis to samo, wi
c m6j strach pojmiecie, 
W trakcie tego zaslablo mi najrulodsze dzieci
. 
Inne krzyczll, pytajl!c z przestrachu: rgdzie tato? 
0, niecbaj ich B6g skarze, tych n
dznjk6w za to, 
Ze ojca tylu dziatkom malen kim wydarli!... 
Bodaj zgin
li mamie i z glodu pomarli! 
A za te lzy com przez nich wylala nieboga, 
Niech konajll w m
czarniach, zakl6ci przez wroga t"
		

/NDIGDRUK006454_0111_1129214.djvu

			101 


Ojciec z c6rkiJ: sluchajiJ:, straszniJ: zgroziJ: zdj
ci, 
Hania blednie, a prezes widziJ:c co si
 8wi
ci, 
Przywoluje Agnieszk
; razem wszyscy troje 
Zanoszl! il! do 16zka, przez dalsze pokoje; 
Dzieci w jadalni niañka za.i
la zabawl!, 
Prezes siada przy lozu razem z Bronislaw/!, 
Kt6ra Hani
 uldadlszy, odwilza jej skronie, 
PuIs bad a i oddechu nadsluchuje w lonie; 
Przekonawszy si
 wreszcie po badaniach onych. 
Ze to skutki chwilowe wrazen odniesionych 
Ze za8ni
cia przyczynl! nadmierne strudzenie, 
Zaleca prezesowi cisz
 i milczenie, 
On r6wniez pr:1:ygodarni zm
czony nad sily. 
Pocznie drzemaé, ÙO SIlU mn oczy si
 skleily, 
Na por
czy f"tela wsparlszy siwiJ: glow
 
Kiwnl!l niiJ: i w ubj
cia padl morfeuszone, 
Bronislawa tymczasem usiadlszy na stronie, 
Patrzy na sni,!cych, w myslach gl
bokich utonie. 
WspomimjiJ:c co zaszlo, widzi swego Jana, 
M6wi do niego, marzy, az wreszcie kolana 
Zgi
ly si
 pod niiJ:, pocznie modlié si
 goriJ:co: 
"Boze m6j, wejrzyj okiem na upadaj,!ciJ: 
Pod krzyzem srogich cios6w, wiernq slug
 TwojiJ:! 
Mój umysl widma nieszcz
sé srogich niepokojiJ:, 
Mojl! dusz
 ogarniaé poczyna zwqtpienie, 
Racz ukoié t
 rozpacz; zeslaé pocieszenie! 
Racz zachowaé mi ojca moich biednych dzieci, 
Zniklo juz moje slonko, wi
cej mi nie swieci. . . 
Znikla moja podpora, múj przYiaciel wierny, 
Daj sil, by zniesé cios m
znie; Boze milosierny I. 


I kiedy na ostatnim stan
la wyrazie, 
Slyszy jak ktos powtarza za niiJ: raz po razie; 
Glos to byl jakis dziwny, niezwykly i gluchy, 
Taki, jakim si
 chyba puslugujl! duchy. 
Przel
kla Bronislawa, patrzy w onl! stronç, 
Zk'1d zostaly wyrazy za nil! wym6wione, 
Mimo ie slyszy wlasne, powt6rzone slowa, 
Niezwykly urok na nil! wywiera ta mowa
		

/NDIGDRUK006454_0112_1129215.djvu

			102 - 


I slucha, czyli snilj,ca lJie powie co wit;cej, 
Ale mySli zamarly snaé w gl6wce dziewczt;cej 
I promienie jej wlos6w splywajlj,c niedbale 
Wijlj, sit; po poduszce, jako wody fale, 
Klçbi1!ce sit; nad wody krysztalowlj, toni/!. 
Kobiety slj, domyslne, odgadnlj, gdzie dzwonilj" 
Po spojrzeniu, westchnieniu, sl6wku, glosu zmianie, 
Ukryé sit; przed ich wzrokiem nielada zadanie, 
Przeczuciem zglt;bilj, serca wnçtrzne tajemnice; 
Bronislawie dosé bylo spojrzeé w Han ny lice, 
Gdy swe opowiadala wczorajsze przygody, 
Aby poznaé, ze podbil jej serce w6dz mlody, 
A ze to on byé mnsi przeczuciem odgadla, 
Ale zk!!,d na wspomnienie jego Hania zbladla 
I omal nie zerndlala znown po raz drugi? 
Bylby to do domysl6w temat bardzo dll1gi, 
Zl6zmy go r6wnieí na karb kobiecej zmyslnoåci, 
A psychologicznej piesn ta nie straci wartosei. 
Hanna plci swojej r6wniez ma wszystkie zalety, 
Lecz nie onej dzisiejszej, co Iiezy, niestety, 
Zanim rt;kt; powierzy, milosé poprzysit;ze, 
I malZonka do jarzma jak wolu zaprzçze, 
Lecz nie onej dzisiejszej, w zbytkach wypieszczonej. 
Co poswit;cié jest w stanie wszystko - dla mamony, 
Gotowa dla niej nawet i sob!!, frymarczyé, 
Bo na zbytek, czyz moze majlj,tek wystarczyé? 
81aba, ale przygody znosi z mçzk!! sil!!,; 
Skromna, lecz nie przesadnie, ze az patrzeé milo; 
N ad wszystko kocha Bogl, ojczyznç, rodzÏca; 
Od kosmetyk6w wstrt;tnych wolne s11 jej liea, 
Wie, ze ladna, nie chelpi siç jednak urodlj" 
Lubi zabawy, lecz nie z obowi!lzku szkodl1. 


Prezes pierwszy sit; zbudzil i do c6rki i.Jieiy, 
Lecz tylko Bronislawt; prosi do wieczerzy, 
Bo Hania spi wci11Z jei!zcze. ocknie sit;, zn6w zasnie, 
Jako gwiazdka, gdy blysnie plomieniem i 7.gasnie; 
Bronislawa juz do snu uloíyla dzieci, 
Zdmuchnlj,wszy swiecç, tylko lampka nocna swieci,
		

/NDIGDRUK006454_0113_1129215.djvu

			103 


Przed obrazem cudownej Matki z Jasnej góry. 
Wtem slychaé sluk do okna, raz, It potem wtóry; 
Drgn!!wl!zy, okrzyk przestrachu ledwie wstrzymaé zdola, 
Z po za domu ktos na nil\ po imieniu wola; 

Glos Jana: Boie drogi! Sen, cq przywidzenie?
 
I przel
kla ku oknu zwrócila spojrzenie; 
Nagle z wielkq uciech!!, trudn!! do poj(jcia, 
Dobieglszy do drzwi, pada w malzonka obj
cia. 


Hani
 bieg Bronislawy obudzil z uspienia; 
SlysZ!!c szepty radosci, Szcz!)scia, uniesienia, 
Zrywa si
, ciekawoscil! zdj
ta, ku drzwiom biezy, 
Temi samemi slady, oczom swym nie wierzy, 
I z ukontentowalliem szwagierka powitaj 
Jedna przez drugl! coraz co innego pyta, 
Nakoniec do prezesa spiesz!! wszyscy spo1emi 
On równiez go z obliczem przyjmuje wesolem. 
t jako rozlqczeni dlugo, przyjaciele 
Majllcy do mf,wienia z sob,! bardzo wiele, 
Radzi ch
tnie korzystaé z kazdej czaSH chwili, 
Tak z zaj
ciem rosnl\cem coraz gaw
dzi1i, 
Czas im splynlll przyjemnie do p6inej godziny. " 
Jan chce odejsé, przyrzeklszy zn6w przyjsé w odwiedzinYi 
Zaczyna pozegnanie, najpierwej od dziatek, 
Rozdzieliwszy mi!)dzy nie czulosci dostatek; 
Dzieci chwytajl! szabl
, to czapk
 rogat!!, 
Wolaj,!c po kolei: 

 Zostan z nami tato I 
Nie jedi, bo mama placze, powi
kszysz jej trosk
". 


Na one prosby serce wezbralo ojcowskie, 
Jan ledwie zdola zebraé calll sil
 woli, 
Azeby wytrwaé ID!)znie IV swej tulaczej doli. 
Zona, Hania i prezes zegnaj!! go z lzami, 
Gdy wyszedl, pozostawszy wszyscy troje sami, 
Placzl\c, przer6zne na mysl przywolnjl! chwile, 
Kt6rych z nim i ze sob!! przezyli juz tyle. 
Byly to czasy inne, szcz
scia i wesela, 
A dzisiaj... jakaz przepaSé'z sob!! ich rozdziela?..
		

/NDIGDRUK006454_0114_1129216.djvu

			104 - 


I prezes si
 zad lJ mal, nad przeszloscill onll, 
A zadmuchnllwszy fajk
, swieio naloionll, 
Odchodzi, sen przerwany powetowaé nieco 


lìielatwo zaspokoié ciekawosé kobiecll; 
Gdy Hania z Bronislawll zn6w si
 do snu kladnie, 
Ta ostatnia rozmysla jak jll podej8é zdradnie, 
Pocieszona w swym smutku, m
za przyrzeczeniem 
I spotkawszy si
 oko w oko z jej spojrzeniem, 
Aby wyraz jej twarzy zauwazyé bacznie, 
M6wi1lC, kiedy niekiedy potrllci nieznacznie, 
J'lk szermierz w pojedynkn, szabl
 przeciwnika. 
A gdy niezbyt dyskretnie sl6wko si
 wymyka, 
Powstrzymuje je znown, jak on, gdy spostrzeie, 
ie wr6g fortel odgadlszy,g6r
 nad nim bierze, 
Ai widzllC, ze splon
la, po jednem pytaniu, 
Wykrzykn
la z tryumfem: 


rTy go kochasz Haniu!'" 


Tak szermierz, skoro zoczy, ze wrúp; 8i
 zapali, 
Jednem ciEi:ciem mistrzowskiem u n6g go powali. 
I westchnEi:la nad losem braci siostra biedna, 
WidzllC, ze im jnz serca kuzynki nie zjedna.
		

/NDIGDRUK006454_0115_1129216.djvu

			PIE S N VIII. 


Obóz. 


f.: 


'Y 
e{
alllla razu pewnego skoDezywszy ubranie, 
'" Biezy od rana, ojeu zgotowaé sniadanie; 
Oboje zwykli byli pié w jadalni kaw
; 
Gdy zdrowie ojca wzbudzaé poezt;lo obaw
, 
Przerywaé sen potrzebny rodzieowi broni, 
.Ai. dop6klld nie ocknie - i sam nie zadzwoni. 
Wtedy kaw
 mu wnosi i prosto z garnuszka 
Nalawszy jll, z smietank!l podaje do 16i.ka. 
On pijlle, z smutkiem patrzy w blade liea Hanny, 
Kt6ra siedzllC, ubrana w szlafroczek poranny, 
8m si
 go rozerwaé wesolym szezebiotem; 
Wtem wchodzi Bronislawa, m6wié pocznie 0 tern, 
Ze jni. ludzi kilkoro wiesé radosnll niesie, 
o obc.zie powsta6c6w w pogranieznym lesie. 
Prezes uszcz
.mwiony tak byl tll nowinll, 
Ze mimo oslabienia, wstaje z 101;a ino, 
Aby wzrok wsp61rodak6w widokiem uraczyé, 
Ale musi ze smutkiem zamiar przeinaczyé; 
Napowr6t si
 polozyé, dawszy polecenie, 
Aby im dowoiouo obrok i jedzenie, 
I wyslal pod ulan6w cztereeh tylei. koni, 
Oraz kilka sztuk palnej, przechowanej broni. 
Hanna r6wniez dolllcza do podark6w owyeh 
Kop
 przeszlo propore6w, dw6ch barw narodowyeh; 
Wraz z kilku tuzinami r6i.nego odzienia, 
Kt6re 8i
 doezekalo swego przeznaczenia.
		

/NDIGDRUK006454_0116_1129217.djvu

			- 106 - 


Nazajutrz dzien zaledwie slonee z po za ziemi 
Blyslo w przeiroezy nieba, promicnmi zlotemi, 
Oznajmiaj!!c dzien Bwiatu - i z przeeiwnej strony 
Ksi
zyc b]ask utraciwszy, zniknaJ zwyci
zony, 
Kryjqc twarz mi
dzy chmury, jak rywa], kochanek; 
Za]edwie pierzchly grona hozych switezianek, 
Nad zwierciad]an
 wody plqsajl1cych toniq, 
Nocne widma z przestrachem przed brzaskiem si
 chroni
, 
Ptactwo nucié poczyna, zwierz za zerem goni; 
Posr6d cichych, nad brzegiem jeziora ustroni, 
Przechodzl1 dwie niewiasty, 11' I:!trój wiejski ubrane, 
Glowy maj

 krasuemi chustki przyodziane, 
Kibié 11' stanik uj
ta i biale rfikawy, 
Kolor sukien, fartuszk6w, podobniei jaskrawy. 
Pierwsza mloda, nadobna; drugiej wiek podeszly, 
Obie szybkiemi kroki brzegiem \Vody przeszly 
I prosto podljzajl1 do bliskiego born. 
Pumimo podobnego tych niewiast ubioru, 
Wnosié snadno po ruchach, po r6znicy mowy 
I obejsciu, ze stan ich nie jest jednakowy. 


nNiech panienka da koszyk!" Starsza mlodszt! prosij 


Na to mlodsza: nZa''Ìf!zko byloby gosposi, 
Jam mloda; czyz utrndzié nieco l!iEi1 zaszkodzi?" 
To m6wil1c, coraz szybciej ku dolinie schodzi, 
Trzymaj
c drobnl1 r
czk
 koszyezek zie]ony; 
Co chwila ogll!dajl1c siEi1 na wszystkie strony, 
I sledzljc niby za ezems; niekiedy przystaje, 
Smaglem cialem, jak lania. naprz6d siQ podaje, 
Gdy poslyszy psów gOlíczych szezekanie zda]eka. 
ChwilEi1 na pozostalll, tOlVarzyszkEi1 czeka 
1 gdy ta z ni
 si
 zr6wna, zn6w przyspiesza kroku, 
Trzymajllc wci!J.z koszyezek zielony przy boku. 
Podr6zne coraz w stronEi1 zbliiajl! siQ lasku, 
Na kt6rym jni jasnieje slonko 11' pelnym blasku; 
Naraz mlodsza podbieglszy, wola, k]aszczl\c 11' dlonie: 


n Trafilysmy, Agnieszko! Widzisz, ogieñ plonie;
		

/NDIGDRUK006454_0117_1129217.djvu

			107 


Sp6jrz! Ot tam, ponad lasem, wzbil si
' w slup szeroki 
I jakoby wlj,z, pelznie, pomi
dzy obloki. 
Trafilysmy, Agnieszko! Teraz spieszmy skoro, 
Trz:'i nam bowiem powr6cié przed 
niadannlj, por
". 


Coraz slychaé wyrainiej ptasZlJ,t 8wiegotanie 
I donosniejsze z dali ps6w z wiosek szczekanie; 
Na tle nieba, na wzgórzach, rysujlj, si
 cienie 
Trz6d biegnl\cych corychlej, ukoié pragnienie. 
Drzewa szumilj" wiatl' dysze, kolo huczy w mlynie, 
Rybka plusnie nad tonilj" zablysnie i zginie; 
Nad lasem zatoczywszy kania krljg, pólkole, 
Przecilj,gle pogwizduj:!c, prosto zmierza w pole, 
Szukaé szcz
scia w zdobyczy; smierci - si
 nie boi, 
Wiedz
c, ie 0 zgon kani nikt teraz nie stoi, 
Chyba, zeby zapragnljl popróbowaé strrelu. 


Podr6zne nasze doszly do lasu pomalu, 
Ominlj,wszy potr6jne staie rozstawione, 
Gdy przez ostatnilj, wewnljtrz zostaly wwiedzione; 
J akze mile ich oko raduje widzenie! 
Stos drzewa, z pod kt6rego buchajl\c plomienie, 
W kl
by dymu si
 wznoszlj,; wsr6d nich umieszczone, 
Stoj
 kotly, ze wszech stron ludimi okolone, 
Jako band:l cyganów Isnilj,cych barwl\ stroju. 
Czamarki jednych na ksztalt w
gierskiego kroju, 
Innych bluzy scisnit;te rzemienuemi pasy, 
Z za kt6rych sterczlj, szable, noze, kordelasy. 
Owi w burkach, mundurach i spodniach 8zerokich, 
I czapkach rMnoksztaltnych, niskich, to wysokich. 
Leilj" oparci stoj
 na strzelbach, I ub kosie. 
Rienie koni rozlega siE; echem po rosie, 
W dali, jak tyczki chmielu, na krzyi uloione, 
Blyszczl\ kosy, gotowe na wszelklj, obronlJ. 


"Hej! Nieszpetna dziewucha do obozu biezy!" 
Wola kilku, pod bronilj stojljcych mlodzieiy. 
"Jakos z rys6w, z postawy, podobna do pani; 
Ze je tak przepuscili swobodnie ulani!
		

/NDIGDRUK006454_0118_1129218.djvu

			108 


Mlodsza jest warta grzechu: ai z ust slinka plynie! 
Dalib6g, warto bliiej przyjrzeé siEj dziewczynie". 


nCichol Wara mlokosyl A staé mi w szeregu!" 
Krzyknie dow6dzca. Konia osadziwsty w biegu 
I zeskoczywszy z siodla, ku niewiastom kroczy, 
Nagle, staje jak wryty, patrzy mlodszej w oczy, 

16wi,!c : 
.Czy mnie wzrok my Ii ? . . Czy nastarosé slepnEj? . . 
Lecz prEjdzej tego kurzu z mych cholew nie strzepnEj, 
Ai BiEj dowiem, kto jestaS; na Najswh;tszq PannEj! 
Rysy mi przypominajl1 kogos. ., pannEj HannEj. 
OJ, nielacno starego wyprowadzic w pole! 
Mialo siEj to za mlodu spojrzenie Bokole, 
I z niejednego pieca, jak m6wiq, chleb jadlo; 
Niedziw, ie ciEj pod onem przebraniem odgadlo!" 
.M6wi,!c to pyta HaniEj, cmuklszy w r'lczkt) drolm!!: 
.C6i tam slychaé? Ojczulek choruje podobno". 
Rewizyq warn kanalie narobili strachu: 
Od jednego tych lot.rów wyieniem zamachul 
Tylko wpierw moicb zuch6w do muszlry zaprawiEj; 
Pozwolisz, panno Hanno, ze ci ich przedslawit)". 
I zwr6ciwszy siEJ ku nim: 
nPrezentuj bron 1" Krzyknl}!. 
Zolnierz juz du karnosci choé swiezy, przywykn!!l, 
Eo komendE) wykonal w jednem oka mgnieniu; 
A za nowym rozkazem, z bronilj, ua ramieniu, 
Przedefilowal r6wnym i zwartym Bzeregiem; 
Obracaj,!c siEj r6inie, szybkim, jak wiatr biegiem 
Zakonczyl popis caly, ku niewiast zdumieniu. 
Ochotnik pojEjtniejszy jest zwykle w éwiczeniu, 
A byl tu w wiEjkszej CLEjsci dob6r i kwiat mlodzi, 
Z kt6rych kaidy wie, po co do lasu wychodzi, 
Z kt6rych kaiùy wie, z jakim ma siEj potkaé wrogiem; 
Pola nie zalegaj!!c od dziecka odlo;!,Ìem. 
Ksztalc!!c sit) rozmaicie; kiedy naraz nagle 
Przyszta pora rozpuRcié na wiatr lodzi iagle, 
Rzucié j!! w nawalnict), na niepewne 10sy... 


11
		

/NDIGDRUK006454_0119_1129218.djvu

			109 


Tacy, choé szeregowcy, mieli swoje glosy, 
Wolno im bylo nieraz wyjawié swe zdanie. 


To tez, podszedlszy zbliska, kt6ry pozna HaniE;1: 
t, Wiwat, nasza gosposia!" Krzykn>jé uie omicszka. 
Na ten krzyk zaplonila si
 stam Agnieszkaj 
Ale widzllC, ze wzrok zwracajll 'ku panience, 
Zalozyla na koszu zwolna obie r
ce, 
Czekajqc, az si
 owa rzecz z czasem wyjasni. 



A to co!" w6dz wykrzyknie; ,chcecie ze mnq wasni? 
Obywatelskiej c6rce smiecie daé przezwiska? 
Cbodicie tu, do mnie; kazdy pojedynczu, zbliskal 
Jakem kapitan, wszystkich wyzywam na rl;)k
l" 



Mo:i:e na mnie wolajq, a nie na panienk
?" 
Odezwie sil;) Agnieszka, ChCIIC rzecz zalagodzié. 


"Dalej! Tu, po kolei! Wychodzié, wycbodziél" 
Wola kapitan, srogiem patrzllc na ml6di okiem. 


Jak zwierz, co pokornieje przed pogromcy wzrokiem, 
Tak oni, dziwujllc si
 tej w wodzu odmianie, 
Radzq, co poczllé, winiqc go 0 oblqkanie. 


Nakoniec Hanna, czujqc, na co si
 zanosi, 
Kapitana 0 kilka sl6w na stronie prosi. 
Kiedy na to przystaje, przektadllé mu pocznie, 
.ie to mtodziez znajoma musi byé widocznie, 
.ie to pewnie ci sami, kt6rych ona zrana 
Ugaszczala pod nieobecnosé kapitana. 
Udobrnchal si
 wiarns, przebaczyt mtodzie:i:y, 
t Bo jq kochal, tak, jako dow6dzcy naleiy 
I zakonczenie sporn nastqpilo zgodne. 


Wtem w6z natlldowany jedzie, r6znorodne 
Mieszczl\c w sobie zapasy ze wsi, spiiarniane; 
W stojqcym z przodu kojcu, siedzq pomip,szane 
Kury r6ine, to kaezki, perliczki, indyki, 


l
		

/NDIGDRUK006454_0120_1129219.djvu

			no - 


Dudnienie wozu gluszqc wrzaskliwemi krzyki. 
Jako w w6zku rzeznickim, sPlìtane powrozem, 
Lez
 ciolki i trzoda chlewna, a za wozem 
Przywiljzane don bydlo, wolnym krokiem biezy. 
U wierzchu, w srodku samym, jakoby na wiezy, 
Siedzi postaé wysoka, z kapturem na glowie. 


nKwestarz!" Wykrzyknq zewsz
d; nchwytaé go, panowie!" 


Na to wysoka postaé w g6r
 silì podnûsi 
I krzyknie grubym glosem: 
"Kwestarz 0 glos prosi!" 
Cisza nastala wkolo; on pocznie w te slowa: 
nSluszna to, nie zaprzeczam, pan6w braci mowa; 
Wszystko zda silì w tych czasach, pro publico bono; 
Gdy chcecie, zabierajcie, dla was przywiezio/Jo. 
Niechaj silì warn dostanie na zdrowie, pozytek!" 


Rzucono silì z okrzykiem, w skok, na on dobytek: 
nWiwat kwestarz!" Wolajlic, na rlìkach go wznoszl!" 
Podrzucajqc do g6ry, jak pilklì, z rozkosz!!, 
Wtem, gdy na czesé kwestarza tak buczq wiwaty, 
Spadl mu kaptur: 
n N a Boga! Spojrzyjcie, w1jsaty 1 
K westarz z wl!sami!. Zewsz
d podnosz
 silì glosy. 


nNie przypadkowe do was zagnaly mnie losy", 
Wola kwestarz; nproszlì silì uciszyé, cos rzeklì!" 
Milknl!,; on ciqgnie dalej: .Nie tak Sl!, dalekie 
Moje stosunki, aby si
gly az do nieba! 
SIYSZIì, zescie tu przyszli; zywnosci im trzeba; 
Pomyslatem wraz z zon!!.... 


nHej, kwestarz zonaty!" \I 
Wolaj
, na czesé jego zn6w wnoszljc wiwaty. 


On na to nie zwazajqc niby, cil!gnie dalej: 
.Bylibysmy warn lepiej w6z natadowali, 
Gdy by nie to, ze Moskwy okradly nas syny;
		

/NDIGDRUK006454_0121_1129219.djvu

			III 


To co wioz
, to tylko male okruszyny, 
Mimo to, pozywicie si
 z onych bagatel j 
Born nie kwestarz, lecz s!jsiad, tej wsi obywatel". 


.Niech zyje!" Zn6w wolaj!\; .bodaj takich wiele!" 


.Szwagierku! Przyjacielu! Braciszku! Aniele! 
A ty zk!!d tu? Zkljdie ci
 tu przywiodly bogi? 
Dajze pyska! Lat kop
m nie widzial ci
, drogi!" 
T
 litanil! jednym tchem wyszeptal przybyly, 
Cmokajl!c kapitana, ile starczy sHy, 
Kt6ry wraz z Ranill onej przygll!dal si
 scenie, 
Ale jako dow6dzca, zachowal milczenie. 


.Ciszej, cjszej, m6j PiotrzeI" M6wi tenie chlodnoj 
Trzeba si
 tu z powagl! zachowywaé godnl!; 
Ja komendant; to moi podwladni, mtokosy j 
Spoufalasz ich z sobll, wrzeszczlI w nieboglosy, 
A potem do mnie biezysz, na miejsce niepomny: 
Zawszes jest nieogl
dny, zawsze njeprzytomnyl" 


. Widz
, ze tu chorujesz na wielkll powag
, 
Dla innych, a nie dla mnie zachowaj t
 blagç!" 
Odpowiada Piotr, z drwil!cym patrzl!c nan wyrazem. 


.Ostrzegam, ze tu drwinek nie przepuszczam plazem
!" 
Znowu na to kapitan, unoszllc si
, rzecze. 


.No, no, ten zawadyaka chyba mnie usiecze, 
Wiedzl!c, ze mam do broni taki wstr
t, jak rabin. 
Wol
 ja w domn siedzieé, niz diwigaé karabin 
I nie l
kaé si
 zony, jak inni m
zowiel" 
Kapitan oboj
tnym zdal si
 onej mowie. 


.Nie wstyd to do tch6rzowstwa przyznaé siç tak szczerze 
Panu Piotrowi?" Po nim Rania glos zabierze: 
nKobiecie nie przystoi; tembardziej m
zczyiniel 
Kapitan dlug wyplaca godnie swej Ojczyiniej 
Pan zas od powinnosci, chociai mlodszy, 
troni".
		

/NDIGDRUK006454_0122_1129220.djvu

			- 112 


.A c6z to za dzwoneczek nad uchem mi dzwoni?" 
Rzecze Piotr, odwracajljc nagle ku niej glowEj: 
. W stroju wiejskim, a tak!\ ma pieszczonq mowEj, 
Jakoby jaka pl!nna z palacu, z salonu; 
Nie dostaje jej tylko obcego zargonu", 


.OJ, wdziEjczny on dzwoneczek, co na twe alldrony 
Wypaliè ci naukEj, jako ksi!\dz z ambony! 
Tylko, zes go nie poznal; no, zgadnij, kto taki, 
Przebrany w onym strojll jest dla niepoznaki?" 
A widzl!c, ze Piotr oczy wytrzeszcza rlaremnie, 
KOIíezy kapitan: .Pono nie zgadniesz bezemnie. 
Trndno poznaé, bo dobrze przebrana, lecz przeeie 
Pomysl trocbEj', 
Piotr ciljgle stal, jak w szkole dzieciEj, 
Gdy pytan profesora odgadnqé nie moze. 
,V reszcie rzeeze: 
. U dyabla I Istne sqdy boze I 
Alez przeistoezona jest do niepoznania! 
Uf! MliezEj siEj daremnie! Panna." panna,.. Hania!- 
Wybuehnljl, jakby ciEjzar 8padl mu 7. piersi srogi; 
Ale zkqdze to pani!\ tn przywiodly bogi?" 


Tu Hanna opowiadaé poeznie eel podr6zy, 
Leez bojlje si
, ze eiqg jej zbytnio siEj przedluzy, 
Pozegnala ich obu, darz
!e po uklonie. 


W dali, ludzi gromadka rozmawia na stronie, 
Jeden glosno dowodzÎ. inni zasluehani, 
J ak uczniowie w prelekeyi, ze nie slyszq, ani 
Widz!\, jako niewiasty skrEjcajq w ich stronlij 
A byly tern spotkaniem zaniepukojone. 
Hanna nie przeezuwala, aby w8zedlszy w kniejEj, 
Miala spotkaé znajomych, krewnyeh, kaznodziej
, 
Przed jej przyjsciem, zawola jeden z tego grona: 


t 


. Tak dawllo pojedynku kWe5tya zalatwiona, 
Z honorem dla stron obu, z pozytkiem dla kraju: 
U oje6w naszyeh zdawna bylo we zwyezaju, 


..
		

/NDIGDRUK006454_0123_1129220.djvu

			- 113 


Uczcié i zapié, kazd& pomyslniejszq spraw
; 
Ma tu ze sob
 hrabia stark
, kt6rej slaw
 
Glosili literaci, opieli poeci; 
J ak wysqczyé kieliszek, az w oczach zaswieci! 
Kolorek rubinowy, jako krysztal czysty, 
A niby woda w g6rskim strumieniu, przejrzysty. 
Jan otrzymal mit;:siwa wykwintnego smakuj 
Ja zas kupilem w miescie butelk
 koniaku; 
Wi
c czem chata bogata, tern rada, panowie!'" 


. Najpiprw, " rzecze ksiqdz: . wznosz
 zapasnik6w zdrowie! 
Niechaj zyj&! Na chlub
 rodak6w i kraju!" 
öpelniwszy kielicb, wedle po!skiego zwyczaju, 
Ksiqdz daje go z kolei w r
ce pana Janaj 
Jan przepil do Zdzislawa, Zdzislaw do Floryana 
I gdy obeszla kolej wszystkich kilka razy, 
Floryan, kt6ry do hrabi pozbyl si
 urazy, 
M6wi&c z nim, rzecze: 


.brabio, winienem ci zycie! 
Bo kto jak hrabia, umie strzelaé znamienicie, 
Z tym, gdy si
 pierwej chybi, niema co ìartowaé!" 


.Gl6wna rzecz, w pojedynku zimnq krew zachowaé", 
Rzecze hrabia; .potrzeba obycia i wprawy. 
.Ta tak cz
sto miewalem honorowe sprawy, 
Ze dla mnie s& rozrywkq w trapiqcym mnie spleenie. 
W strzalach r6wniez praktyka ma g16wne znaczenie: 
W Niemczech, w kt6rems z miasteczek, (w jakiem, juz nie 
Spiesz& gromadnie rzesze posp6lstwa ogromne, [pomn
) 
Na odbywaé majqce si
 strzaly kurkowej 
Slysz
c 0 tern, przybywam na zapasy owe, 
Proszqc, czy nie przypusZCZ& mnie r6wniez do strzalu. 
Jako obcy, nie moglem braé w pr6bach udzialu, 
Zrobiono ten wyjqtek, omini
to prawoj 
Nie mogqc im wyr6wnaé bieglosciq i wprawq, 
Nie stracilem fantazyi - i mierz
 do celuj 
C6Z powiecie? Wyr6znia mnie los z posr6d wielu 
I trafiam w sarno centrum. W jednem oka mgnieniu 
Hanna. 8
		

/NDIGDRUK006454_0124_1129221.djvu

			114 - 


J 


Okrzykni
to mnie kr6lem; z pomplj" w otoczeniu, 
Pod baldachimem, wiodlj, po rynku, po miescie, 
Dajlj,c dar, wartajllcy cOB z talar6w dwieScie; 
Pr6cz tego ofiarujll' szeséset w gotowiznie. 
Chcllc daé dow6d hojnosci polskiej na. obczyznffi, 
Na nczt
 catlj, onlj, przeznaczam im kwot
; 
Podziwiajll nieznanl! w ich kraju szczodrot
, 
Obsypuj!!,c mnie mn6stwem pochwal, komplement6w; 
Zbywalem, jako moglem, ciekawych natr
t6w, 
Kt6rzy mi zapytanie zadali wsr6d wielu: 
.Czyli wszyscy tak u was strzelajll do celu?" 


Odrzeklem: .Jestem jeden z gorszych w moim krajn". 
.DonnerwetterI" Wykrzyknll; jak n nich w zwyczaju". 


8konczywszy, hrabia sztucer przyktada i mierzYi 
Wtem opodal nich Hanna z gospodynil! bieíy; 
Ominlj,é im stojllcych, bylo niepodobna; 
W oda po jednej stronie; z drugiej sterczy drobna 
W jedn
 mas
 cierIÍ zbita, jako kolce jeíy, 
A dalej kladka, w poprzek nad strumieniem leíy; 
Przez nill trzeba przejsé bylo. wi
c waha si
 chwil
, 
Z Agnieszklj, razem, kto ma iM z przodu, kto w tyle; 
Gdy hrabia to spostrzegtszy, jako galantuomo, 
Widzllc mlodll dziewczyn
, pi
knll, nieznajomll, 
Wstr
tne do j
j odzienia przem6g1 uprzedzenie 
I podaje jej r
k
. 
. Lecz - jedno spojrzenie 
Wystarczylo, by poznat omylk
 chwiloWIl, 
WiE;C skloni wszy si
, rzeknie don francusklj, mowlj,: 


,Enchanté de yons voir! Mais d'où vient Ie bonheur 
Que vous venez visiter notre camp à cette heure?" 


.Ð'importantes nouvelles BOUt venues de Varsovie, 
Au chef en personne, il faut que je les confies"; 
Odrzekla Hanna, m6willc dalej swojll mowll, 
Bo Polklj, b
dIlC, miala dnm
 narodowlj, 
Obcym, nie chCIlC pierwszenstwa daé nad flwym j
zykiem.
		

/NDIGDRUK006454_0125_1129221.djvu

			115 - 


Wtem spostrzeglszy trzech krewnych, hiegnie ku nim 
[z krzykiem; 
Z ich piersi r6wniez okrzyk podziwu wyplynie: 


"Czyz to ona?" W olajl}, hiegnllc ku dziewczynie. 
W jednej chwili po r
kach calujq przybylll, 
Pytajllc: 
"C6z cj
, Haniu, tutaj sprowadzilo? 
Czy przeczucie ujrzenia nas, po raz ostatni? 
Moze B6g da ujdziemy szcz
sliwie z tej matni! 
Zklld ten ubi6r?" Bez konca sypil} si
 pytania; 
nPrzebralas si
 w wyborny str6j; nie do poznania!" 


.Na ten pomysl dzis wpadla poczciwa Agnieszka; 
Wiedzllc, ie wr6g skorzystaé z czasu nie omieszka, 
Spiesz
, a wy mi IVskazcie, doklld mam isé dalej; 
Wazne wczoraj papiery do naB nadeslali j 
Nie majllc do nikogo dosyé zaufania, 
Przybywam osobiScie, IV celu ich oddania, 
Ujciec chory, spoczywa; wi
c za towarzyszk
 
DIll. bezpieczenstwa, wziE:lam ze sob!! Agnieszk
. 
Wiecie, gdzie w6dz naczelny?" Spy tala po chwili j 
I:racia j!j w odpowiedzi pod r
k
 schwycili 
1 gaw
dzllc wesolo, w gl!!h obozu wiod!!. 


rrzy ogniu, ponad swiezo powalonll klod!!, 
t'iedzi czlek, mlody jeszczej przy nim, obok. drugi, 
Podtrzymuje zw6j mapy. rozwini
ty, dll1gi, 
Pierwszy nil. niej cos sledzi, z nat
zonym wzrokiem, 
Mysl, jako cieñ, osiadla nil. czole szerokiem, 
Powscillgaj/1C nil. wodzy siln!! zlldzE) czynu, 
Wyr6zniaj!!c!! ludzi niezwyklych od gminu. 
A mllz 6w wyr6inia 8i
 prócz tego, postaw!!, 
Obejsciem eleganckiem i nabYI4 wpraw!! 
Obcowania wsr6d ludzi, tak trudn!! i rzadkJI. 
Mundur nil. nim opi
ty, granatowy, gladko, 
Nil. dwa rz
dy gl1zik6w; czerwone wylogi, 
Ulanka, szabla, buty dlugie i ostrogi 
Uzupelniajlj, resz
 iolnierskiego stroju. 


8*
		

/NDIGDRUK006454_0126_1129222.djvu

			- 116 - 


Doznajemy dziwnego nieraz niepokoju, 
Gdy sniliC, albo spuszczone w d61 majlic powieki, 
Ktos 0 dystans spogllida na nas niedaleki, 
Tak, iz pomimo woli, wzrok wnosim do g6ry; 
Sila to magnetycznej jest czysto uatury, 
Ch
ciq zbadania kt6rej, wielu m
drc6w pala; 
Wzrok istot oboj
tnych, slabiej na nas dziala, 
Nii onych, kt6rych iqdza prze ku nam prllgnienia, 
Pewien mlodzian obudzil z wiecznego uspienia 

Uode dziewcz
, we wiliq jej pogrzebu nawet, 
Za co odwzajemniajqc si
, ona wet za wet 
Sercem pelnem wdzi
cznoBci, wst
puje z nim w sluby; 
Tympodobnej wzrok Hanny snaé dokonal pr6by; 
Onejie magnetycznej musial byé natul'Y. 


Mqz nagle zamyslony, wznosi wzrok do g6ry 
I widzi tui opodal dziewcz
 wiejskie, mlode; 
Ale niebardzo czuly snaé jest na urod
, 
Bo przerwane zaj
cie, znowu rozpoczyna, 
Pytajqc tylko: "Czego illda ta dziewczyna?" 


"Wiemy, wodzu, ii pilne zajmuj:j, ci
 sprawy., 
Odrzekl Zdzislaw: .i gdyby nie waine, z Warszawy 
Depesze, kt6re siostra wr
czyé ci przybywa.... 


I 


"Siostra wasza?" W6dz pyta, podczas, gdy odrywa 
Piecz
cie. przeglqdajqc podane papiery; 
.A przeciei wy do innej naleiycie sfery, 
Zkqdze wi
c wasza siostra w onym ch'lopskim stroju?" 
I przeczuciem wiedziony, peten niepokojll, 
Rzuca ku stronie Hanny badawcze spojrzenie, 
Spotkawszy si
 z jej wzrokiem, drgnlll; dziwne wraienie 
Snaé uczynila na nim ta wiejska dziewczyna, 
Moie mu znajomego kOgOB przypomina?,. , 
Jako m
drzec uczony, nie chciwy poklasku, 
Po wieloletnich pr6bach, dopnie wynalazku, 
CiesZ1j,c. si
, ie do gmachu cegielk
 dorzuci, 
Tak w6dz, kryjqc wzmszenie, nllgle si
 odwr6ci 
Ku braciom, by rozmow:j, zajlié ich uwag
,
		

/NDIGDRUK006454_0127_1129222.djvu

			- 117 


Rzeklszy: 


n1'.'lialem sposobllosé jui pozllaé odwag
 
I serce siostry waszej, do poswi
ceIÍ. skore; 
Gdyby nie ona, juibym uie iyl pod tE;) porE;); 
Kiedyindziej opowiem wam owo zdarzenie, 
Dzisiaj prosZE;) wdziE;)cznosei przyjl!:é zapewllienie; 
Niechaj za to stokrotnie Stw6rca jej odplaci! 
Tymczasem - wracaé radz
 pod eskortIJ: braci; 
Niech panil} odprowadzll jakllaj,;pieszniej, zdala; 
Bo Moskwy ku nam plynie niezglE;)biona fala 
I moie lada chwila, zaJeje nas w kolo. 
Jesli B6g da, ie mE;)inie stawimy jej ezolo, 
PrzybE;)dziem do Zaiewa, wypié zdrowie pani. 
Tymczasem, jesli laska, to prosilbym w dalli, 
Obyezajem rycerskim, jaki znak za godlo, 
. Aby siE;) przedsiE;)wziçcie to uasze powiodlo; 
Aieby B6g nas raezyl wzil1sé w Swojl} obronE;) 
I dal w niem serce m
ine i niezwyciE;)ione". 


Na to Hanna, kt6ra siE;) na spokoJnosé sili, 
Wstlj,ikE;) na lewym bokn biatlj, mu przyszpili 


Pnsciwszy myslom liaszym czas niejaki
 wodze, 
Przypatrzmy siE;) po chwili tejie sameJ urodze. 
Po kt6rej dwie uiewiasly szty 0 wsehodzie s.loÍica. 
CieÍi smutku towarzyszy im teraz bez koúca; 
l'I1iasto jak wpierw - wesole, idll zamyslone, 
W przeciwnl} zmierzaj
ee, wstecz od hlSt1, stronE;). 
Trzej jeidicy jadl} zdala; nim zllikly za plotem, 
Sklonilj, silj, do obozu wraeajlj,c z powrotem. 
W mlodszej oku Iza wtedy niebawem zaswiecij 
Juz minljly nad brzegiem zastawione sieei, 
Pospiesznie w ogrodowe WSlE;)pujt!C szpalery, 
Zostawiwszy na stronie staw, topole cZlery. 
Ostatnil} suchl!: prawie i gniazdo bocianie; 
Wchodzl} wreszcie do dworu. Po chwili - sniadanie 
Wnosi starsza, do oIVej sypialnej kOillllaty, . 
W kt6rej chory spoezywa, przemieniwszy szaty; 
Mtodsza r6wniei przebrana, u wezglowia siad/a,
		

/NDIGDRUK006454_0128_1129223.djvu

			118 - 


Lecz jakos posmutniala, z lz!! W oku, wybladla; 
Nalewa kaw
, usmiech przybrawszy lagodny, 
?>I6wil\c: 


"Wypij, ojczulku, pewnies nieco glodny?" 


Na co chory ocknl\wszy wlasnie W onej chwili: 
.Cos, Baniu, taka blada? Czy mnie wzrok nie my Ii ? 
Znowu pewno musialas mieé jakies zmartwienie: 
Czy ci
 nie zatrwozylo z1l6w senne widzenie?" 


"Nie, ojcze, nieco bylam na glow
 cierpil!ca; 
Ale" - rzeknie po chwili: "pij, p6ki gorl\ca"; 
Podajl\c ojcu kaw
. I dziwnie zmieniona 
Byla Bania, zaiste, jakby odrodzona; 
Mimo, iz twarz jej blade przybrala kolory, 
Kt6rych oko rodzica nigdy do tej pory 
Tak znacznych nie dostrzeglo, mimo, iz zwilzone 
Zrenice jej zdaJy si
, przez lzy uronione 
Spojrzenie jej, przybralo wyraz szcz
scia blogi, 
Ohociaz z lic6w widnieje cien smutku zlowrogi. 
Któz odgadlby uczucie, co jej sercem miota? 
Kt6z odgadlby, jab w niem bolesé i t
SkllOta? 
Czyliz ojciec tych smutk6w jest tylko przyczynq? 
Do tej pory is tot!! byl dIll niej jedyul! - 
I zdrowie jego postrach w sercu córki wznieca; 
Ale w jej oku nowy blask odtl!d przyswieca, 
Byé moze, z kuzynami boli jl! rozslanie, 
A moze sama sprawy Babic zdaé nie w stanie, 
Co na call! istot
 jej - tak odJzialywa? 
'V rzeczy samej, raz pierwszy scrce jej roztlewa 
MiloscÎl! czystl!, Bwi
t!!. dziewiczl\ miloscil!; 
ZtI!,d wejrzenie choé lzawe, przyswieca radoscil\. 


Rzadko Berea przeczucie wznjemne omyli, 
One cierpil!. cieszl! si
, smucl\ w jednej chwili; 
Serce mlodej dziewicy jeslto pIIczek kwiatka, 
Wypiescila, wydala go przyroda matka; 
J .ecz dopiero, pod blaskiem slonecznych promieni 
Úw pl\czek si
 roztworzy, w kwiatek si
 przemieni.
		

/NDIGDRUK006454_0129_1129223.djvu

			t 


119 - 



 


Kiedy slonko za chmur
 skryte, spos
pnieje - 
I on listki zamyka - kiedy zajasnieje, 
On rozkwita - gdy calkiem za chmury si
 skryje, 
Kwiatek wÍl)dnie, usycha - i juz nie odzyje! 
Chyba, ii to ogrzanie dlan zwodniezem bylo, 
Wtedy znowu rozkwitniej leez rzadko z t
 sillh 
Z kMrll kwitl po raz pierwszy, ztqd - opr6cz radosci, 
Niedziw, ze w sereu Hanny i niepok6j gosci, 
Kt6ry si
 w jej spojrzeniu odbil mimowoli: 
Bmutek wewnlltrz tajony, najwi
cej nas boli.
		

/NDIGDRUK006454_0130_1129224.djvu

			PIE S NIX. 


Bitwa. 


'
kwar silny, jako w letnilb poludnioWII por
, 

 SIOlíce pali, rzec mozna, ludziom nR przekor
, 

ie mog!!cym Bi
 schronié od jego promieni; 
Zwierzljta syte ciepla, Bzukajll drzew cieni, 
'/, przymkniljtym wzrokiem, Bennll opuBzczajllc glow
, 
Na niebie chmurki w poprzek krzyiujll Bi
 plowe, 
PrzYBlaniajllc niekiedy tarcz h\ni!!CII planety, 
Kt6ra przez to jakoby nabrawszy podniety, 
Jeszcze gor
tszem swiaUem przyrod
 ogrzewa 
Od lekkiego powiewu kolysZII Bi
 drzewa, 
MUBZki i PBZCZOty brz
cz!!, BSllc miodu dostatek, 
Motylki przelatujllc, z kwiatuBzka na kwiatek, 
Igrajll po powierzchni drzew, jak platki sniegu, 
WBtrzymujllc Bi
 niekiedy w onym szybkim biegu, 
Aby znowu nektaru POkoBztowaé nieco 
I chyio, lekkie jak wiatr, ku wyiynom wzleclI. 


Po BkoIÍczonym obiedzie, wlasciciel Zaiewa 
WYBzedl przejsé Bi
, pomi
dzy uajcicnistBze drzewa; 
Potem Biada przed ganek, winem oBloniony, 
ROBnllcem w kBztalcie girland i wie1Íc6w w wBze Btrony, 
W oni!! kwiat6w oiywcz!! pojllc Bi
 z ogrodu, 
Tu zwykl CZ
BtO czaB BPlidzaé w upaly, dla chlodu, 
Przy gazecie, pUBzccajllc z filjki kl!!by dYDlU, 
Najpierw czytajllc wiesci z Paryia i Rzymu.
		

/NDIGDRUK006454_0131_1129224.djvu

			121 


Przed nim, na boku, dziatwa raino si
 zabawia, 
Najstarszy mlodsze rz
demprzed sob!! ustawia, 
Zrobiwszy im z papieru kaski, epolety - 
I zach
ca do walki, nie szcz
dzl!c podniely. 
Najgorzej, ze ucznciem wiedzione jednakiem, 
Kazde pragnie w zapasach pozostaé Polakiem. 
J akze tu walk
 loczyé, bez nieprzyjaciela? 
Wtem jedno wniosek innym stawié 
i
 osmiela, 
Aby ciqgnl!é na losy, PoczE;la si
 walb, 
W kt6rej Polak poczubil malego Moskalka; 
Po\Vstal krzykj strony godzié, a:i. nadbi!>;!la matkaj 
Lecz Moskalik poddaé si
, nie chce do o,tatka, 
Nie pomnqc 0 przyjf)tej z góry na si
 roli, 
Ze pcwinien bron zlozyé - i pójsé do niewoli. 
Wtem - kurz zdala - na drodze podni6s1 si
 tumanem - 
I jak Arab w puslyni, gnany uraganem, 
P
dzi, co kon wyskoczy, by dobiedz oazy; 
Tak pojazd, p
dzl!c 8zybko oparl si
 0 glazy, 
Przed gaukiem - i kres kìadzie zapalczywej waIce; 
Z jego wn
trza hrabina wysun/1wszy palce 
Ku prezesowi, wola: 
.Cousin, cousin chéri! 
Wybacz, ze nie wYßiadam, ale wiem, zes szczery 
I lubisz szczerosé; a wi
c przyznam ci si
 z g6ry, 
Que je n'ai pas grande en vie qu'on m'attrappe w tortury; 
Albo - co gorsza jeszcze - qU'OD m'égorge niegodnie; 
Byloby mi tu spoczqé u ciebie wygodnie, 
Lecz I
kam si
 za clHvil
 de ce qui doit arriver. 
Nie8zcz
scie to, doprawdy, jest dla mnie prawdziwe, 
Qne mon neveu, pomimo ciotki nalegania, 
Uparl si
 - i odst4pié nie chcial od powstania; 
Powiada, :i.e son honneur zaangazowany, 
Zgin/1é got6w, potomek rodziny tak znanej 1 
I ostatni po mieczu, .. N a t
 mysl, ze frémis I 
Hélas! Ale to zawsze tak z tymi mlodymi! 
,Mais iI me vient w tej chwiIi... wiesz? Une idée subite: 
Niech Rania don napisze; oh, dites Ie lui! dites 1 
Potem - siadajcie ze mn!! - et fuyons, daleko, 
Bo niebawem strumienie krwi tutaj pociek/1".
		

/NDIGDRUK006454_0132_1129225.djvu

			- 122 - 


"Moja kuzynko", na to prezes jej odpowie: 
. Dziwne czasem pomysly rojll si
 w twej glowie! 
W Rani, r
cz
, ni chwili my:!l ta nie zagosci. 
By zwracaé kogo miala z drogi powinnosci; 
Co do mnie zas - choéby tu si
 dzialo, B6g wie co, 
Nie rzuc
 mego gniazda; papugi odleClj, 
Niewielkll wyrzlldziwszy szkod
 swym rodakom; 
Nam przystoi na miejscu pozostaé. Polakom 
Tutaj przodkowie moi iyli i pomarli 
Jeszczeby si
 potomka swojego wyparli, 
Gdyby upIISé, bron Boie! mial kiedys tak nisko 
I nieskaione niczem, zhaúbiwszy nazwisko, 
Stanlll przed ich duchami niepokalanemi.. . .. 


.Adieu!" na to hrabina: .Valentin, jedziemy!" 
I nakazujl!cym ruchem wola na stangreta; 
Szybko si
 potoczywszy po piasku kareta 
Zniknçla na zakr
cie, we wsi, loa figurl!, 
Przyøloniwszy si
 kurzu tumanem, jak chmurl!. 
Prezes loa odjeidzajl!c!\, spogl!\dal przez chwil
, 
Potem wszedl do salonu, zkl!d widok na mil
 
Cillgnie 8i
, 1>0 Zazewski dwúr na wzg6rzu stoi, 
Rozleglejszy tam widok, nii z innych pokoi, 
Przed kt6remi to drzewa pi
trzl! sie, omszale, 
To krzewy, pJoty, oral. budynki wspauiale; 
A prezes te porz!\dki gospodarskie ceni! ..,... 
I od czasu do czasu ksztalt w czemÉcis odmienil. 
Tu przybyla przystawka, tam plot, dachu kawal; 
Co rok na odnowienie cz
sé dochod6w dawal, 
Jako dobry gospodarz, zwyczaj maj!\c mawiaé, 
Ze lacniej odnowié je co rok, niili stawiaé. 
Z okien s!\sieduich widaé jasno, jak na dloni, 
Wsie pobliskie rozsiadle posr6d púl i bloni; 
Widnieje las, jeziora i wzg6rz wyiszych szczyty - 
I trakt do wsi wiod'lcy, szeroki. a bity. 
W oknie przystnulll prezes, z Ranil!. Bronislawl! 
I dzieémi, cisnl!,cemi si
 z mink!! ciekawl\, 
One ich przywoJaly okrzykiem: 


"Moskale!"
		

/NDIGDRUK006454_0133_1129225.djvu

			- 123 


Traktem ci
gnie powoli oddzial po oddziale, 
PostE;pujl!c miarowym, pOSllwistym krokiem, 
Jako chmura 8zaraIÍczy, plynl!ca potokiem, 
Ku zyznym lanom zboza, trawy i zieleni - 
I niebawem je w martwe pustkowie zamieni. 
Przodem konnica, drog
 toruje piechocie, 
I niby automaty, onych ludzi krocie, 
p{)st
pujlj, ode wsi do lasti - milczl!co, 
.Tako wilki, ofiar
 podchGdz!jce snil!('l!, 
Pragnlj,c osaczyé wroga i wykonaé obrlSt, 
Uniemozebniajllcy ucieczk
 i odwrót. 
Za nimi, dudnil!c glucho, jako grzmot przed gromem, 
Cillgnll zwolna armatYi ci
zarem, ogromem 
Dominujllc nad resztlj, owego mrowiska, 
Kt6ra zwollla do lasu tloczy si
 i wciska. 


Przy dworze zgromadzil siç ludek ze wsi calej, 
Patrzy, trwozny - i slucha; z lasu grzmil! wystrzaly, 
Rzadko - cz
sciej niekiedy j to znów cisza glucha 
Zalegla zew8zlld, jako po burzy posllchaj . 
Kiedyniekiedy przerwie si
 szereg Moskali, 
Smieré podcil!wszy icb nagla, jak klosy powali; 

 agle - by na komend
 - grom za gromem pada. 
Rozpierzcbla si
 I
kliwa wiesniaków gromada, 
WoIajl!c: .Powracajl!, od lasn odparci!" 
A wtem znowu na wroga wróg natrze zazarciej; 
Owdzie pierzcha piechota, konni za nil! ,gonilj" 
Ci w gromad
 skupieni odwaz[]ie si
 bronil! 
I Stawiajlj,c opór m
zuie, aZ ich wróg wyienie, 
Przenoszl!c coraz dalej pozogç, zniszczenie. 


Wsród najwi
kszego dymu, stoi wódz s
dziwy, 
R
klj, lewl! niebawem szarpie za WI!S siwy, 
Gdy wr6g celnymi strzaly ludzi mu przerzedzi, 
Odwet mu przysp080bié, pragnllc w odpowiedzi. 
Prawlj, zacb
ca swoich, ukazlljl!C k
dy 
Lacniej im podejsé wrog6w, hamuje zap
dy, 
Kiedy mlodziez zbyt krewka, nadto siç narazaj
		

/NDIGDRUK006454_0134_1129226.djvu

			124 - 


A bylo 0 czem mysleé, bo pot
ga wraza 
SzIa szerokl! lawin!!, sciell!c wsz
dy trupy. 


Cz
áé piechoty powsta1Íczej, 8kryta za chalnpy, 
Kt6r!! dowodzi hrabia, najwi
cej jej szkoùzi, 
Dzielll ich od niej bagna; a wj
c przez nie brodzi, 
Kazdym razem wpadaj,!c dziesiqtkami w bloto; 
Rozjuszona. krwi chciwa. doczy siç, mimo to, 
Pelzajllc, jako gad6w. most Sli8ki, ruchomy, 
Pokqd nowych pocisk6w nie uderzq gromy, 
Po kt6rych most niebawem zuizywszy si
, runie 
I blotnista powierzchuia nagle si
 rozsunie, 
Zatapiajllc w swej niczem niezgI
bionej toni 
'f
 fal
 cial ruchomych i ludzi - i koni. 
Cisza po onej wrzawie nastala chwilowa, 
N ad powierzchniq blotuistll ukaze si
 glowa, 
To r
ka, to grzbiet konski, nagle si
 odslania 
Coraz inna cz
sé ciala, broni, lub ubrania. 
I slychaé j
ki oliar 1D0rùu i grabiezy, 
A po nich krzyk tryumfu zwyciçskiej mlodziezy, 
Na kt6ry Iiie zwazajllc nowe biegul\ ttumy, 
Jakby im B6g Wszechmocny pomÏf;szal rozÜmy. 

adbiega owa zgraja, z okrzykiem - zaciekla, 

 a skon pewny, niechybny; istny obraz piekla 
Przenoszl!C na swiat Bozy, z tyrana rozkazu. 
Do zgrozy si
 niemalo przyczynia ourazu 
Upal dwudziestu kilku stopni Réaumur'a, 
Dokuczaj,!cy sroùze i z wystl'zal6w chmura 
Ze od niej w chatach niskich zrobilo sj
 ciemno. 
Z bagien powietl'ze cuchnqc wonill nieprzyjemnq, 
Tamuje oddech ll\czl\c siç z zapachem prochu, 
.Iak przy wejsciu do szczelnie zamkni
tego lochu; 
Co sekunda strzal wraZY powali ofiar
, I 
Kazdy strzeze siç wyjrzeé, chociazby przez szpar
. 


W srodku jeùnego z okien rozsiadl si
 sam hrabia, I 
Wesolo snaé go krwawy obraz usposabia. 
Bo z czolem rozchmurzonem wydaje rúzkazy, I 
A gdy kt6ry nie doznal szwanku i obrazy,
		

/NDIGDRUK006454_0135_1129226.djvu

			-- 125 - 


Przeszedlszy mimo strzalów, wzdluz bagien i dol6w, 
()n nie da inn owocu spozyé tych mozolów, 
Lecz wziqwszy sztucer, celnie w piers samq wymierzy; 
Nie chybi, pobudzajllc tern zapal mlodziezy. 
J;a kaidym razem okrzyk z ich piersi wyplynie, 
Wr6g chwieje siE) - zatoczy - i plusnie w glE)binie. 
Jeden z Rosyan, majl\cych odznak r6Znych mnogo, 
Poznal hrabiego; konia nbodlszy ostrogl\, 
\Vola: "Czemu w chalupie graf jak chlop siE) chowa?- 
Nie skonczyl; zabelkotal, chwieje mu siE) glowa 
J ciE)zkie cielska jego zwiesiwszy siE) brzemiE), 
Z pluskiem, jakoby kloda, runE)lo 0 ziemiE). 
WidZljc Moskwa, ie naszych pokonaé nie zdola, 
Podklada ogien pod CZE)sé przeciwlegll\ siola 
Padajq krokwie, sloma wiatrem uniesiona, 
P
dzi w stronE) powstanc6w i tego dokona, 
Czego oni z najwi
kszym wysilkiem nie mogq. 
W niebezpieczenstwo Wgzyscy spoglqdajq z trwogq, 
"Gore!" Krzyczlj; nie wiedzqc na razie, co radzié. 
Wtem ktos szybko dal drugim na rlach siE) podsadzié 
I bieiy, nárzuciwszy mokre na nim szmaty: 
Zewszl\d siE) posypaly okrzyki, wiwaty, 
OgieIÍ bowiem przytlumil, jako MI, w zawiqzku. 
"Ten", - rzekl hrabia; "dopelnil cnego obowiqzku". 
Ledwie s16w tych dom6wil, padl strzal - w chwilk
 malq, 

ad oknem, w kt6rem stoi, spada jakies cialo; 
"Szkoda go I zawolano; 
Byl to trup Floryana; 
Hrabia szczerze przywiqzal si
 byl do mlodziana, 
Na skon jego posmutnial; Iza rou blysla w oku, 
Chociai mial czas przywyknqé do smierci widoku, 
Niepomny b
dqc los6w wlasnego iywota; 
Nagle spostrzeglszy wrog6w, brodzqcych przez bIota 
ftO pomszczE) ciE)!" zawola; 
Wymierzywszy celnie, 
A co strzeli raz po raz, to zawsze smiertelnie, 
, Nie udaloby rou siE) wydostaé z plomieni, 
Gdyby nieprzyjaciele nie byli zmuszeni,
		

/NDIGDRUK006454_0136_1129227.djvu

			" 


126 


Przerzucié si
 gdzieindziej, calli ludzi rnasll; 
Zwyci
stwo dnia onego stalo si
 okraslj. 


Nie tak szcz
sliwie wodzorn innyrn si
 powiodlo, 
Kapitan walczyl rn
znie obrawszy za godlo, 
Przern6dz wroga lub zginllé; byl innyrn przykladern 
I gdy kule w okolo sypaly si
 gradern. 
Przywoluje wspomnienia dla zacb
ty - dawne, 
WynosZIlC czyny gw!trrlyi Napoleona slawne, 
Stawiajllc irn za przyklad one bobatery, 
Walczllce w Arcisoosur.Aube, u st6p Sarnrno-SierrYi 
Gdy ich cienie z przyszlo
ci przyzywa dRlekiej. 
Kula go razern z nirni zlllczyia na \Vieki. 
Darrno rnu w6dz naczelny sial pomoc trzykrotnie, 
Nowa wrog6w piechotR i kozak6w sotnie 
Biegnll, jak stado owiec do ognia, w natlokuj 
Za drugirn razern nkryl kosynier6w z boku, 
Po obu stronach drogi legli mi
dzy krzaki, 
Zaczajeni za pniarni drzew dla niepoznaki; 
Nie spostrzeglszy ich wrogi, prosto drogl\ dIlZI\,- 
Oi nagle ich ze wszechstron z okrzykiern okrl\zlI; 
N astaje rzez straszliwa: obcinane glowy, 
R
ce, nogi, przeci
te ciala do polowy, 
Pokryly przestrzerí wielkll, cieknllc krwi strumieniern. 
Wtem wróg z dzial POCZIlI strzelaé, z trudem, wysileniem; 
Osil\gni
te korzyiíci przepadly nanowo, 
Kto nie uciekl, przyplacié musial opór glow!!. 
Wódz nRczelny stal w dRli; widzl\c, co si
 stalo, 
Wysyla jazd
, aby ich zwabié ku sobie, 
Drugll do kapitana. ZIIlCZYWSZY si
 obie, 
:\lajl\ nieprzyjaciolorn z d w6ch stron zajl\é tyly j 
Plan byl dobry, ale niedostateczne sily, 
Ho w tej cbwili przypada, wyslany na zwiady, 
Ze swiezy wr6g nadcillga. 


.Innej nie rna rady", 
Rzeknie w6dz: .na nas kolej wsporn6dz kapitana, 
Kto t
 pozycYIl zajrnie, tego dziií wygrana"! 


-,
		

/NDIGDRUK006454_0137_1129227.djvu

			127 


Kiedy przyszli wsr6d przeszk6d, juz kapitan nie zyl, 
l'orucznik, kt6rernu w6dz ten oddzial powierzyl, 
Uciekl z placu baniebnie - i plan zeszedl na nic. 
Wtedy w6dz - juz wyszedlszy z cierpliwo
ci granic, 
Spil!wszy bialego konia, szabll! w g6r
 lysnl!l, 
Rurnak cbwil
 jak gernza - w powietrzu zawisnql; 
I'otern w wraze zastE)py runie ci
zkirn cialern, 
W élad za nirn skoczy oddzial na8zych za oddzialern: 


r,Za mnl!, bracia!" Wódz krzyknie: ,zwyci
zyé, lub zginl!é!" 


Wr6g zaskoczony znagla, nie rn6gl sil rozwinl!é; 
Z poczqtku op6r stawia, wstrzyrnujl!c natarcie, 
Potern cofaé si
 pocznie, broniqc si
 zazarcie; 
Wreszcie pierzcha w nieladzie, .iak rnr6wki z rnrowiska; 
Kiedy kto w wn
trze jego karnieni naciska. 
W6dz spotkane zapory, druzgoce, obala, 
Niby trqba powietrzna, rozbukana filla: 


.Ach to ou!" J çkla Hania, wsparlszy blade lica, 
Nie pomnl!c tajernnicy - 0 rarniQ rodzica. 
Udgadlszy jl!, z wsp61czuciern objql kibié drZl!CI\, 
Tull!c do swojej piersi, jakby przed grozl!cl! 
Chcial j
 burz
 zaslonié - i niebezpieczeiÍstwern. 


Nieprzyjaciel zlarnany bobater6w rnQstwern, 
Pierzcha, sciel
c truparni. r6wninQ w odwrocie, 
Gdy z p<,za lasu rota zjawia siE) po rode, 
Z blyszcz
erni bagnety, wsr6d kurzu - W oddali, 
Zdl!zajqc ku pornocy tycb, co juz pierzchali. 
Daj
 ognin, dyrn cbmurq osiadl w bojowisku, 
Rucb powstal, jako w ulu pszcz61, albo rnrowisku; 
Sllaé to walka ostatnia; wiedzllc 0 co cbodzi, 
Obie strony, tern wscieklej wr6g na wroga godzi; 
Krzyki, jQki, rozkazy, wrzawa - zgielk dokola, 
Klqb dyrnu unoszl!c si
 z pobliskiego siola, 
W kt6rern brabia ze swyrni broni si
 za lasern, 
Otoczyl Uurn walczl!cych z wrzaw
 i balasern; 
Strzaly buczl! w oddali, jak piorun6w grorny,
		

/NDIGDRUK006454_0138_1129228.djvu

			1 


- 128 - 


Odbijajllc 8i
 echem 0 zaZew8kie domy; 
Juz kule coraz bJizej awiszczlj, nad glowami 
Patrzllcych 8i
 wieániak6w, pod dworu oknami; 
Przerazeni, IIchodzlj, ukryé 8i
 pod 8trzechy, 
Szukaj,!c w wsp61nych modlach otuchy, pociechy. 


WolllC posr6d przyjaci61 8p
dzié dnia ostatkij 
PrzY8zedl proboszcz do dworu, w towarzY8twie matki; 
Kl
kli z preze8em, Hanilj, Bronislawlj razem - 
I jej dzieémi, przed Matki Najswi
t8zej obrazem, 
Spiewajllc hymn pobozny: 
"Pod Twojlj opiek
". 
Ucichly 8trzaly wre8zcie, gdzies niegdzies dalekie; 
Slychaé krzyki, gwar, tentent; Iud znowu 8i
 zbiega, 
Ale wi
cej walczljcych tlum6w nie 8postrzega, 
Tylko ciala poleglych czernill 8i
 w oddali. 


Wtem zagrzmi apiew przeciljgly: .Czy slY8ZY8Z M08kali?" 
Zapyta preze8 c6rki, 8tOjljC w oknie znowu. 


"SlY8Z
", odrzeknie Rania: "powracajll z lowu j 
Zapewne b
dlj wieili wzi
tych do niewoJi; 
KOO zwyci
zyl?.. Ach, jakiejze ulegli doli 
Jan, Floryan i Zdzislaw. . a on?... polegl moze!... 
Jak mnie ta mysl zatrwaza! ., M6j Boze! M6j Boze!"... 
Lzy dotychcza8 tajone, splyn
ly potokiem, 
Po wybladlych policzkach - i z j
kiem gl
bokim 
Poczyna plakac, w8parta na ojca 'ramieniu. 


.0, placz, placz! Lzy przynio81j ci ulg
 w cierpieniu, 
Najdroz8ze dzieci
 moje! Teraz - ten b61 8rogi, 
Lacniej znie8iesz; nieprawda? Lzej ci?" 


.Ojcze drogi, 


Lepiej mi". 


"Tegom pragnlll" , 


Pomi
dzy gromadll 


Znowu rozlegl 8i
 okrzyk: 


t 


"Wracajlj juz! Jadll!"
		

/NDIGDRUK006454_0139_1129228.djvu

			12
1 


Tym razem, w samej rzeczy, szare wojsk oddzialy 
WynufZyty si
 z lasn; przed niemi jechaly 
Pow6zki jednokonnej w kolo sterez,! piki, 
Kozak6w spiew tryumfu rozlega si
 dziki j 
Coraz to szybeiej drogl\ prosto ku wsi d!(zl\, 
Niekt6rzy pojedynezopo manowcach krl\zi!, 
Jako owce niesforne, zbl,!kane od starJaj 
Niejeden, z konia zsiadlszy, eichaczem si
 skrada, 
By obedrzeé. w wieczystym juz snil\eych spokoju, 
Nietrwozny, by raz drugi powstali do boju! 
A jesliby do iycia powr6cil z nich który, 
Got6wby na 6w widok - skonaé po raz wtóry. 
PrzednÍe pow6zki za wsi:j, juz we wsi, przy dworze, 
Ostatnie jeszeze w lesie grz
znlj, gdziescié mote. 
Cofn
la si
 przed ganek wiesniaków gromada: 


.Biada warn!" Krzyezlj, wrogi: .0, biada warn, biada!" 
PE!dzlj,c, co kOIÍ wyskoezy, przez topol alee; 
.Biada warn, buntowczyki, rabusie, zlodzieje! 
My was nauezym, or
z podnosié na cara! 
Oto jest wiarolomstwa waszego ofiaral" 
Wrzeszcz/lc, przed dw6r wbiegajlj" straszl\c Iud szaszkami, 
Po kt6rych krew niewinna S/lczy sj
 kroplami; 
A spostrzeglszy prezesa z Hanil\. w oknie sali, 
Do nich: 
. 'Vy, buntowczyków, pany, ngaszczali!" 
Jeden wskazuj/lc Hani szaszk
 zakrwawionlj" 
Wola: 


. Twego kochanka nilj, przebilem lono!" 


Na te slowa nieludzkie, peIne naigrawania, 
Hanna z j
kiem zn6w w ojca obj
cia si
 sklaniaj 
Gdy wiedziona przeczuciem, IV bok rznea spojrzenie, 
Naraz spostrzega sl6w tych zywe zaprzeczenie - 
I rozpacz krótkotrwala przemienia si
 w radosé, 
Gdyz gorlj,cym zyczeniom jej stalo si
 zadosé. 


. To on I" szepce, bezmiernem szcz
sciem u'pojona, 
To falsz, w jego krwi szabla ta nie jest zbroczona! 
Hanna. 9
		

/NDIGDRUK006454_0140_1129229.djvu

			- 130 - 


Nie zginl!l, Bogu dzi
ki! To on, ja go widz
! 
Ojcze, latwowiernosci mej jakZe si
 wstydz
! 
Jakze moglam uwierzyé, ze on - w6dz - zabityl"' 
Zdr6j lez radosnych z oczu jej splynql obfity 
I zn6w ,szeptaé poczyna: 
"To on, wszak nie mara... 
W kajdanach... boska przecie nie tak sroga kara, 
Aby mnie chcial pozbawié wszystkiego na swiecie"... 


1 


"Uspok6j si
 Haniusiu; uspok6j si
 dzieci
l" 
Na to prezes, glaszczllc jej wybladle oblicze: 
"Odrzué raz z wyobraini te mary zwodnicze, 
Czyliz go nie poznajesz? Przeciez ci
 powinno 
Bylo serce upewnié; nie hIldi tak dziecinnll; 
Wszak szcz
dzié nie b
dziemy zachodu i mienia, 
Azeby go na wolnosé wydobyé z wifjzienia - 
I szcz
8cie warn zablysnie; ja po b1:ogoslawi
; 
Lecz to nie sen, wierzaj mi! Dzieje si
 na jawie". 
Tak m6wil, od rozpaczy pragnllc jll odwodzié; 
Wiedzllc wszakze, ze wodza z wi
z6w wyswobodzié, 
Nie uda si
 tak latwo, cbociazby spichlerze 
I mienie oddal cale Moskalom, w ofierze. 
Jedna go wybawienia pocieszyla droga, 
TIl bylo ulatwienie ucieczki z rllk wroga. 


I 


nDajcie jesé! siana dajcie!" wolajll Moskale; 
Nie czekajqc, w podw6rze tloczll si
 zuchwale - 
I rabujll, klnllc srodze, wiesniak6w na wozach: 
"My was, jako tych lotr6w, powieziem w powrozach!"' 
Nast
pnie bié ich pOCZllIl, r6wniez uwi
zionych. 
J
k si
 rozlegl od raz6w, srodze wymierzonych; 
Pusci!y si
 pow6zki, szybkim, jak wiatr cwalem, 
Kozactwo pochylone na kulbakacb cialem, 
Rykn
lo dzikim glosem - i w kolo nich goni, 
Strzegqc jeIÍc6w i rannych - i zdobytej broni. 


Oi 0 drabie kaleczll glowy pozwieszane, 
Owi r
ce i nogi maj!J,c zdruzgotane, 
Zrywajll si
 z siedzenia, boleáciq miotani, 


.
		

/NDIGDRUK006454_0141_1129229.djvu

			]31 


A bide poruszenie blizn
 ich rozranÍ. 
Z ubytku krwi niektórych powieki przymkni
te 
I pi
sci, konwulsyjnie z Mlu zacisni
te; 
Data szep
 jakowes niewyrazne slowa, 
Mówif!c zapewne: 
"Bywaj nam, ojczyzno zdrowa! 
Zegnaj kraju kochany, przodk6w ziemio swi
ta! 
J uz wszystko utracone, juz przyszloáé zwichni
ta! 
Juz ci
, luba, nie ujrz
 wi
cej - i rodzino! 
Dni moje, zdala od was, nazawsze przeplyn
. . . 
I ty, wiosko rodzinna, zegnaj mi, na wieki! 
Wszystko jui utracone - prócz boskiej opieki"... 


r 


Jut pow6zki min
ly wies; za niemi IV álady 
DlIi
 okajdanionych piechot1\ gromady, 
Na kOlícu - jako wilk6w stado wyglodniale, 
Kt6rego wyciem wn
trze lasu huczy cale - 
I trwog
 okolicznych mieszka1Íc6w przejmuje. 
Zwolna wojsko zwyci
zc6w piejllc, post
puje. 
Spiew ten ich jednostajny, gl1\b dllszy przenika 
Dziwnie IJrzykrem uczuciem; to glos niewolnika, 
Albo psa, Rluzllcego wiernie panu swemu; 
Jak pies, od urodzenia, lasi si
 onemu - 
I liie stopy jego, spelniaj
c rozkazy, 
Za zle ich wykonanie, ci
ikie znosz1\c razy; 
Za dobre wyslugujqc sobie lichl! straw
: 
Tak on, nad wolnoáé ceuillc spojrzenie laskawe, 
Za tak wi erne, na staroSé swiadczone uslugi, 
Dostaje lichf! plac
, a gdy zywot dlugi 
Juz upr.zykr7.Y si
 panu, na nic si
 nie przydll, 
Jako psa rakarzowi - katowi go wyda. 
Kiedy kij z r
kll paiÍskl! nad nim zawieszony, 
Miasto przed nim si
 schronié, lasi si
 skulony, 
Za zaszczyt poczytujqc razy z r
ki pana - 
I choé 7. b61u z
bami zgrzytnie na tyrana, 
Choé jedno chlebodawcy laskawe spojrzenie, 
Niweczy zamiar jego, rodzf!c zapomnienie 
Nikczemnego obejácía; zn6w klV'llé jest zdolnym 
Ujarzmionego, jesli pragnie zostaé wolnym. 


9*
		

/NDIGDRUK006454_0142_1129230.djvu

			. 


l::!
 - 


I ci juz. wieS minE1li - i tylko kurz bialy 
Wznosi siE1 ponad drog!j; juz spiewy nsttlly, 
Juz tylko jednostajne, gluche b
bn6w grzmienie, 
Turkot k61, ich bytnosci daje przypomnienie, 
Wieániacy czas niejakis sledzili ich okiem 
I wolnym ku domowi rozeszli siç krokiem. 


"Ach, czyliz nie spostrzegles IV wzroku jego zmiany, 
Kiedy na ci
 spozieral, ojczulku kochany?" 
Mówi Rania; "tak tob!j zaj
ty si
 zdawa!, 
Jakoby znajomego w twych rysach poznawal, 
A potem na mnie spojrzal, odwr6ciwszy g!owç, 
Czylizby na domys!y jakie wpads! nowe? . . 
Bladl, naprzemian czerwienial. wzdychaj!jc glçboko, 
Patrz!jc na bial!j wst!jzkç, zbroczon!j posoklj, - 
Jakoby do niej m6wiJ, ze smutnym wyrazem: 
"Miasto szcz
scia - przynioslas mi wi
zy tym razem. 
Wierzylem w ciebie, jako w powodzenia god!o, 
A tymczasem przeczucie - jakze mnie zawiodlo!" 
Ruch wozu z tej zadumy zbudzil go nakoniec; 
Chcial cos m6wié, lecz krzykiem przygluszyl go Doniec - 
I reszta czujnej strazy podbiegla w tej chwili. 
Ojcze drog'i, jesli mnie przeczl1cie nie myli, 
Jego to, niezawodnie, ja widzia!am we snie. . . 
Zlituj si
 nad nim Boze!"... wyjçkla bolesnie; 
"Kilkunastu zo!nierzy wyszlo z srodka roty, 
Z wymierzonemi strzelby moskiewskiej piechoty; 
Slyszç strzal, on pad!; trwozna, zrywam si
 z poscieli.. . 
Ach, ojcze, sen si
 sprawdzi! Ach, po to go wzi
li!"... 


"llanil1siu," przerwsl prezes: "uspokój si
 droga! 
Idi; ukl!jklszy, pomódl si
 za niego do Boga; 
Wierzaj rni, S!j to tylko plonne przywidzenia, 
Sarna sobie przyczyniasz bólu i cierpienia". 


nPrawda, ojcze, rozpaczaé naprzód si
 nie godzi, 
Lecz w srnutku pami
é przykre obrazy przywodzi, 
J ako robak, zgryzot!j dr
cz!jc wyobraini
; 
Daruj, ze niepotrzebnie tern wAzystkiern ci
 drazniç". . 


'I
		

/NDIGDRUK006454_0143_1129230.djvu

			J 


IBB - 


.Zlote Sl!,", rzecze proboszcz; slowa ojca pani, 
Jako okr
t po lJUrzy, dqzy do przystani, 
Tak i my, kiedy troska serce nam owladnie. 
Uciekajmy do Boga, proszllc go przykladnie, . 
Aby od nas odwrúcié zechcial cios6w brzemiEj, 
Bo slabe, niedol
zne, jest to ludzkie plemi
. 
Ale mnie obowillzek od paIÍstwa odp
dza, 
Niejeden tu zapewne dzis zapragnie ksi!)dza; 
Wi!)c chodimy juz, mateczko! Warn spoczynku trzeba. 
:Vlnie ZIlS - drogQ grzesznikom torowaé do nieba". 
To m6willC, skloni wszy siEj, wraz z matk q odchodzi; 
Bronislawa z wspúlczuciem zal Hanny lagodzi, 
Prezes pocalowaniem darzy je kolejnem - 
I ku sypialni krokiem kieruje siEj cbwiejnym, 
Patrz/lc na c6rk
 z slodkim milosci wyrazem, 
Kt6ra klEjkla niebawem przed Maryi obrazem. 
"Tak, m6wil, sam do siebie, kladnllc si
 na loze 
 
Mialozby to zrzlldzenie byé Twoje,.o Boze?.. 
Lecz milosé zwykle sobie r6zne dziwy stwarz8, 
Podobienstwo cz
stokroé na swiecie siEj zdarza; 
W istocie, jest. niezwykle... Toz same wejrzenie, 
Tez rysy, wprawiajljce lIiemai IV oslupienie, 
Tylko nieco scillglejsze, blade; krucze wlo
y, 
On mial jasne. .. Boze mój! 
ie, to chyba losy 
Zrzl}dzajl}, by do nieszczEjsé tak wielu, przybyly 
Zn6w nowe, kt6rych wreszcie znieeé nie starczy sHy... 
Ruchy - jakby odmienne... To on, to on, Boze! 
Ostrzegles mnie, azebym ratowal go moze, 
By mi zycie podwójnie bylo jego drogie... 
J esli go nie u wolni
, dzieciEj stracié mogEj!... 
Lecz ja chory. .. w t
 porEj... i droga mnie nuzy... 
Wpadlem na myel! Stefana skloniEj do podr6zy, 
On to dla mnie uczyni - i rzecz poprowadzi 
Lepiej, nizbym sam zdolal; wszystkiemu zaradzi, 
Wszak chlubi siEj stosunki rozleglemi wszEjdzie: 
PrzelozEj mu t
 spraw
. skoro tu przyb
dzie". 
I dlugi czas dumajl}c, zasnl}é nie byl w stanie, 
Naraz glosne poslyszy z dworu turkotallie, 


"
		

/NDIGDRUK006454_0144_1129231.djvu

			- 134 - 


Pan :::Itefan i Piotr wchodzl\o Na gosci przybycie 
Prezes wstawszy, narzucÏl na pr
dce okrycie; 
Uwiadomiony Stefan juz 0 wszystkiem wprz6dy, 
Zapytuje prezesa 0 przebyte trudy; 
Widzl\c twarz przyjaciela pos
pnll i bladl\. 
Pragnl\lby go pokrzepié pociechq i rad!!; 
Nad losem ich bolejllc, z szczerll przyrzekl wolll, 
Podjl\è si
 sprawy calej - i zajl\é ich dolll' 
Poczem Piotr opowiadaé rozpocznie nowiny 
I swe wJasne przygody. 
MijaJy godziny, 
Juz spozyli wieczerz
, a gaw
dy owe 
Zbawienny wplyw wywarly, wlaly sily nowe, 
Jakoby balsam w ran
 - w te zWlltpiale dusze, 
Bo rozpacz im najsrozsze zadl\Ïe katusze! 
Czas zszedl przy pogaw
dce do p6inej godziny, 
Goscie przyj
li ch
tuie na noc zaprosiny.
		

/NDIGDRUK006454_0145_1129231.djvu

			PIE S Ñ X. 


Pogrzeb. 
-irZYkrO jest, rzucaé ziarna na niewdzi
cznlj rol
, 
.
 Przykro opiewaé smutki, rozpacz i niedol
; 
Przykro widzieé tzy w oczach, co szcz
sciem jaéniaty 
I gruzy w miejscu, k
dy stat gmach okazaty. 
Przykro patrzeé, gdy robak w r6zy si
 zal
gnie, 
Gdy cztowiek zaufania, fatszywie przysi
gnie. 
Swiat tak pi
kny, powabny, tyle w nim uroku 
Co w nadobnej huryski jasniejljcem oku; 
Co w usmiechu dziewicy, gdy lubego wita, 
Co w jutrzence. grly rannlj godziull zaswita. 
Swiat tak pi
kny, powabny, a zlosci w nim tyle! 
Wszystko w nim jest oparte na falszu i sile, 
Na podst
pie i zbrodni, niegodnej cztowiekaj 
Daremnie niewinnosci szat
 przyobleka, 
Daremnie 0 ideach rozprawia szeroko, 
Kiedy si
 bratnill pierwej chce zbroczyé posokll; 
Kiedy pierwej bieg ziemi wykoleié pragnie, 
Burzllc, co 8i
 do jego przekonaIÍ nie nagnie. 
Swiat tak pi
kny, powabnyl lecz tylko z pozoru; 
Podobny do slicznego onego koloru, 
Kt6ry w sobie trucizn
 jadowitlj miesci j 
Do onej delikatnej, z pudru plci niewiesciej, 
Pod kt6rlj, pory, zmarszczki i piegi 8i
 kryjll. 
Ludzie kosztem wzajemnym jedni drugich zyjlj, 
Radzi z siebie krew wyssaé, liZ do szpiku kosci, 
Tyle w nich falszu, zdrady, obludy, zazdroiici.
		

/NDIGDRUK006454_0146_1129232.djvu

			13ü - 


Hegemonia 8ZCZepOwa wartkim biegiem plynie, 
Bamoistnosé narod6w - nurzajllc w gl
binie; 
Juz od CÌosu Kaina w krwi broczy 8i
 Abel, 
Przyjdzie ludzium ochota wzniesé i wiez
 Babel, 
Az im nanowo Stwórca pomi
8za j
zyki; 
W6wczas ku Niemu trwozne podniosll okrzyki, 
Blagajllce daremnie litosci, pomocy, 
Jako czlowiek zblllkany w manowcach, wsród nocy. 


81} u nas okolice, gdzie obyczaj dawny 
Zachowal si
 pierwotnie. Syn niemarnotrawny, 
Nie naruszywszy dOUld praojc6w spuscizny, 
Czul, ze winien calosci strzedz 8wojej ojczyzny; 
Takl} to okolica byla wsi Zazewa; 
Ka:i:dy 8Wl} przestrzeIi ziemi uprawia, zasiewa, 
Prastarym obyczajem, chwalllC Stworzyciela; 
On tez kazdemu w8parcia w potrzebie udziela, 
Blogo81awillc na zdrowiu, dobytku i mieniu, 
Kto wie, w lrtórem od wieków ju:i: tam pokoleniu. 


W ko
ciele paratialnym proboszcz juz od rana 
Odprawia za poleglych ßlsz
 i kapitana; 
Zatopionemu w modlach Izy po licach plynll, 
Zyl z nim IV 8zczerej przyjaini i jego rodzinl}. 
Na katafalku lezy niebo8zczyka cialo, 
W walce za kraj rodzinny, poleglego z chwalll; 
U stopni, jako Marye przy Chrystus8 grobie, 
Ukl
kly trzy niewiasty, wszystkie trzy w zalobie, 
Wszystkie trzy placzll; kazda ma Izy ronié po kim, 
Wszystkie trzy tei z przejEiciem modll} si
 gl
bokiem. 
Obok dwie kl
cZIl jeszcze, mi
dzy niemi dziatki 
Z rnmianemi licami, dsnl} 8i
 do matki. 
Kto 81} one niewiasty, domysleé si
 latwo; 
Pierw8za z nich Bronislawa, wraz ze 8WOjl! dziatwll; 
Druga Hania, a trzecia jest nam dobrze znana, 
Z poprzedzajl!cych pirsni, zona kapitana. 
Oprócz córek, kl
czalo jeszcze u8ób wiele, 
Których placz rozlegal si
 po calym kosciele; 
Byli to ludzie z r6znych okolic odleglych,
		

/NDIGDRUK006454_0147_1129232.djvu

			137 


Przybyli, aby swoich poznawaé poleglych, 
Których dnia jutrzejszego maj
 grzebaé spolem. 

a osobnym cmentarzu, w dali - za kosciolem 
Niedlugo ma nagrobek stanl\é kapitana: 
MalZonka jego cialo dala przywiesé zrana: 
Zadnej zmianie po zgonie nie uleglo w niczem, 
R
kojesé dzieri
c szabli, z marsowem obliczem. 
Poznala swojl! strat
, gdy zostala wdow!1, 
Bo proch scieral, jak mówil!" przed swojll polowq. 
Kraj kochal, az do zgonu slu:bjc mu przykladnie; 
Tylko bywalo cz
sto, skoro w zapal wpadnie, 
Opowiada historye, z prawdq niezbyt zgodne. 
Jako z Tysil\ca Nocý, w wyobrainiQ plodne. 
Ale wszyscy lubili, gdy gaw
dzié pocznie, 
Zdawalo si
) jakoby to widzial naocznie, 
Co zwykl byl opowiadaé z wiarl! tak gorqcl!, 
Ze z ust jego opo\\'iesé byla zajmuj!jcl\: 
Nieraz - ludzie smiejl!,c si
 do lez i rozpuku, 

amawiali, by podal niektóre do druku. 


On wtedy odpo\\'iadal: "Wierzcie, paiÍstwo moi, 
Zolnierzowi na starosé bazgraé nie przystoi". 


Kochali go tez wszyscy, oplakujl\c szczerze, 
Ksilldz mial dlug
 0 zgaslym molV
 bohaterze, 
Podnoszl\c jego zacnosé - i slawillc zalety, 
Których dzisiaj, z dniem kaidym, coraz mniej, niestety.l 
ad wzruszenia nie mogqc nieraz przyjsé do slowa: 
Tem wi
ksze uczynila wrazenie ta mowa. 


Dzisiaj, przed nabozeiÍstwem, otrzymano zrana 
Wiadomosé od Zdzislawa, 0 smierci Floryana; 
Pisze, ie ich wraz z Jauem Moskale uj
li, 
Aieby we warszawskiej wi
zié cytadeli; 
Ze straszny cierpil! w drodze glód, przesladowanie, 
które pióro opisaé nawet nie jest w stanie. 
Moina sobie wystawié, jakie te nowiny 
Wywolaly wraienie wsród calej rodziny;
		

/NDIGDRUK006454_0148_1129233.djvu

			- 138 - 


Prezes bolal serdecznie po siostrzeIÍca stracie, 
Hanna razem z kuzynklj, plakala po bracie; 
o zyjllcych niepok6j przyllj,czyl sif1 srogi, 
Bronislawa od zmysl6w odchodzila z trwogi, 

kajlj,c sif1 0 Jana, ojca tylu dziatek, 
Postanowiwszy oddaé majlj,tku ostatek, 
Byle tylko ocalié ich obu z niewoli. 
Ale takie starania cillgnlj, sif1 powoli, 
Czasem przez lata cale. I mlodoSé przeminie, 
Zanim wr6C!j, ofiarf1, wydartlj, rodzinie; 
Bpracowanlj" schorzalll na zdrowiu przed czasem. 
A wieluz tam skon znajdzie, powiedzmy nawiasem, 
W syberyjskich kopalniach, wsr6d mroz6w i glodu, 
Wzdychajlj,c za Ojczyznll, straconlj, za mlodu; 
Za zwichni
14 przeszloscilj, - zycia idealem, 
Kt6re drugich, szcz
sliwszych sialo si
 udzialem! 
Nieraz ulaskawienie nadejdzie po czasie, 
Riedy zgaslej ofierze juz na nic nie zda si
. 
Gdy osillgnie swiat inny, swiat uciech bez granic, 
Z kt6rym ziemskie rozkosze r6wnajlj, sif1 za nic; 
Kf1dy zycie przemija blogo, wiecznotrwale, 
Ku nadgrodzie cnotIiwych - na Wszechstw6rcy chwal
. 


Wie 0 tych przeciwllosciach Bronislawa biedna, 
Wif1c rozmysla. czem sobie wplywy ludzi zjedna, 
Jak obronié obudwu, zrzucié podejrzenie - 
I uzyskaé nakoniec ich ulaskawienie, 
Kt6re celem jej odtlj,d najgo
tszych marzeó: 
Ale nie uprzedzajmy przed czasem wydarzeó. 


Przy wieczerzy, otrzymal prezes zaprosiny 
Na pogrzeb wsp61rodak6w, poleglej druzyny. 
Piotr do domu pospieszyl, Stefan pozostaje; 
Nazajutrz, po poludniu, prezes zaprZl\dz daje, 
Czujlj,c si
 zdrowszym, jedzie z c6rklj, i Stefanem 
Na miejsce, k
dy ciala zlozono nad ran em ; 
Wysiadajlj, z powozu, post
pujllc zwolna, 
Gdzie wznosi sif1 nad droglj, wielka grusza polna, 
A przy niej, ludu rzesze cisnlj, sif1 dokola;
		

/NDIGDRUK006454_0149_1129233.djvu

			130 


Konw6j ksi
ìy wraz z tlumem zs
puje z kosciola, 
Niosllc czarne chor:Jgwie, na wiatr rozpostarte; 
Trumny polegtych stojl! szeregiem, otwarte, 
Przy nich uosobienie smutku i ìaloby, 
Ukl
kly w czarnych szatach, r6znych lat osoby: 
SI! to matki, kochanki, zony, siostry, dzieci - 
I w starych ojc6w oku lza r6wniez zaswieci; 
Schyleni, spogll!dajl1 poza placzqcemi. 
Ze tych, co mieli zajl!é ich miejsce na ziemi - 
I rodzinie byé calej podporl1, opiekl1; 
Wkr6tcð jeszcze przed nimi zamknie trumny wieko 
I cale ich nadzieje podpory starosci, 
Ziemia pochlonie w swoje na wieki wn
trznosci. 


Ilez matek przebieìy rzqd trumien dokola! 
Kochanek, zon, si6strL.. Zadna rozeznaé nie zdola 
CiaJ:a syna, kochanka, malìonka, lub brata; 
Wsz
dy placz, j
k, westchnienia, istny koniec Bwiata; 
Wybladle, jako wldma, z zalzawionym wzrokiem, 
P08
pujl! powoli, idl!c krok za krokiem, 
Odnalesé pragnqc swoich w licaah krwil1 zbroczonych, 
Palaszami tak srodze sklutych, poranionych, 
Ze ani sladu rys6w rozpoznaé si
 nie da; 
Z kazdl1 trumnl! nieomal taz sama jest bieda: 
Czlonki porozrywane, po klute, obci
te, 
Piecicionki wraz z palcami u rl1k oder::ni
te; 
Bielizna odstajl1ca; podarta w lachmany, 
Odslania sine ciala i zakrzeple rany - 
I krzyzyk, lub szkaplerzyk, wiszl!cy u lona; 
Po nim poznawszy m
za, niewiasta schylona 
Z j
kiem wola: 


"Ach, dziatki, biedne moje dziatki! 

ie b
dziecie jui nawet znaly swego tatki! 
Ja nieboga, c6i poczn
? Co si
 z nami stanie?" 


"0, czemui nie zabrales mnie z nim razem, Panie?" 
W ola druga, innego lzami roszl\c lics.
		

/NDIGDRUK006454_0150_1129234.djvu

			l-l0 


"Biedna ja!" Szepce trzecia; "nieszcz
sna, dziewica! 
Sama twojego skonn stalam siç przyczynq". 


"Syneczku m6j najùroiszy! Pociech!! jedynl!, 
Byles dot&d swej matki, sama na tym 8IViecie, 
ZOBtalam, tys uprzedzil mnie, najdroisze dziecip,. 
I ja za tob!! p6jdç, gdy ciç ziemia skryje, 
Takiego ciosu IV wieku moim nie przeiyjp,. . . 
o Boze, daj mi skonaé!.... 'Iak w niebo przesy!a 
Skargp" silVa Btaruszka, opuszcza jq sila, 
Pada z jp,kiem, na picrsi zwisla siwa glowa.. . 


Tam siostry nad sWYI\1 bratem w te boleJI\ slowa: 
"Wip,c to ty, bracie drogi?.. Tak srodze zrl}bany! 
0, daj nam z piersi swojej obmyé lzami rany! 
Daj nam po raz ostatni ucaloIVaé dlonie, 
Kt6remiá gromil wrog6w w Ojczyzny obronie!" 


Niejedna milczqc, stoi, z czolem pochylonem, 
Na podobp, posI}g6w, z marmuru rzeibionym; 
Nieruchoma, w punkt jeden zatopiwszy oczy, 
Ale w nich tyle uczué spolem sip, jednoczy, 
Taka holesé, tak cip,íki ial, cierpienia srogie, 
ie ten widok w przytomnycb wznieca ial i trwogp,; 
Dlugiej i czarnej rzp,sy zadna lza ilie zrosi, 
Piers tylko z gWßttownosci q zniza sip" podnosi, 
Jakoby w niej dla serca miejsca nie dostalo, 
Jakoby swojem biciem rozsadzié jq mialo. 
Zda sil}, gdyby nie na krzyz zacisniljte dlonie, 
Pewnie swem tp,tnem oddech sUumiloby w Ionic. 


Srogi widok! I czlowiek, co wszystkie przygluszyl 
Uczucia w Bercu swojem, pewnieby sip, wzruBzyl, 
Zaplakawszy na widok tak cip,ikiej bolesci. , 
Lecz nawet i w cierpieniu pociecha sip, miesci: 
Hanna w lzach zaln tOil1!C, im bardziej nad temi 
Ofiarami boleje, tem jej znosniejszemi. 
Wlasne do pokonania zdajq sip, cierpienia. 
I zwolna, uczepiwszy sip, ojca ramienia,
		

/NDIGDRUK006454_0151_1129234.djvu

			- l,U - 


Chodzi z nim. Wtem - stanl\w.;;zy przy jednej u brzega 
Zamilkli. Pasmo wspomnieñ snaé mysl ich przebiega: 


.Nie poznajesz go?" Pierwszy rzek! prezes púlglosem. 


.Ach, ojcze, wszak to mlodzinn, co bolal nad losem 
Matki swojej i siostry, przeczuwszy zgon wlasny... 
Tak, to ten sam; tez rysy, wlos dlugi i jasny. . . 
Zatrzymajmy si
 przy nim - i za jego duszç 
Pom6dlmy silj do Boga". ' 
Klqklszy, blagaé w skruszt' 
Pocz
li Przedwiecznego, z przejçciem, skupieniem, 
Mysll\c zarazem nad tern dziwnem przezn, aczeniem 
Scigajqcem niektúrych ludzi do ostatka, 
Aby zdljzyé nie mogla w por
 wlasna matka, 
DIa oddania synowi ostatniej przyslugi; 
8chorzala, nie znioslaby podr6zy tak dlugiej. 


W tejze chwili, powstaje cÌsza w zgromadzeniu 
Tuz na lIiewielkiem, z darni, pod grnszl\ wzniesieniu 
Stanl\l ksil\dz Roch i pocz!\1 wymownemi slowy 
Cieszyé siostry, kochanki, ojce, matki, wdowy; 
A tak slodko pn>:emawial, ni6s1 pociech
 szczerze, 
Zekazdy swe nieszcz
scie poswiQca W ofierze 
Bogu, kladnljc na oltar7., za kraj i swobodlj. 
Niestety, B6g na p6i.niej zachowal nagrodlj... 
Na p6iniej! Nie czas jeszcze, ofiar leglo tyle, 
Zbywa miejsca mimo to, w niejednej mogHe. 


Ksil\;dz Roch koñczyl w te slowa: .Chluba warn, rodzicel 
Chluba warn, siostry, zony, warn, mlode dziewice! 
Bo dzieci od rodzic6w swych biorl\ w spusciinie 
Milosé Boga, rodziny; uczq si
 ojczyinie 
Wyplacaé przynalezne, 8zczerq wolq dlugi; 
Gdy wszystko oddaé zdolne Sl} na jej us!ugi, 
Bo siostry krew z swobody Iqczy obrorícami: 
Czesé warn, zacne dziewice! zescie ich siostrami! 
Chluba zonom, kochankom! Bowiem wyr6inily 
Bohater6w wolnosci, z nimi si
 zgodzily
		

/NDIGDRUK006454_0152_1129235.djvu

			- 142 - 


1 


DzieIié zycie do kOIÍC8; pragn
c zywot caly 
PoáwiEjcié dla nich. Nagle losy rozerwaly 
One wszystkie nadzieje z drogiemi istoty... 
"0, nie placzcie, niewiasty;" rzekl Chrystus z Gl)lgoty, 
Gdy niebogie ronily Izy nad Jego losemj 
"Nie placzcie za mnll;" dalej m6wil slodkim glosem; 
"Ale raczej bolejcie nad waszymi syny". 
My zwykIi oplakiwaé ojc6w naszycb winy, 
Wlasnych bEjd
c niepomni; niepomni, ze ona 
Przez nas takze padaj
c pod krzyzem, zemdlona, 
Do matek naszych wyrzec moze Blowy temi: 
"Nie placzcie za mnq, raczej nad syny w8szymi!" 
Bo posokll mEjczenskll i potem oblana, 
Pod krzyzem pad a, mdlejqc, na podobEj Pana; 
Pan ucierpial za winy ludzkiego plemienia, 
ana zaB za swych dziatek cjerpi przewinienia. 
"0, wy! kt6rzy spelniacie cblubnie powinnosci! 
0, czesé warn! Czeãé za zycia - czesé u potomnoBci! 
Bo wiEjkszosé z nas boleje, placze od lat wielu: 
Czyliz upragnionego placzem dojdziem celu? 
Nam jest czynu potrzeba; jednosci i wiary: 
Ojczyzny pojedyncze nie zbawi1} ofiaryl 
One tylko sq zdolne litosé w obcycb wzbudzié; 
Ach! przestmímy raz przecie nadziej1} siEj ludzié!. 
Nadziejl!, w obCII pomoc; spojrzmy raczej w siebie, 
Wierz1}c z ufnosci
 w pomoc Stworzyciela w niebie. 


Jni minEjly. te czasy, kiedy pOBwiEjcenia 
Zniewalaly narody do odwzajemnienia; 
Teraz - cz
sto za dobro placq zlem. lub zdradll; 
Teraz - szczeroSé, otwartosé u ludzi jest wadI!,: 
Ze swiat dawny byl lepszy, zdanie siEj powtarza; 
Nie poswiadczlI nam tego, spil!,CY "sr6d cmentarza, 
Ani zmartwychpowstan
, aby daé swiadectwo; 
Jestto cillgle, cbroniczne, wiekowe kalectwo, 
Wciqi siEj powtarzaj
ce z hidq generacyq. 
Obecnie - chyba maja, poczEjsci i racYII: 
Bo z postEjpem Dic swiatn nie przyszto na lepsze, 
Zycie nad stan - czlowieka tylko w nEjdzEj weprze,
		

/NDIGDRUK006454_0153_1129235.djvu

			- 143 - 


Rodzl!c w nim z/ldz
 wyg6d, z kieszenil} niezgodnl}. 
Bogactwa chcl}c osi/lgn/l(o, pracl} r6znorodnl}, 
Chcialby dociec wszystkiego, bez mysli przewodniej j 
Brak wiary prze do uciech, do n<<:dzy, do zbrodni. 
Ody na swiecie jest tyle miejsca i przestrzeni, 
Ludzie si
 w Europie gromadzl}, scisnieni, 
W ydzieraj/lc wzajemnie najmniejszl} pi
di ziemi; 
Walka 0 byt wre, jako mi
dzy drapieznemi. 
Zl/lczmy si
 mysll}, duchem - wtedy swiat zobaczy 
Ze i w nas jest pot
ga - i jak wiele znaczy 
Korzystanie z przyklad6w, doswiadczeIÍ nabytych; 
Wtedy silnych na duchu, m<<;:znych, jednolitych, 
Niech wyzwie wr6g do walki, za wolno
é i wiar
 I 
Obecnie - czynim tylko ze siebie ofiar4i1, 
Korzystaé ze sposobnej pory nie umiemy, 
Lecz chociai, pod przemoc/l, zn6w czola ugniemy, 
Krew nasza w rozpaczIiwej obronie wylana, 
Zdola lask
 wyjednaé nam ZasL4i1pów Pana! 
On nas silnie zespoIi, wady IV)' korzeni, 
Ii: chrobrzy, staniem m
zni i niezwyci4i1zeni. 
I zginiem lub wywalczym niepodleglosé Polski, 
Którl} zalal GermaÚ,ki iywiol i Mongolski; 
Bo dopoklld krew ojc6w w zylach naszych plynie 
I potomstwa naszego - Ojczyzna nie zginie!" 


Nie, nie zginie! N ie zgini('! Po\vt6rzyly echa! 
Do serc ze slowem on em wstqpila pociecha. 
Nil', nie zginie! Nie zginie! Wt6rzyly dqbrowy, 
Blonia, wzg6rza, doliny, - rzeki i parowy 
I bory i mogily, z kt6rych ojc6w cienie 
Zja wiajq sÍ<	
			

/NDIGDRUK006454_0154_1129236.djvu

			IH - 


I wyzej - coraz wyzej, unoszf\ si
 eienie, 
Powtarzaj
c : 
.Nie zginie! Hosanna Ci, Panie! 
Hosanna Ci, kt6rego wieczne kr6lowanie! 
B
dz Ci chwala na wieki; b
di Ci czesé bez koíica!" 


Niebo si
 rozstlJpilo, plonlJc blaskiem slonca, 
Duchy szepc
, unoszllC si
 posr6d jasnosci: 
nO! swi
é si
 Imi
 Twoje ponad wysokosci! 
Przed oblicze Twe nowe przywodzim ofiary; 
Bodaj si
 przyczynily do zmniejszenia kary 
Za nasze przewjnienia! Wszak, Panie, nie zginie, 
P6ki krew nasza w zylach dzieci naszych plynie?"... 


nNie zginiel Odpowiada glos z onej jasnosci". 


nO, Hosanna Oi Pan ie, Czesé na wysokosci!" 
Wykrzykn
ly radosnie; znikl, blask, a z nim one, 
Powtarzajllc: Nie zginie! Znikly spowietrznione. 


Po kazaniu, Iud ruszyl w dwie dlugie kolumny: 
Srodkiem id
 m
zczyini, niosllC rzt;dem trumny; 
Schyleni pod ci
zarem, pot splywa im z skroni, 
Post
pnj
 powoli, z gromnicami w dloni, 
NUCIlC hymny zalobne; obok krok za krokiem 
Wt6rujll im niewiasty, z zalzawionym wzrokiem. 
Tak doszli at na cmentarz, k
dy zdjqwszy brzemi
, 
Spoglqdaj
, odkrywszy glowy, w onll ziemi
, 
Kt6ra mile ich sereu istoty pochlonie... 
Pleé niewiescia dopotlld zawodzi na stronie, 
At uciszyl jll proboszcz, przez kazanie drugie; 
Nie byl on krasom6wcll, lecz mial t
 zaslug
, 
ie m6wi/ prosto z serca, gdy si
 przejlll treScill: 
Pocz
l zatem pocieszaé, ojc6w, pleé niewiescill, 
Wskaznj
c im przyklady z przeszlosci dalekiej: 
I skoríczyl; boskiej dla nich wzywaj
c opieki, 
Wreszcie trumny do do16w powoli spuszczono, 
Kt6re wod
 pokropil z kolei Bwi
conq... 
I powstat placz dokola srogi w onej chwili; 
Niewiast kilka zemdlalo, gdy je ocucili,
		

/NDIGDRUK006454_0155_1129236.djvu

			- 145 


Kazdy - ziemi na wieko garsé podni6s1szy, rzucil 
I wieczny odpoczynek duszom ich zanucH. 


Darmo Rania wraz z ojcem poszukuje brata, 

ydaje im 8i
 przez to tern ci
zszl! ich 8trnta, 
Ze zaplakaé nad jego zwlokami nie mog1J" 
Dowiedzieé nie udalo im si
 od nikogo, 
Gdzie zgioljl, k
dy jego cialo 8i
 porlziewa 
I powr6cili, 8rnutni bardzo, do Zazewa 


Prezes, pod swiezo jeszcze przebytem wrazeniem, 
Porn ny, ze Ri
 niedawno zwil\zal przyrzpczeniem, 
Zna]azl8zy poz6r, aoy nie zyskaé odmowy, 
WY8lal pierwszy zasilek dla tei biednej wdowy, 
Kt6rej 8yn odgadl dziwnem przeczuciem srnieré wlasnlj. 
Ranna li8t napisawszy, uprzejmie i jasno, 
Dodaje kilka 816wek pociechy od siebie, 
A umiala 8trapionym niesé ulg
 w potrzebie. 


Gdy Moskale ode8zli, z08tawiwszy trupy, 
Rrabia wraz z pocztem 8woim wychodzi z chalupy; 
Lecz przeprawa przez bagna zaj
la dosé cza8U - 
I kiedy dotarl wreszcie az do gl
bin lasu, 
Do miejsca, k
dy ob6z wrzal ruchem i zyciem, 
Zdziwiony niespodzianern je8t wielce odkryciem: 
Floúce juz ku zachodniej 8chylalo 8i
 8tronie, 
Jak lampa na tie 8zarem rnieni 8i
 i plonie, 
A nad niem r6wnolegle do poziomu zierni, 
Ciljgnlj si
 dlugie chmurki, z rl}bkami zlotemi. 
Obok - gdzie 8pojrzy, w8z
dzie martwych ludzi zwloki. 
Zczernialych, obryzganych od 8krzeplej posoki; 
Snaé polegli wsr6d ci
zkich borykan i cios6w, 
Bo w r
kach ich tkwill 8trz
pv 8ukna, trawy, wlo86w; 
WY8trzelonych naboj6w, z kt6rych proch tak cuchnie, 
Jak kiedy kto tlejllCll 8i
 swiecl1 zadmuchnie. 
Dym kolace 8i
 je8zcze, 8zary, mi
dzy drzewy, 
ZachodzllC w gl
bi
 Iasu, w jalowce i krzewy; 
Miej8cami ogien calkiem niezga8zony, plonie, 
Lezll powywracane pow6zki i konie, 
Hanna. 10
		

/NDIGDRUK006454_0156_1129237.djvu

			- 146 


Z pod niekt6rych widniejll sinej barwy trupy; 
Mimo, ze ten sam widok mial hrabia z chalupy, 
Zatrzymal si
, ùumajqc, sIDutny, kr6tkll chwil
: 
Poco ludzie wzajemnie mordujll si
 tyJe? 
Czy nielepiej zyé z sobq we wzajemnej zgodzie, 
Niz wiecznie jedni drugim stawaé na przeszkodzie? 
I w srogiem brat nn brata godzié uniesieniu. . . 
Przesun
ly si
 mysli one w okllmgnieniu 
Przez 6w umysl wrailiwy, na widok niedoli 
Tych, co byli przed chwilll pelni zycia, woli, 
Kt6rych niedawno jeszcze rozbrzmiewaly g10sy; 
n8naé niebardzo mllsialy dopisaé im losy!" 
Pomyslal: n trza zasi
gnqé zkqdkol wiek j
zyka". 


Naraz - widzi opodal - ktos szybko umyka, 
Jako kot przeskakujl!c zr
cznie przez zawady 
.Chwytaé go!" wola; .lapaj!" Kilku biezy w slady 
I za chwil
 prowadzq sp
tanego zbiega. 
Hrabia, ua wst
pie bad an, wziql go byl za szpiega; 
Lecz si
 potem przekonal, ze ono stworzenie 
Zar6wno na ludzkosci zyje pohanbienie, 
Tylko, ze si
 dorabiaé zwyklo innym torem; 
8zakal idzie trupami zywié si
 wieczorem, 
On spieszy ich obedrzeé 0 tej samej porze; 
Wiedzqc dobrze, ze iaden zmartwychwstaé nie moze, 
Aieby m6g1 w wlasnosci swej stanqé obronie. 
Hrabia pocznie go badaé i pytaé na stronie, 
Kto zwyci
zyl w tej walce: nasi, czy Moskale? 
Gdy mlasto odpowiedzi - stawia si
 zuchwale, 
Zniecierpliwiony, kaze podwladnym go osiec; 
Trudno byloby z lotrem szczerej prawdy dociec, 
Eo si
 zaciql uparcie, milczqc, jak niemow9. 


Wtem - Blychaé j
k, a po nim urywane slowa: 
Z pomi
dzy trup6w glow
 ci
zko ranny wznosi 
I 0 wod
, ratunek - wsp6lrodak6w prosÍ. 
Wi
c spieszll mu z pomoCll, pytajqc niebawem, 
Kto zwyci
iyl, kto przegral w oWl'm starciu krwawem? 
Dowledziawszy si
 prawdy, biorq go na nosze -
		

/NDIGDRUK006454_0157_1129237.djvu

			- 147 - 


r 


I aby si
 nie utrzljst, przystajljc potrosze, 
Weszli w glljb' lasu SPOCZllé, utrudzeni srodze. 
Hrabia ciato Floryana kaie wziljsé po drodze, 
Przyciljgnqwszy nareszcie na noc do swych w!osci; 
Napotykajqc w lasach mn6stwo przeciwnosci, 
Odpoczywa czas jakis - i ludziom - i sobie, 
Pocbowawszy Floryana w familijnym grobie, 
Zanim go nie przeniesie gdzieindziej rodzina. 
Z kims drugim nieboszczyka cz
stokroé wspomina: 
Jest nim wJasnie 6w ranny, co bJagal pomocy. 
Gdy przyniesli go wreszcie strndzeni, wtÍr6d nocy, 
Lezal cilj,gle w gorljczce, w malignie majaczyl; 
Lekarz don przywoJany, kiedy go zobaczyt 
Nie wrMyJ mu juz zycia, Iecz mlodosé i sily 
OsJabionej naturze na pomoc przybyJy. 
W przeciljgu kilkunastu dni wyzdrowiat tyIe, 
Ze juz siedziee na Joiu m6gl 0 wlasnej sile 
Hrabia co dnia odwiedzaé przybywaJ go z boru, 
Kon jego w pogotowiu czekat kolo dworu, 
Aby w razie odwiedzin nieproszonych gosci, 
Gospodarz m6g1 uciekaé ze swej posiadlosci. 


Raz, kiedy przybyJ, ranny wzni6sJ oczy ku niemu, 
Rzeklszy: .Za piecz
 0 mnie - dzi
kuj
 hrabiemu!" 
A potem - slabym glosem wyszeptal po cbwili: 
.Nie poznajesz mnie brabio? Jestem ksiljdz Bazyli". 


. Bazyli ?" SpytaJ hrabia, patrzqc w niego bacznie; 
.Nie poznalbym ci
 nigdy, zmienilei3 si
 znacznie, 
Nic rys6w, jako zarost tak nie przeistar-za: 
Zkqdze z ksi
dza, przeszedJes rs.ptem na r
bacza?" 


>>Nie miaJem swilJCen j" na to chory mu odrzecze; 
.Czyliz kazdy jest ksi
dzem, co habit oblecze? 
Nosilem go jedynie, by pod Ì4 oslonlj 
Wi
cej dalo siQ zdziaJaé, pro publico bono. 
N astaJa pora czynu - wyszedlszy z kIasztoru, 
BroniJem sprawy naszej: wolnosci, honoru". 
Na tern si
 dnia onego skonczyJa rozmowa, 


10
		

/NDIGDRUK006454_0158_1129238.djvu

			- 148 - 


Chorego rozbolala z utrudzenia glowa, 
Bo przerwal zalecone Burowo milczenie; 
Lecz kiedy nastljpilo szybkie polepszenie, 
Przyjscie do sit zupelne, a z niem - zl!dza czynu: 
BazyIi, nie laknlj,cy chwaly, ni wawrzynu, 
Ale wolnosci ziemi ojczYBtej jedynie, 
Widzlj,c, ze czas stracony, bezpowrotnie ply.nie, 
UbrawBzysi
 pOBpiesznie, bron dobyl z ukrycia, 
Hrabiowskiego czekajl!c, jak zwykle, przybycia. 


.A to co?" Spy tal tenze, wchodzlj,c do pokojuj 
.MiaBto, jako zazwyczaj, zazywaé Bpokoju, 
Przebrales Bi
j zamiary mUBisz zywié inne?"... 


. W istocie, zycie mi ai
 Bprzykrzylo bezczynne - 
Id
 wi
c razem z tob", dzielié jedne losy". 


nDobrze robiBz, Bazylku i w BtoBOWnlj, por
, 
Bo Moskale dzis majlj, nawiedzié tWil nor
, 
By w niej liaa pochwycié j oj, frant z ciebie, bratkul 
Urzlj,dzimy im figla na Bamym oBtatkuj 
Bo pewni, ze spilj,cego pochwyclj, do matni". 


I gniazdo pozegnawBzy wlasne - raz ostatni, 
Hrabia trzymal Bi
 z Bwymi czaB niejakis w leBie; 
Lecz kiedy nikt pomocy w niczem mu nie niesie 
Scigany coraz bardziej, przeszedl za granic
. 
Tam Bi
 pono op
taé dal przez FrancuziCE;), 
Czekajlj,c Bpadkobiercy majlj,tku rodziny j 
Wlosci Bwe zapisawszy na imi
 hrabiny, 
By je od konfiBkaty uchronié w ten Bpos6b. 
Ona upodobanie do duchownych os6b, 
Posun
a do tyIa, ze w Swi
tej Btolicy 
OBiadla przy kIaBztorze, w roti pokutnicy; 
Na swi
topietrze caly oddawszy maj"tek - 
I umarIa, lat temu ju:í pono z dziesilj,tek.
		

/NDIGDRUK006454_0159_1129238.djvu

			PIE S N XI. 


Wi
zienie. 
.J&iemno, glucho w wiE:zieniu, tylko rnz po razie 
. . 
 Rozlega siE: stl!panie straznika po glazie; 


. Sluszaj I I. 


Krzyknie przeciljgle, po kazdej godzinie; 
Odbije siE: 0 mnry glos - i w dali ginie. 
I slychaé jego drzenie posród nocnej ciszy; 
Znowu gdziesci podobny jemu siE: poslyszy, 
Lecz cichszy, jako echo wsród gór sluch przenika, 
To glos czujnego kfidys, drugiego straznika. 
I zn6w cisza w wifizieniu - niejeden wi!ìziony 
Nie zbuuzi siE:, do hasla tego wzwyczajony, 
Lecz innym, kt6rym natlok mysli snié nie daje, 
Kt6rym juz godzin zycia niewiele dostaje, 
ZastE:puje zegaru jednostajne bicia, 
Przypomina majljcy kres nadejsé ich zycia. 


W jednym z loch6w kaganiec alabym blaskiem tli sifi, 
l'ostaé ludzka W llieznanym widnieje zarysie, 
Lezl!ca na slomianem w poblizu poslaniu, 
Widno po poruszeniach, slychaé po wzdychaniu, 
Kt6re ciE:zko raz po raz wyplywa z jej lona, 
It do ostatnich z wiE:zni winna byé liczona. 
Cicho - ta postaé czuwa, cos p6lg1osem gwarzy,
		

/NDIGDRUK006454_0160_1129239.djvu

			150 - 


Lecz nie sp<>s6b dopatrzeé w ciemni wi
inia twarzy. 
Czasem zabrz
kn:J: kajdan zrdzewiale ogniwa, 
Na lozu konwulsyjnie wznosi si
, to zrywa, 
Zn6w cisza - cisza glucba. 
N araz, z oddalenia 
Coraz to donosniejsze slyebaé glos6w brzmienia; 
Zrywa si
 wi
zieñ z loia, zadiwi
kty kajdany, 
W szybki krok poeznie ebodzié od sciany do seian), 
Jako kr61 pustyn w klatce powainy i srogi, 
l\fierzllcy wzrokiem dumnym patrzllce nan wrogi. 


Przystal wraz - grzmillce gtosy stycbaé tut, za drzwiami; 
Kluez zgrzytnlll i za trzema ci
ikiemi spustami 
Pebni
te z zewnlltrz podwoje, z bukiem si
 rozpadly. 
Wi
zieJÍ stal, od latarni od\\'ietlon, wybladly, 
Podni6slszy dumnie ezolo. wycillgnllt ramiona, 
Jakby w nicb zdusié wroga cbcial, zanim sam skona; 
Leez nagle rysy wyraz odmienny przybraly, 
Na widok wchodzlleego, rçce, kt6re mialy 
Powitaé go niebawem smierci useisnieniem, 
Zwisly teraz - a usta wyszeptaly z drieniem: 


,To ty, Iwan?' 


.Tak, to ja; przycbodz
 w te progi, 
CbocÏaz mundur przystania barki moje wrogi, 
Przyja:ió w sercu ku tobie nie zgasla I wana; 
Nie witaj we mnie wroga, uie witaj tyraua, 
Lecz dozw61 si
 useiskaé, bracie, po dawnemu; 
Com winien, ie m6j naród jest wrogi twojemu?" 


.Czytalem to w twym wzroku," odrzekl uwi
ziony
 
J am 
dzil, iem jui z swiatem wieeznie rozdzielony, 
Nikt mi ùloni nie poda, ie jui zapomniany 
Od wszystkieh, zgin
, jako zb6jca, rozstrzelany; 
Pr
zejbym si
 kaidego odwiedzin spodziewal - 
Powiedzie mi, najdroiszy, gdzieies si
 podziewal, 
Przez te lata dlugiego naszego rozstania?"
		

/NDIGDRUK006454_0161_1129239.djvu

			- 151 - 


.Bylem w Tomsku, w Odessie, do czasu powstania," 
Odrzekl Iwanj .awanse przechodzl!,c z kolei, 
Przybywszy tutaj, trwalem ciljgle w tej nadziei, 
.ie si
 dadzl!, pogodzié sprawy obu kraj6w; 
Nieáwiadom b
dl!,c polskiej mowy, obyczaj6w, 
Tyle tylko com 0 lIich zaslyszal od ciebie 
Staralem si
 zaradzié ogólllej putrzebie 
I wytrwaé, jako moina, nil swcm stanowisku; 
Lecz kraj pragnl\c wyrwaé si
 z niewoli, ucisku. 
Spogl:j,dal z uprzedzeniem na me dobre ch
ci. 
Nie zostawi
 po sobie ja tak zlej pamiQci, 
J ak moi poprzednicy; lecz moje marzenia 
Nigdyby tu nie doszly do urzeczywistnienia'. 
Skonczywszy, pyta Iwan Cæslawa, co czynil, 
Czemu srodze przeciwko carowi zRwinil? 
I gaw
dzl\c, obadwaj wkrótce zapomnieli, 
Jak wielka przepasé losy ich obydw6ch dzieli. 


Bo ilei myáli, zdarzen, przesuwa si
 w glowie 
I1e pytan nieomal w kaidem prawie slowiel 
.ial nawet jeden wyraz dwukrotnie powtúrzyé, 
Nie wiedzieé, z czem si
 pn;dzej wywn
trzyð, wynurzyé j 
To waine, to ciekawe, owo orzec zda si
, 
Po tak dlugiem rozstaniu wcil!,i zbywa na czasie, 
Tembardziej, ii takowy bezpowrotnie plynie. 
A c6i dopiero IV jednej wywnQtr"yé godllinie! 
Szereg z lat kilku z rz
du przebytych wydarzen, 
MySli, uczué, trosk, b6lõw, t
sknoty i marzeli... 


Obadwaj przyjaciele tak zaJ
ci sob:j, 
Nie nacieszyliby si
 nawet cal,! dob,!, 
Gdyby nie glos przecil!gly rozlegl si
 wár6d ciszy: 


.Sluszaj I!" 


Przybyly lIaslo gdy owo poslyszy, 
Zrywa si
j wi\;inia temi pocznie iegnaé slowy, 
Sciskajl!c go w obj\;ciach: 


.Czeslawie, bl!,di zdrowy! 
Stw6rca jest sprawiedliwy; sprawa wasza áwi
ta,
		

/NDIGDRUK006454_0162_1129240.djvu

			152 - 


/ 
/ 


On wszakze 0 najmniejszem jestestwie pamiE)ta; 
Was takze Die zapoffini; do widzenia, drogi! 
. A Die miej 0 swym losie bezpotrzebnej trwogi; 
Lada chwila nadesle car ulllskawienie, 
Pomuy bE)dl!c na sluzby gorliwe petnienie, 
Laskawie prósb przyjaciól twych wystuchaé raczy 
I rozkaz pelnomocnych swoich przeiuaczy. 
Daj si
 teraz usciskaé! Ach, gdy by narody 
Nasze mogly porzucié OWl! koiié niezgody, 
Któr/} cisn
lo jarzmo wladzy dzierzycieli! 
Gdyby nie krew niewinna, co zl!da mscicieli 
I nie chE)é panowania jednych nad drugimi, 
Gdybyscie nie ludzili si
 mrzonki plonnemi, 
My - zrzucili nakoniec poddaIÍcz/} pokor
 
I ogien, który w sercach wszystkich ludzi gore, 
Znalazl wi
cej posród uas wyznawców, czcicieli, 
Otchlan, która dzis Iudy te od siebie dzieli, 
Nie istnialaby moze. Potok krwi wylanej, 
Krwi niewinnej, spadlby na wszechwladne tyrany, 
Chciano ci juz ucieczk
 ulatwié z wi
zienia, 
Lecz wszyscy bE)dl!c pewni twego uwolnienia, 
Zamiaru zaniechali, bowiem ta niewiara 
Pocil!gn
laby moze za sob/} gniew cara. 
Musialbys bezpieczenstwa szukaé za granicl}, 
Moze naù przyjaciolmi i Dad okolicl! 
Odpowiedzialnosé sroga ci
zylaby za ci
: 
A wi
c - bl!dize spokojny 0 swe losy, bracie! 
Upewniam ciE) raz jeszcze: bl!di zdrów! Do widzenia!" 


Drzwi zgrzylnE)ly i slychaé kroków uderzenis 
Slabsze coraz - i wreszcie dawns wraca cisza. 
CÓZ wi
zieIÍ po odejiiciu czyni towarzYllza? 
Posluchajmy, co mówi, pokrzepion nadziejl}: 



Boze, jakl!Z los dzi Ifnq toczy si
 kolejl!! 
Czlowiek wsrM niepewnosci, jak owad si
 miots, 
Kiedy go sjeé pajE)cza dokola omota - 
I wreszcie oslabiony, zhytniem wysileuiem, 
POOda siE) woli Botej, godzi z przeznaczeniem,
		

/NDIGDRUK006454_0163_1129240.djvu

			153 - 


Oczekujl\c zbawienia upragnionej chwili... 
Lecz jakie, liczl\c na nil\, cz
atokroé ai
 myli! 
J ak cz
ato latwowiernosé aWI\ przyplaci glowll! 
Jakkolwiekbl\di, znajome jeat mi c&rakie alowo: 
Car, wstal w dobrym humorze, a wi
c ulaskawil, 
Lecz gdy go duch nast
pnej nocy we snie dlawil, 
Duch msciciel zbrodni, ciemif)ztw, tortur i kradzieiy - 
Car zrYWa si
, dekreta pod pisywaé bieiy 
I trunkiem uspakaja drf)CZIlCe sumienie; 
Zaspakaja krwi il\dz
 - i ofiar pragnienie. I 
Do rz
du tych ostatnich - mnie przyjdzie naleiyé, 
Lecz byé wi
iniem ich?.. Wolf) stokroé lepiej nie iyé! 
Jam wi
zieIÍ... Czyz to dla mnie jest nowosé rzecz obca? 
Niewolnik... Wszakze przy chrzcie zapisano chlopca 
Do rz
du niewolnik6\v i poddanych cara. 
Przeznaczony za mlodu jui jako ofiara, 
Jako siepe narz
dzie jego carskiej woli, 
Nie smialem uialaé si
 na to, co mnie boli; 
Duch m6j mial byé zamkni
ty w sobie - i II' uspieniu 
Do koIÍca zycia przetrwaé jak w ciemnem wi
zieniu, 
Przeb6g! A ilei sroisze jest cierpienie duszy 
Ud cielesnej niewoli, od ziemskich katuszy? 
Dla mde - chwila skonllnia, to wolnosci chwila; 
Duch m6j wzniesie si
 w niebo, na skrzydlach motyla, 
Lekki stanie i czysty przed wiecznosci progiem, 
Korzl\cy si
 przed swoim ötwórcl\ i Wszechbogiem! 
Dla mnie -- chwila skonania. to chwila radosci, 
Duch m6j szcz
sli\V, bujalby wsróù nieskoñczonosci, 
Przenikaj!!c bezmierne wszechswiata obszary, 
Gdyby za nim, niestety, jako ciemne mary, 
Nie biegly niezliczone przeszlosci wspomnienia, 
Zapomnialby niedoli ziemskiej i cierpienia. 
Kraju m6j! Polsko droga! Ziemio ukochana! 
Czem scillgn
las nil siebie tak srogi gniew Pana? 
Wszakie wielu narod6w krwil\ przeszlosé aplamiona, 
A zYÎI\ w pomyslnosci... Ty - okajdaniona! 
I gdziez jest sprawiedliwosé? Lepiej bylo uie iyé I. . . 
Bluini
 - i w to, com wierzyl, poczynam nie wierzyé! 
Wsz
dy falaz, wsz
dv zdrada! Lata mlodociane
		

/NDIGDRUK006454_0164_1129241.djvu

			- 154 


Wr6écie si
, aureol
 nadziei owiaue! 
Jakiem szcz
Bliw byl wtedy. Dzis - dr
czon myslami, 
Przenosz
 siE1 w daleklJ: przeszlosé wspomnieniami. 
Dziwna rzecz, jako wszystkie odnosz
 8i
 spolelll 
Do tego dworkn, w kt6rym z zas
pionem czolem, 
Stat 8tarzec, obok niego dziewcz
 bladej cery j 
Wies - ogr6d kolo drogi, te topole cztery.... 
Z tem IVszystkiem Iltczy si
 mych wspomnieIÍ tajemnica, 
Ów starzec... mialby byé on? A ona dziewica?.. 
Jakie calkicm odmienni! Jego wyraz twarzy 
Wuja mi przypomina... Ach, sni mi si
, marzy! 
A to dziewcz
? Czyliiby to ona byé miala? 
Moja droga siostrzyczka, oIVa Hania mala? 
Widzialem j
 niedawnoj do obozu zrana 
Przyszla wtedy, za prostlt wie3uiaczkE1 prlebrana, 
Zmieuiona, iem jej zrazu nie poznal, niestety! 
Rzecz dziwna; dotlld zimny na wdziE1ki kobiety, 
Zobaczywszy tE1 postaé, tak niewiun/!, mlodlJ:, 
Zostalem mimowoli ol:iuion jej urodlJ: - 
I dotychczas w pamip,ci mojej tkwi gl
boko, 
Dziwnie blogim wyrazem, jasniejq,ce oko, 
Scigalo mnie bez przerwy - i tu - w tem wip,zieniu 
Towarzyszy mi ciltg1e, lecz w jego wejrzeniu 
Miasto dawnej radosci, Iza wsp61czucia Bwieci, 
JZ serce mi zakrwawia - i iar w m6zgu nieci. 
Biedua! Suaé przebolala p6zniejsze przygody, 
Bo bladosé zastlj,pila krasne wpierw jagody 
I plakala, tuillc siE1 do rodzica, z trwogi: 
Niedziw 
 I ona Polka - i dla niej kraj drogi! 
Oni muie nie pozuali. - Niestety lat tyle 
Jak mnie Moskwa uwiozla! Te przeszloáci chwile 
W pamip,ci mlodocianej utkwily glp,boko. 
Dla slabej duszy bp,dlJ:c jakoby opok
, 
o kt6r
 siE1 zloczyIÍc6w rozbily zamiary, 
Czyhajqcych na serce lIiewinuej ofiary, d 
Jako 0 glaz urwisty, bystre w6d balwany. :iI 


Do kadet6w, z innymi, za mlodu oddany, 
Wielu z nich, dzieémi bp,d
c, pod knntem chowani,
		

/NDIGDRUK006454_0165_1129241.djvu

			I' 


155 - 


Gorsi Sl} dziá, niz carscy, moskiewscy poddani; 
Niepomni swej ojczyzny, rodziny, wyzuania, 
Pochopni do rozkazów wszechwadcy speluiania, 

ce broczlJ: w krwi wlasnej, krwi zyciodawezyni; 
Przebacz, Boze takiemu, bo nie wie, C') czyni! 
Zostalem ich wIa
lloácil!, a wi
c sobie tuszlJ:: . 
Pozór przeistoczyli - dusz
, serce - muszlJ:! 


I 
1 


Niestety I Zawiedli si
1 Spelnilem ich wol
 
Pozomie, born byl slabe i wlJ:tlt, pachol
; 
Ale innlJ: mi serce wskazywalo drog
, 
Nil! idlJ:c, ámialo ámierci zajrzeé w oczy mog
, 
Wypeluiwszy najáwiçtsze Polak a zadanie: 
Niechaj, Wszechmocny Eoze, wola Twa siç stanie! 
Bylbym moze dostljpil zaszczytów, lask cara, 
K'temu byla koniecznl} - przekonaJÍ ofiara 
Zaparcie si
 swych uczué: czyz bylbym szcz
áliwy? 
Nigdy! A wiçc zerwawszy kajdan'ów ogniwy, 
Wolalem kiedy pora ezynu siç nadarzy, 
Niemi - zrzuciwszy maskç obludnlJ: z mej twarzy, 
Roztrzaskaé czaszkç wroga; przysil!glszy w ofierze 
Oddaé zycie ojczyinie - i wytrwalem w wierze. 


BiedllY Iwan! Jak smlltue jego polozenie! 
Roztrzelaé przyjaciela - na earskie skinienie! 
A jednak - cóz ma POCZllé? Co moze, to czyni, 
By mi zycie ocalié - wyrwaé z tej pustyni. 
To Rosyanin szIachetny! Rosyjo! Rosyjol 
0, gdyby:i ty nie byIa, jadowif4 zmijlJ:, 
Krwi chciwlJ:, woli carów sleplJ: niewolniclJ:! 
Gdybys wzi
la raz rozbrat z mordem, szubieniCll, 
A poznala, czem jestes, czemes byé powinna, 
CzeSéby ci byla - chwaIa! Lecz tys nadto winna! 
Ty jestes, jako KalD - co dokonal zbrodni; 
Piçtno na twojem ezole áwiatu udowodni, 
Zes spelnila zaMjstwo nad siostrq rodzonl}. 
Scieraj to piçtno! earskl! zakryj je koronl!! 
Przyjdzie czas, ze korona z skroni twojej zIeci, 
A pi
tno krwawszlJ: ]eszeze purpurl\ zaáwieci. 


I
		

/NDIGDRUK006454_0166_1129242.djvu

			156 


N atenczas, zal ci b'Jdzie twego zaslepienia; 
Poznasz, zes pokrewnego jest katem plemienia; 
A owa hew niewinnych. co si'J co unia Sl\czy, 
Ciebie na wieczne czasy z ide
 rozlllczy, 
Idell panslawizmu; bo Polska to skala, 
o którll roztrzaska si'J budowa wspaniala 
Okr'Jtu twego, wszystkich twych przyszlych zamiarów: 
Nie tobie hegemonia! Slepa sluzko carów! 


Nadejdzie chwila zemsty - chwila wybawienial 
Kiedy wszystkie, gn
bione jarzmem pokolenia, 
Powstanll - i uderzll na tyranów swoich; 
'fa chwila - wyzwoleniem wspólplemienców moich: 
Ona i im zablysnie! 
Czemuz w owej porze, 
Zyé mi Die przeznaczyles? 0 Wszechmocny Bozel 
I rok ten jest ostatnim zycia mego rokiem... 
Cisza - ktos idzie z dzwonkiem ku drzwiom wolnym kro. 
Niestety I Po nadziejach I.. ." [kiem. . . 
W tej chwili wi
zienia 
Drzwi rozwarJy si
 z zewlllltrz; lllgodny z wejrzenia, 
Wszedlszy, ozwal si
 kaplan: 


nNiechaj pochwalony 


B
dzie 8twórca! 


"
a wieki I" Odrzekl uWI
zJOny, 
Idllc ku przybylemu: nwitaj sluga Hoiy! 
Ach, dobrze, ze przychodzisz! Tllk wszystko mnie trwozy, 
Tak oslabion si
 czuj
, na duszy i ciele. 
Przeszedlem tyle przygód i wrazeIÍ tak wiele. 
Choé amierci sit;1 nie l
kam, a jednak mi trwozno... 
0, ty mi wskazesz sciezkt;1, jezelim szedl zdroznll! 


Widno wyrok snaé zapadl na mnie niecofni
ty: 
Przybywasz mnie rozgrzeszyé, bym byl wniebowzi
ty... 
Jak mi duszno! Jak slabo!" 
I szepcllc te slowa, 
Pochylil si
; na lono ksi
dza zwisla glowa - 


'.
		

/NDIGDRUK006454_0167_1129242.djvu

			r 


157 


I cialo wp6/omdlale biednego mlodziana. 
Ksil4dz chwycil go w obj
cia - siad/. wsparl na kolana, 
Poczql cucié, powoli powracajq zmy"/y 
I r
ce, co bezw/adnie ku ziemi obwisly, 
Sklildajl4 si
 IV pokorze: usta szepc!], w skrusze: 


.0, pokrzepiles cia/o; uzdr6w teraz dusz
!" 


.Synu, synu, odwilgi! Rilz czlek musi skolÍczyé! 
Rychlej czy p6zniej z swiatem trza mu si
 roz1llczyé; 
Tys m/ody, tobie wszystko wdzi
czy si
, usmiecha: 
Jakai tobie, 0 !lynu, z ust stilrea poeiecha? 
Tybys pragnll/ zyé jeszeze i doznawaé IVrazeIÍ; 
Urzeczywistnienia swoieh nie dozyjesz marzelÍ i 
Pojmuj
 to, odezuwam, bo sam bylem mlody. 
Walezyles, synu, w imi
 wolnosei, sIVobodYi 
Za swiP,t
s spraw
 zycie pOBwi
cit w ofierze 
Razy tyJe - a teraz - czemns os/abl IV wierze? 


Sto!croé jest latwiej, wiemci, poledz, w chwili szalu, 
Niz ezekaé; gdy smieré ku nnm zbliia si
 pomalu... 
Pomnij, synu, nie pierwszlI ty jestes ofiarll, 
Upadnij na kolana - i pokrzep sil! wiar!j. 
"I W przyszle szcz
seie, w nagrod
 dusz na tamtym swiecie 
A przestaniesz byé trwozny, slaby, jako dzieci
. 
I jako mllz, ulegniesz Wszeehmoenego woli, 
Poddawszy siE;! z radoscill poprzednik6w doli, 
M
ezennik6w wolnosci, ludzkosei i wiary. 


Czemuz ja ci
 zastllpié nie mog
, ja - stary? 
Zycia mego godziny juz 81l poliezone, 
Zaspiewajmy praojc6w hymn: .Pod TWIl obronE;!j" 
On ci
 synu pokrzepi, na silaeh wspomoze". 


Ukl
kli, ksilldz krzyz trzyma, w6dz upadl w pokorze 
I nUCIl pieslÍ odwieeznll - po niej hymn do Boga; 
Wid no, jak z lie mlodziana niknie bladosé, trwoga. 
I rumieniec ich miejsee zajmuje stopniowo, 
Gdy kl
cZIlC przed kaplanem z nachylonl4 glowl4,
		

/NDIGDRUK006454_0168_1129243.djvu

			- 158 - 


I 


ßijlJ:c silj w piersi z skrucblJ:, wyjawia swe grzechy; 
KsilJ:dz co chwila nie szczljdzi mu w slowach pociechy. 


DIngo szepclJ: p6lglosem, a postaé mlodziana 
Zdaje silj coraz liejsza, jakby mgllJ: owiana; 
JRk jnz nie z tego swiata; niehianska, natchniona... 
Teraz on wszystko, zda siE1, przemoze, pokona; 
To jui nie 6w mlodzieniec, ale mllz stateczny: 
Skoñczyli. 


.Bynn, rzekl ksilJ:dz; .jnz jestes bezpiecznYj" 
ObjlJ:I szyjE1 Czeslawa i calowal z IzamÌ. 
SzepCIJ:c: .Daruj 
am winy, jako odpuszczamy 
Je naszym winowajcom - przyjm laskawie Panie 
DUSZE1, kt6ra niebawem przed Twym tronem stanie 
I ma swiat ten .opnscié za najáwiE1tsZ1\ sprawlj. 
Racz jlJ: polirzyé miE1dzy te ofiary krwawe, 
Kt6re jlJ: poprzedzily: oddal od niej trwogE1! 
Synu, czy got6w bylbys isé w wiecznoÁci droglj?" 


.Ojcze,. odparl w6dz mlody: .mam jeszcze pytania: 
Znane ci SIJ: osoby, robillce starania 
o moje uwolnienie, m6wiles przed chwillJ:, 
OtM, jesli mnie moje domysly nie myllJ:, 
Jam pokocha! knzynkE1, przeczystlJ: mil08cilJ:: 
Nieprawda? W szak nie grzeszy siE1 nieswiadomoBCilJ:? 


Wuj pozna! mnie, aby zn6w utracil raz wt6ry, 
Pociesz ich po mym zgonie. Opnszczaj te mury; 
Jerli i pokrzep nieszczljsnych; przygotnj powoli, 
Zanim irh nwiadomisz 0 Czeslawa doli. 
Nic nie mam, chyba pierácien ten na palcu zloty, 
Oddaj go Bani - i te z wlos6w moich sploty, 
Niech na piersi je nosi. 0, szcz
sliwe wlosy! 
0, one nie zmartwiejlJ:! Jak kropIami rosy 
Cieplem slonca napawa silj kwiecie w poranki, 
Tak one, spoczywajlJ:c na serCll kochanki, 
Zyé bljdlJ: jego cieplem, p6kIJ:d jego drganie 
Czué b
dlJ: - i zmartwiej1\, kiedy bié przestanie.
		

/NDIGDRUK006454_0169_1129243.djvu

			159 - 


W6wczas - sladu nie b
dzie jui mego istnienia; 
I Co rok westchnij do Boga, w dzieIÍ mego imienia; 
Wujowi list ten dor
cz - Fobie, ojcze drogi, 
Weimij ten krzyzyk. Teraz - juz w wiecznosci progi, 
J Got6w jestem; daj r
k
 - i blldi zdr6w, na wieki! 
. Tak bliski teraz - wkr6tce... tak od was daleki!... 
0, gdybym m6g1 si
 przeniesé tam - w rodzinne strony! 
Zobaczyé ich - zakqtek tyle upragniony, 
Odetchnqé tern powietrzem,.. LZej byloby rzucié 
Swiat caly, wznieSé si
 w tamten - i wi
cej nie wr6cié! 
.. Przeb6g! Mysl moja bllldzié poczyna, strapiona: 
0, dzi
ki Tobie, Boze, ze do ofiar grona 
Wkr6tce chcesz m nie zaliczyé! M oze zgon mój zmaze 
Winy. bratnie i szal
 niedoli przewaz
!. 
,
 


Zamilkl Czeslaw; ksiqdz szlochal, jak dziecko, z wzruszenia. 
Wtem - drzwi si
 zn6w naosciez roztwarly wi
zienia, 
Weszli zbrojni i wyszli - a z nimi ofiara... 
I klqkl starzec, chwiejqc si
 - i zalamal dlonie 
Wstaw8zy, biezy z pospiechem ku tej samej stronie. 


Przepelnione juz mury byly cytadeli, 
Po kilku wi
ini6w w jednej miescilo si
 celi; 
Przywiedziono zmQczonycb, w wielodniowej drodze, 
Aby si
 tu nad niemi, glodem znQcaé srodze. 
Dzban wody, chleba kawal - i to niezbyt duzy 
Za posilek codzienny - nieszcz
sliwym sluzy! 
Niekiedy kqsek miQsa, skl!po dorzucony, 
Jako zwierz
tom w klatce, organizm zWl\tlony 

1ial na dlugo po',rzepié; a t:'za bylo wiele 
Mieé odwagi i mEJ8twa, na duszy i ciele, 
Aby wyjsé z indagacyi moskiewskiej zwyci
sko; 
Przeciw Rile brutalnej, z energil\ m
skq, 
Przeciwstawié moc niczem niezachwianl\ dncha, 
By drugich do jednego nie wpilltaé lancucha; 
By nie zdradzié si
 kiedy z nieopatrznem slowem, 
, Aby si
 mieli zbytnio cieszyé ryb polowem.
		

/NDIGDRUK006454_0170_1129244.djvu

			160 - 


A lowili na r6zne sposoby z zamieci, 
Jako wprawni rybacy, gdy zastawi!\ sieci; 
To groibll, jak niediwiedzie, kljsajllc i drapil!c; 
To w
dkl! lagodnoáci latwowiernych lapil!c, 
To podstawiajljc swiadk6w, niecnych i falszywych. 
Nie szczQdzljc raz6w. przeklenstw i st6w obelzywych; 
Innym zn6w obiecujl!c ordery. zaszczyty 
I przyllJ.czenie wreszcie do sluzalc6w swity; 
Znikczemnialych, sprzedajnych 
lug bialego cara, 
A Ie rzadko im podejsé dala 8i
 ofiara I 


Og6l trzymal Rifj krzepko j nieugi
ty, hardy, 
Oczekujqc wyroku, z wyrazem pogardy. 
Do ostatnich liczyli si
 obaj szwagrowie, 
Ostrozni i oglE)dni bfjdl!c w kazdem stowie, 
ZawziliwsZY si
 przy swojem, wyt.rwali w oporze, 
Pomimo, iz wiedzieli, ze ich wr6g przemoze; 
Ze ich kara w ostatku sroga nie ominie oo- 
I utonl!. w zarzut6w, oskarZeiÍ gl
binie 
Op6r stawiajl!, aby cos zyskaé na czasie, 
W nadziei. ze stosunki poruszyé uda sill. 
Zwlaszcza, nie oszcz
dzajl!c pieni
dzy w obrollie. 


Pokladajl!c najwi
ksze zaufanie w zonie, 
Jan co dzien oezekuje wiadomosci od niej 
I do dalszych p08t
pk6w wskaz6wki przewodniej. 
Lecz znikl!d iadnej wiesci krztynki, ani cienia; 
SUa ich woli zwolna w rozpacz si
 zamienia, 
Poczynajl! nadziej
 tracié z kddl! dobl!. 
Obraz smutnej przyszlosci majlJ.C po przed sobl!. 


Razem zamkni
tym bylo razniej i weselej, 
Lecz gdy ich do osobnej przeniesiono celi, 
Ogarnf)la zgryzota te zbolale serca, 
Zadajl!c ciosy, jako sztyletem morderca. 
Porozumienie odtl!d b
dljc utrudnione, 
Uniemozebnia obu op6r i obron
; 
Bo kaidego z kolei sluchajli z osobna 
I cz
stokroé na poz6r rzecz mala i drobna,
		

/NDIGDRUK006454_0171_1129244.djvu

			16] 


Wprowadza ich w labirynt bez wYJscia, bez konca 
Z kt6rego najzdolniejszyby nawet obronca 
Nil' zdolal ich wydobyé, jako z glljbi toni: 
B6g jeden przed zlym losem chyba ich uchroni! 


Aby urozmaicié samotnosé i prMnilj, 
Radz!!: sobie wi
iniowie, jako mogl!, r6znie; 
Rozmawiajllc naprzyklad pukaniem przez scianlj. 
Zeby m)'sli ich wzajem byly rozumiane; 
Chcl!c wzajemnie silj ostrzedz w kazdej waznej chwili, 
Osobny alfabetu rodzaj ulozyli. 
o wiele ciEizej z poza obrljbu wiljzienia 
Gdy dozorcy szpieguj/!, czynill utrudnienia, 
Przeslaé pi
mo do wi
inia i odpowiedi dostaé, 
A jednakze wszystkiemu trzeba bylo sprostaé, 
Azeby uspokoié ofiarlj, ze przecie 
DOÌl!d niezapomniana przez wszystkich na swiecie, 
Ze ci, co majq pelnll swobodlj ùzialania, 
o uwolnienie onej podj
li starania. 


Pewnego dnia, zaezllwszy jesé ehleb przeznaczony, 
Jan, wzdychajllc za wiesci!! od swoieh, od zony, 
W roztargnieniu, gdy sk6rkQ oderwal, z pod rQki 
Wysunql mu silj zwitek papieru malenki; 
Rozwinl!l go, szcz
sliwy z tego wydarzenia, 
Gdyz zawieral nadziejlj ryeblq uwolnienia; 
Calujl!c papier z lzami, sledzllc kaide slowo, 
Dezul, ze w niego si/a ws4pita nanowo, 
Jako po wysllezeniu wina do kropelki. 
Wiary w oswobodzenie nil' mial wszakze wielkiej; 
Znowu POCZlll zapadaé w apatYIl, zwqtpienie, 
Kiedy nil' nadchodzilo znikl!d wybawienie, 
Kiedy czas plynql dalej - i zn6w wiesci zadnej, 
A tu pastwill silj Dad nim - w Bpos6b bezprzykladny. 
, 
Zdzislaw tymezasem, gdy go sluchano z osobna, 
Spostrzegl, ze silj uwolnié obom niepodobna - 
I raz - posr6d rozmyslaú, przyszlo mu natchnienie, 
A by call' na siebie zrzucié przewinienie. 


Hanna. 


11
		

/NDIGDRUK006454_0172_1129245.djvu

			162 - 


" W olnym, 
 pomyslal; "nic mnie nie wiljze ze swiatem; 
Rozdzielony nazawsze z ukochanym bratem, 
Mam sil;) tulaé samotny, jak n
dzne stworzenie, 
Co krok napotykajljc jego przypomnienie. 
Milosci, kt6ra innym wdzi
cznie si
 usmiecha, 
WMrujlj w mojem àercu tylko smutne echa, 
Szarpiljc, jako nurt rzeki, urwistlj opok
, 
Jego wn
trze - i ciosy zadajljc gll;)bokie. 
Tak przynajmniej po sobie zostawi
 wspomnienie, 
Blogoslawié mnie b
dzie mlodsze pokolenie, 
Za to, ze ocalilem ich ojca od zgonu, 
Korne modly do Stw6rcy zasylajljc tronu
. 


o tem postanowieniu Jan calkiem nie wiedzljc, 
Zdziwil si
. w celi swojej, jak z
zwyczaj, siedzljc, 
Kiedy mu oznajmiono, ze wolnoáé odzyskal, 
Tem gor
cej do serca list zony przyciskal, 
Sljdzljc, ze jej Ii tylko wolnosé sWIj zawdzi
cza, 
Przed wzrokiem jego blysla r6inobarwna t
cza; 
Gdy wyszedl z wr6t wi
zienia, zaledwie isé zdola, 
Slaniajljc si
, tak swiat z nim wiruje dokola; 
A serce bije, jakby kto tlukl w niego mlotem - 
I pospieszyl. szcz
BIiwy - do domn z powrotem. 
Nie mogljc Dic poslyszeé 0 Zdzislawa losie, 
Kt6rego zycie tylko wisialo na wlosie. 


\
		

/NDIGDRUK006454_0173_1129245.djvu

			PIESN XII. 


Rozstrzelanie. - Smutna wieéé. 
Sybir. - Epilog. 

 0 to za zgielk ponury, 0 tak rannej porze? 
.
 Ledwie na 8zarem niebie zablY8n
lo zorze, 
Zrywajl!, si
 z poslania strwozeni mieszkaúce 
I zdj
ci niepokojem, biegnl!, poza szaúce; 
Tam wojsko z bagnetami wzniesionemi w g6r
, 
Zaslania widowisko sm
tue i ponure; 
Grzmil!, sygnaly dobosz6w jednostajnem brzmieniem, 
Jako we wn
trzu ziemi, przed onej trz
sieniem; 
Czynil!, to, aby na smieré wiedziona ofiara, 
Nie miotala w rozpaczy przekleústwa na cara 
Darmo Iud sluch wytl:ia, nie doslyszysz mowy, 
Oi, co wyzej od innych wzniesé zdolali glowy, 
Przygll!,dajllc si
 z okien, z drzew szczyt6w tej scenie, 
Chowajl!, snaé na p6iniej wszellrie objasnienie, 
Bo siedZIl nieruchorui, z wlepionemi oczy; 
Niekiedy z pod irenicy ich lza si
 potoczy, 
Czasem j
k slychaé w tlumie, czasem krzyk rozpaczy, 
To krzyk matek - z poár6d nich wielei nie zobaczy 
Swych syn6w, co nlegnl\ takieji ámierci moze, 
przeczucie jako ostrzem wn
trznoáci ich porze, 
Nagle Iud wzrok w punkt gl6woy zwr6cil widowiska, 
8lychaé zdala komend
 - palasz w g6rze blyska 
Po raz pierwszy, raz drugi, trzeci - broii do oka 
Rozlegl si
 strzal, dym, ogieú, jako z paszczy smokai 
11'
		

/NDIGDRUK006454_0174_1129246.djvu

			164 - 


.Jui po niml"... 


Wyrz
kl k/lidy, 
tlumiajl\c westchnienie; 
Gluche wsr6d zgromadzonych nastalo milczenie, 
Jako gr6b, w kt6ryrn spoczl\l wolnosci obrolÍea. 
Dw6ch mlodych dotrwaé w onem nie mogli do ko1Íca: 


"Boie!. wy}:knl!l pierwszYi .wszak ten nie8zcz
sliwy 
Czolgal sit;' - i do grobu wlecial na wp61 iywy, 
Pomimo ran tak wielu, zbroczony, oslably.. 


.Rozmyslnie uczynili, to wcielone dyably,. 
Dodal dmgi; . by zadaé tern wi
ksze mt;'czarnie, 
Wszystko w tym biednym kraju uchodzi bezkarnie... 
Cyt - moze szpieg podsluehaé te nasze wyznania' 
Wiesz co bracie? Krew za krew! Chodímy do powstania!" 


W godzint;' p6íniej, w oknie bogatej kornnaty 
Stoi czlowiek, przybrany we wojskowe szaty i 
Wlosy .iasne, twarz sniada i niebieskie oezy, 
Lza w nieh blysnie i zwolna po lieu sj
 stoczy; 
W lewem r
ku przed sobl4 papier jakiii trzyma, 
Przebiegnie po niem szybko lzawemi oczyma 
I szepce drzllcym glosem slowa przerywane: 


"Ulaskawienie!. .. W port;'... W sam czas nadeslane!. . . 
W godzint;' p6íniej... Biedny! Juz rnu go nie trzeba..... 
Wzrok wzni6slszy w g6r
, dodal: "Pomscijcie go nieba'. 


I smutniej, niili wprz6dy, jest w Zaiewskim dworze; 
Prezes wciJ!i ehory, loZa opuscié nie moie: 
A Hanna? Sm
tna, blada; lecz jui lez nie leje, 
Ona jui pogrzebala wszystkie swe n \dzieje.. . 
Kochajllce si
 serea, razem z soh!!: dzielll 
Uezucia i wraienia - smucll sit;', weselll, 
Przeczuwajll zll4 dolt;', dobrll jednoczesnie, 
Marzllc 0 sobie wzajem, na jawie, lub we snie. 
I Hanna tak marzyla - jej serce dziewicze 
Przeczulo wszystko, wszystko... wybladlo oblieze, 
Oczy niegdys tak sklonne do lez uronienia
		

/NDIGDRUK006454_0175_1129246.djvu

			- 165 - , 


Wyschly - dawny ich wi
cej blask nie opromienia; 
Gdy z odleglejszych komnat do ojcowskiej wchodzi, 
Wtedy si
 jej spojrzenie nieco rozpogodzi. 
Silldzie na loiu jego. piesci si
 z nim, gwarzy, 
Ale robak zgryzoty nie zoika z tej twarzy, 
Niedawno tak pogodoej, on i serce toczy: 
Biedne Serc tych tajoiki, w kt6re on si
 wUoczy! 


Jakie rzadko cios jeden zwykl spotykaé ludzil 
W Hanny SerCll rodzica s/abosé postrach budzi, 
Prezes bardzo podupad/, zaoiem6g1 od wraieÍl 
W kr6tkim czasie przebytych i smutnych wydarzeÍl, 
A wi
c wcilli czuwa nad oim. 


Pewnego dnia zrana 


Pyta ojciec: 


"Haniusiu, c6reczko kochana, 
Cos mi dziwnie wygilldasz: smutoie i wesol:o;<< 
M6wil}c to, uca!owa! jej wybladle czolo. 


nMyslt;! w tej chwili ojcze, ze tez ja odrazu 
Nie pozna/am Czeslawa; z spojrzenia, z wyrazu, 
Kt6re przeciez zostajll, choé rysy si
 zmiellill, 
Jak pieÍl, gdy liscie na nim jui oie Isoill zielenill; 
Ale z dziecka na wodza przeskok nazbyt duzy, 
Ii najbieglejsze oko, olsoi i odurzy. 
Odllalazlszy w nim wreszcie stracooego brata, 
Przyszly mi na mysl nasze mlodociane lata, 
Tak pelne oiepoj
tych uniesieó i marzeÍl, 
Sn6w rozkosznych - i niczem niezatartych wrazen. 
Kt6rych czaru me slowa oddaé nie 
 zdolne. 


00 zbieral mi po .lllkach barlVoe kwillty polne, 
Z kt6rych wilam wianoszki, nucllc r6ine piesni, 
Ai nas m
zem i zooll przezwali r6wiesni. 
To zapuuczajllc si
 w glllb' cienistej zieleni, 
Szukalismy gniazd ptaszljt drobllych i szerszeni. 
W drapujllc sit;! na drzewa z zwiono8cill wiewi6rki, 
Rzucal mi w kosz owoce, kt6re ja ze sk6rki 
Obrawszy drobnl!, r,!czkll, g'Otowalam niby;
		

/NDIGDRUK006454_0176_1129247.djvu

			- 166 - 


To chodzilismy zbieraé poziomki i grzyby, 
Szcz
sliwi, gdy si
 koszyk napelnil do wierzchu, 
Wracajl\c ku domowi z pospiechem, 0 zmierzchu. 


Dziå, snilo mi si
 wojsko na obszernych bloniaeh, 
Uwijajl\ si
 jeídíey dokola, na koniaeh; 
Slychaé komend
; szereg dymem si
 otoezy, 
Pada wystrzal - i we krwi, mlodzieniec si
 broczy: 
Czeslaw to, bezwl\tpienia! Gdy pad I krwi
 zalany, 
Biale wytrysly kwiaty z kaidej jego rany; 
Uczepiwszy Bi
 wzajem listkami za kODce, 
Krl\iyly nad ml\ glowl\, jako jasne sloDee, 
I 8zept cichy slyszalam: 



 
ie plaez, ciesz si
 raczej, 
To szez
scie, gdy B6g komu taki skon przeznaczy! 
On przeni6s1 si
 w tej chwili w nadziemskie krainy, 
Tam na ci
 czekaé b
dzie; ty - zaenemi czyny 
UwieIÍez pami
é po sobie, a doznasz oslody, 
W wdzi
cznosci - w przywi
zaniu domowej zagrody". 
I zwolna - po tyeh slowach, wzniosly si
 do nieba. 


.Obudzilam si
, plaez,\e; lez mi bylo trzeba; 
Teraz liej mi na sercu, chociai mi wcil\i kwili, 
.Jui nie iyje, zabity... Ojcze, nie omyli 
Mnie glos jego tym razem"... I plakaé poez
a. 


.Biedne dzieei
I" Rzekl ojciee; 
na tos iycie wzi
!1, 
Äby cierpieé i boleé... Porzué raz te troski, 
Mif>j ufnosé w milosierdzie i majestat boski; 
Wesprze nas, gdyby ziscié miala si
 twa mowa"'. 


Glosny turkot ostatnie przerwal starea slowa -- 
I po ehwili s
dziwy ksil\dz Roch we drzwi wchodzi: 



Jak si
 ma?" Wita prezes; .kochany dobrodziej! 
Zkl\die pan B6g prowadzi? Usil\dí, m6wie przecie; 
-Co slychaé? Co si
 dzieje tam na Boiym swiecie? 
.Eo my tu, jak zakl
ei, czekamy w nadziei,
		

/NDIGDRUK006454_0177_1129247.djvu

			167 


Tracimy jll niebawem i tak po kolei. 
Patrzl" Rzekl, za odchodzllcli Hannll wodZl\c wzrokiem 
Westchnllwszy: "To juz nie to dziewcz
, co przed rokiem, 
To cien Hani - dri
 z trwogi na onll odmian
; 
.ial patrzeé w owe oczy, sm
tne, zaplakane. 
Otóz ojcze, przed chwilll zawodzila rzewnie; 
Obawa 0 Czeslawa - tak jll dr
czy pewnie; 
Przeczuwa, ze daremne Sll wazelkie nadzieje... 
Powiedz wielebny ojcze, co si
 tez z nim dzieje? 
WszakZe ztamtljd przybywaaz; _. cóz, nie odpowiadasz? 
Jakis jeates pos
pny, ty, co dar posiadasz 
Rozweselania drugich; powiedz, w imi
 Bogal 
Patrzllc na twe milczenie, ogaruia mnie trwoga; 
Jesli maaz tajemnic
, wyjaw jll w tej chwili! 
My na wszystko gotowi, tylesmy przezyli 
Ciosów - i ten przezyjem; zgodzié ai
 nam trzeba. . . 
Milczysz?.. A wi
c nie zyjel... Litosci! 0 nieba!... 
Sprawdzilo si
"... I aiwa zwisla starca glowa 
Na poduszk
, na uatach zamarly mu slowa, 
Kailjdz achwycil go w obj
cia - i z omdlenia cuci. 
Przez dlugi czaa zdalo ai
 - do 7.ycia nie wr6ci; 
Wreszcie oddech i bide aerea op6inione 
Upewnilo, ze jeszcze nie wszystko atracone. 
J
k rozlegl si
 w tej chwili z przyleglej komnaty, 
Naraz zaazelescily tuz niewiescie azaty. 
Wbiega Hania; ukJqkl8ZY przed lozem rodzica, 
Caluje jego dlonie, lzami rosi lica, 
Wolajljc: 


nOjcze drogi! Wiem wszystko... Och, Boze!... 
Ty mnie nie rzué przynajmniej, nie opuåé w tej porzel 
Teraz - tys dla mnie wszyatkiem! Nie opusé sieroty! 
Boby zWÍ!;dla, jak liRtek, z zalu i t
sknoty!" 
Ów krzyk, te slowa dziecka, aieroctwa wspomnienie 
Snaé na umysl oalably wywady wraienie, 
Starzec rozwarl irenice, patrzyl w jej oblicze 
Lube - jakby chcial mary odegnaé zwodnicze, 
Jakby chcial si
 przekonaé, czy taz sama ona, 
Czy tez cien jej - i tulié poczlIl akarb do lona, 
Spozierajllc w promienne lZII radosci oko;
		

/NDIGDRUK006454_0178_1129248.djvu

			168 - 


Dlugo, dlugo - raz po raz westcbnljwszy glli!boko, 
Pyta wreszeie jakoby w chli!ci upewnienia: 


. Wif)c zyjesz? Sprawdzily sili! twoje w snie wiùzenia... 
Przeb6g! znosisz cios m
zniej. niZeli ja, stary, 
Bo tez na nas nieszcz
scia spadajl! bez miary; 
Czlowiek przestal byé panem Ril wlasnyeh i wrazeú 
I upada, pod ciosem bolesnych wydarzen; 
Uleglem im chwilowo, nie pomnl!c, iz przecie 
Niewszystko postradalem jeszcze na tym swiecie I 
Tys mi, e6rko, zostala; choé smutna, eboé drzllea, 
Ale zawsze kochana, zawsze kocbajl!ca". 
Zamilkl. 
Ksiljdz Roch, na obraz 6w tkliwy spoziera 
I rli!kami lzy z oczu plynl!ce, ociera, 
Nakoniec,w takie slowa. glosem driqcym rzecze: 
.0, smutne przeznaczenie -'- i losy czlowiecze! 
Prezesie, wybacz moje, zbyt dlugie milczenie, 
Lecz twe niespodziewane, nagle zagadnienie 
Bylo jego powodem. 
Przybylem w te progi. 
Aby was przysposobié, nim cios zadam srogi; 
Stalo sili! nie po mysli mojej: trudna rada, 
Czlek gdy pragnie najlepiej. inaczej si
 sklada; 
A ze dobrze warn zycz
, 0 tern nie wl!tpicie, 
Pozwólcie niech opowiem, jak zakonczyl zycie: 
Slucbalem go spowiedzi; 6w dzielny mlodzieniee 
Obehodzil mnie prezesie - raz, ze tw6j siostrzeniec, 
Pow t6re: jako Polski naszfj zaene dziecili!... 
Ale, dodal; byé moze, sami zostaé chcecie; 
Najmilsza jest samotnosé, kiedy Berea boli, 
Zresztl! nieeb
é czujeroy -'- i to mimowoli 
Do os6b, które wiesci przynoszl! dotkliwe, 
Lubo wierzym w ich przyjain i serre zyczliwe". 


.Zostan, wielebny ojcze," na to prezes powie 
,1 odmaluj dokladnie nam slowo po slowie, 
One blaski ostatnie gasnl!cego slonca, 
Kt6rym byleS przytomny do samego konca".
		

/NDIGDRUK006454_0179_1129248.djvu

			169 - 


Siadlszy przeto, rozpoczlll ksilldz opowiadanie, 
Przerywane przez cz
ste westchnienia i lkanie. 
Zostawmy bolejlj,cych nad losem ofiary, 
8pieszllc áladami innej w p61nocne obszary. 


W Syberyjskiej krainie, w dzien mrozny, ponury, 
Na niebie zwisly ci
zkie, olowiane chmury, 
Pr6s
c po ziemi lekkie, biale platki ániegu, 
Krzyzujqce sill coraz w swoim szybkim biegu 
I kryjllce jej obszar jednostajnll szatq. 
Za wsill, ániegiem pukrytll, za ostatnilY chai:}, 
W kolo gorzelni - ludu mrowilo sill wiele, 
Przyodzianych w barw szarych plaszcze i szynele. 
Opodal, jak nad trzody pas!jcem sill stadem, 
Stoi narladczyk, bacznie czuwajllc, nad ladem; 
A katorznym snaé z czyn6w podejrzanym willcej, 
Przydani dwaj soldaci, 0 twarzy zwierzllcej; 
Z wyrazem obojlltnym patrzlj, na ofiary, 
Wzrokiem niedowierzania áledzqc ich zamiary; 
Kiedy kt6ry sill IV pracy op6inia niedbale, 
Nie szczlldzq za to raz6w, w sluzalczym zapale. 


A jest milldzy onymi ludimi katorinymi 
Wi
kszosé, napil1tnowana czyny niegodnemi: 
Za rozboje, za kradziez, gwalty - i POZO.'!;I1, 
Do nich zastosowane Sll tei kary srogie; 
Ale nie w r6wnej mierze, co do tych biedak6w, 
Walczllcych za swobod
 swuich wsp6!rodak6w - 
I pragnllcych kajdany zdhé z rllk wlasnej matki; 
Mienia swego w ofierze oddajllc ostatki. 


Dla tych istniejlj, w Rosyi prawa wyjlltkowe, 
Za kazdego dozorca odpowiada glowll; 
Odlllczeni ()d swiata, samotnie strzezeni, 
Jako indyjscy Paria, albo zadzumieni, 
. Nie majll nawet w nocy spoczynku, wytchnienia; 
Przydany soJdat obok, liczy ich westchnienia, 
KaZde niebaczne sl6wko, wym6wione we snie 
Kazdll skarg
, jllk {I; lona, co zabrzmi boleánie
		

/NDIGDRUK006454_0180_1129249.djvu

			170 - 


I donosi zwierzchnikom z skwapliwlJ: radoscilJ: 
CieszlJ:c si
 ich pochwallJ:, jako kundel koscilJ: 
OgryzionlJ: przez sluzb
, z biesiadnik6w stolu; 
A trza nieraz wielkiego trudu i mozolu, 
Azeby podejsé wi
inia, zamkni
tego w sobie - 
I wzniesé silj jego kosztem, jako chwast na grobie. 
On ostrozny, obawia sit1 podejrzliwosci 

wych dozorc6w - i onej zwierz
ej sklonnosci 
Pastwienia 
i
 nad slablj., bezbronnlJ: ofiarlJ:, 
Cieszqcych si
 za kaidlJ:, zadanlJ: mu karlJ:o 
Zly duch od nich nie czulszy na ludzkie cierpienia, 
W ich mniemaniu - wi
iniowie za swe przewinienia 
SlusznlJ: kar
 ponoszlJ:, bo smieli wzniesé dlonie 
Zbrojne przeciw carowi, kt6ry na ich tronie 
Przodk6w zasiadl, przemoclJ:, wydarlszy im mienie, 
Nazwisko, szcz
scie. wolnosé, dla swiata znaczenie, 


Oni za to tak cierpilJ:, ze odzyskaé chcieli 
To, co im sillJ: srodzy najezdnicy wzi
li - 
I nikt nie ma z zyjqcych litosci nad nimi, 
Targn
li si
 na Bop zast\)pclj na ziemi. 
A kt6z jest nim? lZali nie 6w tyran sr.ogi, 
Nie majqcy nad ludimi litoiici ni trwogi? 
Przed 8IJ:dem sprawiedliwym stworzyciela Boga, 
Kt6ry wziql berlo z r
ki czlowieczego wroga, 
Aby Iud sw6j pod knutem trzyma! i w ciemnocie; 
Czcily go jako Hoga, dusz poddanych krocie, 
Nie znajlJ:c od powicia nic, opr6cz wyrazu 
Niewoli; 'nie czczlJ:c nie, opr6cz carskiego rozkazu. 


Wsr6d tych wip,zni6w pracuje mlJ:z wznios!ej postawy, 
Trzymajqc rydel w rp'ku; czasem z dloni prawej 
Przerznca go do lewej, dla spoezynku r
ki, 
Niezwyczajnej tej pracy, pieszczonej i mi
kkiej. 
W jego rysach tkwi pi
tno przebytych kolei, 
Cierpien, srogich zawod6w, straeonych nadziei; 
WzdychajlJ:c, wzrok odwraca ku stronie zachodniej 
Jakoby czegos pragnql, czegos zlJ:da! od niej. 
OJ, zostawil tam swoich!. .. Czyli zyjlJ: jeszcze?
		

/NDIGDRUK006454_0181_1129249.djvu

			- 171 - 


Nieraz trapil\ go 0 nich przeczucia zlowieøzcze. 
Pisywali z pocZl\tku; lecz po liscie drugim, 
Nie dajl\ znaku zycia; tern milczeniem dlugiem 
Martwi sit), sny miewajl\c 0 nich bezprzestanne, 
Bo kocha bardzo wuja, a kuzynkt) Hannt) 
Wielbi miloscil\ szczerl\, gorl!cl\, prawdziwl\, 
Widzl\c jl! wcillZ przed 8Obl\, uroczl\ i zywl\, 
Jako w czasach szczt)sliwych, promiennych mlodoscil\. 
Zamysliwszy sit) chwilt) nad on
 przesztoscil\, 
Poczl!l znowu pracowaé, z lzy otarlszy oko, 
Ostrze rydla wpusciwszy do ziemi gtt)boko. 
Widnieje na nim przymus do tej cit)zkiej pracy, 
Do kt6rej wzwyczajeni 8Il ty lko pro stacy ; 
Stworzony do inuego z mtodosci zaj
cia, 
Nie mial 0 niej dotychczas jasuego pojt)cia, 
Pracujl!l] piIno, aby uniknl!é nagany, 
Nad ziemi do skopania, przestrzenil! zadanej; 
W oli miIczeé, gdy czt)sto strofujl\ go za nic, 
Bojllc sit) wyjsé niekiedy z cierpliwosci granic; 
Mimo, ze nawykl zycie juz niewiele cenié - 
I radby je na inne, wiekuiste zmienié; 
Wolno, ci
zko dnie plynl\ - ni chwili wytchnienia; 
Glos: "Wstawaj na robott)l" Budzi go z uspienia 
I nariadczyk, czlek nawp61 dziki, nawp61 zwierzf;1, 
Z ztoczyÍlcami traktuje go w zar6wnej mierze. 


Czyz juz konca tych cierpien nigdy nie doczeka? 
Czy mu nigdy nie wr6
 godrosci czlowieka? 
Czy nie ujrzy juz wi
cej ojczyzuy dalekiej? 
Czy tu przyjdzie mu zamknl!é strudzone powieki?.. 
Kiedy usta modlitwt) wyszepcl\ porannl!, 
Mysl iaH sit) na onl! m
kt) nieustannl!. 
Buntujl!c przeciw Temu, kt6ry bez litosci 
Da sit) zn
caé nad cialem, woll\ Opatrznosci. 


.Gdziez Twoja sprawiedliwosé slynnll, wielki Boze? 
Kiedy innych porauue budzi ze snu zorze, 


!""
		

/NDIGDRUK006454_0182_1129250.djvu

			172 - 


Aby przymesc Jm szcz
scie i iycia rozkosze, 
Mnie co k' Tobie pokorny glos co dnia zanosz
, 
Lzy wyciska
z i karzesz trudem, poniieniem, 
Obiecujl!c w nagrod
 obdarzyé zbawieniem... 
Dzi
ki Ci! Lecz mych cierpieñ przebrala si
 miara; 
Gdyby nie milosé k' Tobie i gorlica wiara, 
Bylbym jui samoh6jstwem zakoñczyl te troskij 
Okai wi
c TWI! wszechmocl1osé i majestut boski 
I sprawiedliwosé onl! wielklj, bo inaczej"... 


Tu modlljcemu glosy przerwaly rozpaczyj 
I staje przed nim poczet polskich m
czennik6w, 
W olajl\,c: 
"Dosé tych bluznierstw, zlorzeczeñ, okrzyk6w! 
Czy ty jeden cierpÍllles za kraj? Zkljd masz prawo 
Wygraiaé 
tw6rcy, r
kl\, samoh6jcz11, krwaw/\? 
Zk/\d masz prawo sprzeciwiaé si
 Jego wyrokom? 
On los6w taJnie tylko odslania prorokom; 
Zali wiesz, jak/\ przyszlosé gotuje narodom? 
Niedawno - kt6i przewodzi! tym sniegom i lodom? 
Garstka ludzi wpól dzikich. Dzis spojrz w 00 obszary! 
Zaludniajî\ si
 coraZj jui slychaé swiat pary, 
Jui iycie wrzeé poczyna wsr6d jednostek wielu: 
Zali mysIisz ie Stw6rca co czyni bez celu? 
P08t
pUj naszym sladem, n
dzny buntowniku 
Bos jednostkaj a takich marnieje bez liku, 
Aby zgotowaé przyszlosé promiennli ludzkosci, 
Kt6rl\, B6g W I!wej najwyzszej ohmyslil m/\drosci. 


I upadl mlodzian, kOTZ/\C si
 z poddaniem, w skrusze, 
A kiedyscis nadejdq, zabraé jego dusz
, 
Bez iadnych skaz iywota, jako lza przejrzystl\" 
Wolnl\, od plBm wszelakich, swietlanl\, i czysl4, 
By przyll\,czyé jq wreszcie do swojego grona. 
B6g jl\, woody przycisnie z miloscil\, do lona 
I rzeknie, ukazujqc mu swI! wlasnl\, ran
: 


"Wierzysz teraz w wyroki moje niezbadane?"
		

/NDIGDRUK006454_0183_1129250.djvu

			173 - 


Wszystko kres ma na swiecie, do którego d
zy, 
Ziemia takie do chwili kresu swego krl!iy; 
Najpi
knipjsze idee jednostek oo- jak ludów, 
Poparte niezliczonem pasmem ofiar, trudów, 
Krwi
 niev\Ínnych - przemocy wreszcie uledz muszq, 
Wyczekujqc az znowu kiedys swiatem wzruszq, 
Ai przyjdzie sposobniejsza chwila do dzialania; 
Taki byl r6wniez koniec polskiego powstania. 


Nieszcz
sna m
czennica, w krwi wlasnej zbroczona, 
Legla - sztandar wolnosci - krzyz - tulqc do lona, 
W kt6rem serce drga jeszcze - w niem - zbolale dziatki 
Pokladajq swych przyszlych nadziei ostatki; 
Czerpiq zdr6j sil iywotnych pod jarzmem niewoli, 
Oczekujqc. ai lepszej blask im blysnie doli. 


Smutny koniec tych dziej6w; Ai serce si
 kraje, 
My8Ii pl
cz
 siE) spolem, - i sl6w nie dostaje.. . 
8mutny koniec I Po chwilach - tak pelnycb radosci, 
Po tylu poswi
ceniach dla wiary, wolnosci. 
Próino 0 pomsÌA) niebios wolamy w rozpaczy, 
B6g teraz los6w naszych snaé nie przeinaczy; 
A srodze na nasz nar6d musial si
 zagniewaé, 
Widno, iesmy niegodni w szczE)sliwosé oplywaé, 
Kt6ra innym narodom dana po wsze ziemie; 
Tulaé siE) musim, jako Izraelskie plemiE), 
W kopalniach syberyjskich konaé wsród m
czarni, 
Lub przystaé dobrowolnie do carskiej owczarni. 


I tei same, ach srozsze, niili wprz6dy, p
ta 
Diwigaé musisz, 0, Polsko! matko nasza swi
ta I 
Biedna, nadtos chrzesciaIÍsk
 rzqdzHa siE) cno14; 
Wyzyskiwano ciebie, by p6zniej z sromotq 
Patrzeé na tw6j upadek. Wassale, dluinicy 
Wzmocniwszy siE) na'silach, jako zbójcy dzicy, 
Rzucili si
 na ciebie. Bezrzqd wsrM twych dzieci 
Miasto postrach, jak wprz6dy, chE)é zysku w nich nieci. 
Dwa lata przeminE)ly od tej smutnej chwili, 
Kt6rl}smy na poczqtku piesni umiescili.
		

/NDIGDRUK006454_0184_1129251.djvu

			- 174 - 


Dwa lata - czas niedlugi tym, co szcz
scie sprzyja, 
Tym, co chwila po chwili wsr6d rozkoszy mija; 
Lecz istota, podw6jnym ciosem przygnEjbiona, 
Na kt6rej ustach usmiech nazawsze juz skona, 
Od lez wylanych wyschul]" zmartwiejl], powieki. 
Dla kt6rej swiat utracil sw6j powab na wieki; 
A mlodociaue niegdys, peIne zlldzy seree, 
PowoIi gasnllé poczuie, iskra po iskierce, 
Kt6rej wszelkie nadzleje glaz zimny pokryje, 
Dw6ch I:Ü jakze cZEjstokroé nawet nie dozyje! 
ZwiEjdnie, jako rosUna, pozbawioua wody, 
Zgasuie, jako ptaszyna, lakullca swobody. 
Pomimo, ze troskliwy rodzic, bezprzestannie 
Czuwa przy bolejl],cej, ukochauej Hanuie 
I towarzystwem swojem, Janostwa i dziatek, 
praguie zyciu powr6cié wi
dnllcy juz kwiatek, 
On schnie w oczach z dniem kazdym, w podw6jnej zalobie; 
Codziennie ua cmeutarzu, modillc si
 przy grobie, 
Zaledwie slonce wzejdzie, obok glazu kl
czy; 
Zda si
 jakby z kirns gwarzy - i wzdycha - i jE1czy; 
Przeminie godzin kilka zanim cmeutarz rzuci - 
I ku swiqtyni Parískiej chwi!'jne kroki zwr6ci. 
Wchodzqc, wspiera ubogich, szczodrobliwl], dlonill, 
KIEjczqc w lawce, gdy na rnszEj w kosciele zadzwonil],; 
Potem zajdzie. wracajllc, pod ubogich strzech
. 



Dobrze" mawiajl], ludzie; ,znajdzie w tern pociechEj; 
Widaé duszy potrzeba rnodlitwy i skruchy, 
Dla nabrania sil uowych, do zycia otuchy". 


Raz gdy na nil], z obiadem czekajl], we dworze, 
Nie nadchodzi. 
.Na Boga! Cózze to byé moze?" 
Prezes sle sll1gi: przeb6g! Na crnentarnym glazie 
Wià
, klEjczy; niestety! Po oczu wyrazie. 
Po wybladlych poIiczkach - poznali. ze zmarla; 
REjce obie na piersiach konwulsyjnie zwarla, 
W uich tkwil krzyz - i medalion, z wlosami Czeslawa; 
Taz sarna jej jak zwykle, klEjczl],ca postawa,
		

/NDIGDRUK006454_0185_1129251.djvu

			175 - 


Oczy WZrneBlOne w g6r
 - i usmiech na twarzy, 
Zdalo si
, ze z aniol6w otoczeniem gwarzy. 
M6wiono, ze widziano na niebie golllbki, 
Co chwyciwszy si
 wzajem za skrzydelek rllbki, 
Unosily duszyczk
 bialll ku niebiosom. 


Wkr6tce rodzic stroskany, takimz ulegl losom 
I wiek jego podeszly - i starganie sHy, 
Po tym ostatnim c.iosie dlugo nie starczyly: 
W lozu przebolal reszt
 dni, p6klld ich stalo, 
SiostrzeIÍcom zapisawszy sWIl maj
tnosé calll; 
Z warunkiem gMwnym, aby nie szcz
dzili trudu, 
W ksztalceniu i oswiacie wiesniaczego ludu. 


I placze po nich, wierDa przyjaci6l druzyna: 
Ksilldz Roch, proboszcz, pan Stefan, gdy zmarlych wspomina, 
Janostwo wraz z dziatkami - i matka zgn
bioDa, 
Tulilca martwe zwloki do zimnego lona. 
Nieraz westchnll za nimi WSZYRCY, co ich znali, 
Mozni sllsiedzi - r6wniez prostaczkowie mali; 
A Izy szczere cenniejsze nad wieIÍce wawrzynu, 
Trzeba im cichych zaslug - nieglosnego czynu. 


Dw6r niegdys pelen zycia, polskiej goscinnosci, 
Dlugo opustoszaly stal posrodku wlosci, 
Powierzony Agnieszki i Prota opiece - 
I nikt go nie 'odwiedzal z obcych - tak dalece, 
Ze murawll zarosty sciezyny i drogi. 
Czasem Janostwo z dzieémi zajrzll w jego progi, 
Dziedzicz!j,c wloM po swoim wuju, nieboszczyku; 
Ale im tu bolesDie, wsrM wspomnieñ bez liku; 
Jan wysiadlszy, rozmawiaé idzie z ekonomem, 
Bronislawa tymczasem Agnieszk
 przed domem 
Pyta 0 dr6b', 0 trzod
i Die wchOdzllC do dworu, 
Aby sobie i dzieciom nie zepsué humoru. 
Pomimo to, bez placzu nigdy nie odjedzie, 
Bo gdy okiem gdziekolwiekblldz smutnem powiedzie, 
Wszystko jej przypomina wuja i kUZYDk
.
		

/NDIGDRUK006454_0186_1129252.djvu

			176 - 


Przywozi razem z dzieémi najstars
 dziewczynk
, 
Na kt6rll to maleñkll czarnowlosll Hani
, 
Gdy spojrzy wierna sluga, Humi w piersi lkanie, 
Tak dziwue podobieñstwo jest onej pieszczoszki, 
Do swojej matki chrzestnej i ciotki nieboszczki; 
Z nill kiedys do Zazewa dawne zycie wr6ci, 
Tymczasem pW8Z
 sm
tnll piosenk
 zanuci, 
Nad grobami umarlych - zawodz!\c ialosnie, 
Plynie melodya czysta i dzwi
czy rozglosuie, 
A echo w dali cornz to ciszej powtarza' 
Imiona sniIlC)'ch wiecznie posrodku cmentarza. 


I . .
		

/NDIGDRUK006454_0187_1129252.djvu

			SPIS RZECZY. 


Str. 
PIE8N 1. Okr!Jzne - Dw6r w Zazewie. 1 
PIESN II. Sl.!siedztwo 1(j 
PIEf3N III. Swi!Jta Bozego Narodzenia. - Wypadki 
w Warszawie. 36 
PIESN IV. Swi!Jta Wielkanocne . 19 
PIESN V. Pojedynek. - NabozeIÍ8two za poleglych. - 
Powstanie. - Pozegnanie . 63 
PIESN VI. Sniadanie 80 
PIESÑ VII Rewizya 91 
PIESN VIII. Ob6z 105 
PIESN IX. Bitwa 120 
P1EáÑ X. Pogrzeb 135 
PIESN XI. Wi!Jzienie 149 
PIESN XIl. Rozstrzelanie. - 
mutna wiesé. - Sy- 
bir. - Epilog . 163
		

/NDIGDRUK006454_0188_1129253.djvu

			
		

/NDIGDRUK006454_0189_1129253.djvu

			. 


, . 
:,..
		

/NDIGDRUK006454_0190_1129254.djvu

			'.' 


,.
 


, 


;
		

/NDIGDRUK006454_0191_1129254.djvu

			r. 


. 


. 


iii- 


I 


. 


"
		

/NDIGDRUK006454_0192_1129255.djvu

			. 


1 


.
		

/NDIGDRUK006454_0193_1129255.djvu

			.... 


. 


. 


" 


, 


.
		

/NDIGDRUK006454_0194_1129256.djvu

			BOOKKEEPER 2006 
!III I 1111 IIII 
0010018959 


---- 


Ksi
zka 
TU," rlø'7'Tnf'ølrl'ii